Wadliwy towar - gdyby istniał egzamin z kobiecości, to bym go oblała

Definicjom kobiecości nie ma końca. Wszyscy chcą zabrać głos, a ja mam wrażenie, że gdyby ktoś poddał mnie surowej, merytorycznej ocenie i przeprowadził test na kobiecość, to leżałabym już w pudełku z napisem "zwroty - towar wadliwy?.

Niby jestem taka sama (fot. Unsplash.com)Niby jestem taka sama (fot. Unsplash.com)

Chromosomy się zgadzają, anatomia też, ale na każdym innym froncie kobiecości ponoszę sromotną klęskę. Nie jestem nawet pewna, czy wyglądam jak kobieta. Biorę do ręki te błyszczące biblie kobiet sukcesu dostępne w każdym kiosku i już z okładki dowiaduję się, że ciało kobiety jest gładkie i wiecznie nawilżone. No i przegrywam na starcie, bo mam pory. Przegrywam, bo moje włosy nie lśnią, a wyglądają jakbym prasowała je żelazkiem.

Przegrywam, bo moje ramiona mogłyby uchodzić za kobiece, jeśli byłyby udami. Wiem, że nie ja jedna nie wpisuję się w ideał piękna, ale inne kobiety walczą z tym, jak tylko mogą - kosmetycznie, chirurgicznie. Przecież wszystko można sobie domalować, wszczepić, doczepić, odessać. Tyle że ja nie potrafię nawet normalnie, po kobiecemu, o siebie zadbać. Równej kreski eyelinerem nie zrobiłabym nawet z lufą pistoletu przy skroni, a na samą myśl o głupim goleniu nóg, które mogłoby być odruchem, podnoszę straszny lament. Gdy tylko chwytam za maszynkę, po policzku spływają mi wielkie jak moja frustracja łzy. Bo mogłabym tyle rzeczy teraz robić. Wiersz napisać. Mandaryńskiego się uczyć. A zamiast tego siedzę i orzę ciało poczwórnym ostrzem. Orzę, bo mówią, że tak należy. Orzę, ale bez przekonania - na słowo honoru. I potem chodzę i widzę, że tu maszynką nie dojechałam, tam też nie dojechałam. I od razu zamiast zwiewnej, kobiecej sukienki do kolan zakładam długie spodnie. Nie, żeby zwiewna, kobieca sukienka do kolan mogła uczynić mnie bardziej kobiecą. Nie uczyni, bo tak się składa, że mam łydy jak Russell Crowe w latach świetności. W subtelnej sztuce poruszania się na wysokich obcasach też nigdy się nie wyspecjalizowałam, nie mogę więc ratować się szpilkami. Nawet na obcasie grubym jak pień, wyglądam jakbym uczyła się jeździć pługiem.

Z wyglądu nie przypominam kobiety, no to może z zainteresowań? Niezmiennie od setek lat możemy polegać na tradycyjnie kobiecych rozrywkach typu mycie okien, szydełkowanie i milczenie, ale tak się składa, że akurat te w ogóle mnie nie kręcą. Sprawdzam, co ma mi do zaoferowania radykalnie odmieniona, odrzucająca wyświechtane genderowe schematy rzeczywistość. Okazuje się, że dyskretny seksizm dwudziestego pierwszego wieku nauczył się stawiać słowo "kobiecy" przed wszystkim, co marne jakościowo. Na hasło "literatura kobieca" zostaję odesłana do książek o kobietach niezależnych i spełnionych, które wykorzystują niezależność i spełnienie jako środek do celu, którym jest znalezienie męża. W ramach "kobiecych seansów filmowych" mogę obejrzeć piętnastą wariację filmową na temat miłości i tańca, kolejne "Dirty Dancing" bez fabuły. "Telewizja dla kobiet" szuka natomiast odpowiedzi na pytania w rodzaju: "Jak zatrzymać swój zegar biologiczny?", "Rozświetlacz w kremie czy w musie?" oraz "Co zrobić, by twój mężczyzna nauczył się opuszczać deskę klozetową?". Jestem przekonana, że gdybym przez dobę robiła wyłącznie "kobiece" rzeczy, wykonałabym intelektualny przewrót w tył i wylądowała gdzieś przy niemowlęctwie. Nie mogę tego ryzykować. Już wolę być niekobieca.

Ale! Jest przecież uniwersalny sposób na zakotwiczenie się na dobre w kobiecości - macierzyństwo! Może wezmę i porodzę jakieś trojaczki? Wtedy nikt nie odważy się wypomnieć mi, że niekobieco wyglądam albo mam niekobiece zainteresowania. A nie, sorry, jednak nie porodzę, bo mam torbiele, mięśniaki i jajniki po przejściach. Lekarze ginekolodzy wiedzą, że to wyrok - kiedyś za niewywiązanie się z kobiecego obowiązku groziła gilotyna. Wszyscy zakładają więc, że jestem załamana i w związku z tym bombardują mnie pomocnymi pytaniami typu "Dlaczego się pani wcześniej nie postarała?!" Ej, sama się zastanawiam. Przecież nawet kariery nie zrobiłam, w Tokio nie byłam. Na nic mi się to całe nieurodzenie dziecka nie przydało. Kiedyś, kiedy pytano mnie o przyczyny zwłoki, próbowałam się tłumaczyć. Rzucałam jakieś nic nie znaczące przeszkody typu "brak płynności finansowej", "umowa o dzieło", "brak stałego partnera" oraz "nie byłam i nadal nie jestem gotowa". Lekarze odpowiadali zgodnie: jak się nie zatroszczyłaś, to teraz się martw. Bo jak się chce być kobietą, to się wychodzi z siebie i rodzi za wszelką cenę. A jak nie, to wskakuj na taśmę - jesteś wadliwa i jedziesz do niszczarki.