Maltańskie pocztówki: pozdrowienia z Gozo

Malta kojarzyć się może z historią albo z bajecznymi plażami. Gdy tu dotarliśmy, okazało się, że ma do zaoferowania to wszystko oraz znacznie więcej.

Polskę żegnaliśmy rozpaloną słońcem i pogrążoną w upale. Wyspy Maltańskie rzucone między Sycylią a Maghrebem powitaliśmy trzy godziny później... w słońcu, upale i zaduchu. Unikalny mikroklimat sprawia, że owszem, może nie ma tu lasów, sporo za to porośniętych sukulentami skał, natomiast nie jest tak sucho, jak można by podejrzewać. Powietrze jest gęste i lepkie, a ożywcza bryza od morza pojawia się z rzadka.

Stolica wyspy Gozo - Victoria (fot. Dominika Węcławek)Stolica wyspy Gozo - Victoria (fot. Dominika Węcławek)

Pierwszych 10 dni spędziliśmy na wyspie Gozo, mniejszej, spokojniejszej i pozornie nudniejszej niż Malta. Po pierwszym spacerze ogarnęło mnie lekkie przerażenie. Czy aby znajdę tu coś ponad spacery od plaży do plaży? Na szczęście kolejne dni pokazały, że jest tu trochę zabytków, podziemi i intrygujących przyrodniczo zakątków. Zacznijmy jednak od tego najbardziej oczywistego wakacyjnego tropu, czyli rekreacji wodnej.

Plażowanie

Naszą bazą na Gozo stało się Malsarforn, maleńka miejscowość, która przycupnęła sobie nad jedną z licznych zatoczek. Podobno jest to bardzo popularny kurort. Nie czuć tego. Jest tu życie, są kawiarnie i restauracje, jest marina, w której cumują jachty i motorówki, ale gwar jest raczej miły i nieinwazyjny. Jeśli ktoś chce znaleźć skrawek prywatności - nie będzie miał z tym problemu - o ile lubi spacery klifowym wybrzeżem. Plaże są w większości przypadków kamieniste, w wodzie nie brakuje głazów i mniejszych kamyków, spotkaliśmy też meduzy. Tylko raz, za to osobiście. Tak, cholernie pali, ale po godzinie - dwóch ból mija.

Propozycje kąpieli w butach do pływania (mogą to być tanie klapki z bazaru z opcją zaczepienia na piętach) - jak najbardziej do rozważenia. Kto nie lubi smażenia się w słońcu, a wierzcie mi, smażyć tu się można niezależnie od wylegiwania się na plaży - ten powinien rozważyć zakup najtańszego dużego parasola albo wynajmowanie takowego (ceny od 3,5 euro do 5 euro za dzień).

Najbliższą piaszczystą plażę mieliśmy w Ir-Ramla. Dojeżdżaliśmy do niej miejskim autobusem, choć przejazd taksówką dla pięcioosobowej rodziny wychodziłby taniej. Zakochaliśmy się w tutejszym zbiorkomie, bo choć autobusy kursują rzadko (raz na godzinę) to są cudownie i bardzo skutecznie klimatyzowane, a wierzcie mi, nie jest to standardem w pokojach, ani w wielu mniejszych knajpkach. W celu uniknięcia wysokich kosztów, każde z nas nabyło tygodniowy bilet miejski, dzięki czemu jeździmy jak szaleni i chłodzimy się w dowolnym momencie dnia. Co prawda jeszcze nie doszło do tego, że wskakujemy do byle jakiego autobusu tylko po to, by na chwilę ochłonąć, ale kilka razy było blisko...

Wracając do plażowania. Mniejsze plaże znaleźć można bez trudu niemal wszędzie. Właściwie dochodząc do brzegu, o ile nie jest to kilkunastometrowy klif, a wy nie jesteście akrobatami o samobójczych skłonnościach - wystarczy wejść i pływać. Woda jest cudownie przejrzysta, często też dość ciepła. Widoki zazwyczaj też są wspaniałe. W większości miejsc można spokojnie wypuścić także tę najmłodszą, słabo pływającą "młodzież" (pięć lat, czyli "ja sama, ja pływam"), bo sporo tu płycizn.

Gozo jest też rajem dla nurków, tych początkujących oraz tych zaawansowanych. Bez trudu znajdziecie tu podwodne jaskinie, przesmyki o głębokości nawet 50 metrów (tak zapewniają mapy umieszczane na brzegu), a w większości miejscowości jednym z pierwszych punktów usługowych będzie szkoła nurkowania.

Nie tylko relaks

W samym Malsarforn można ruszyć na długi spacer wybrzeżem wzdłuż niesamowitych upraw soli. Tak, sól się tu hoduje w kwadratowych korytkach. Widoki są niesamowite, piaskowiec wyrzeźbiony przez wodę i wiatr przybiera tu piękne kształty, a kilka kilometrów za granicami miasta znajduje się gigantyczna grota, w której z powodzeniem ukryłby się statek piracki. Klify pojechaliśmy podziwiać do Ta Cenc, skąd widać granat morza, księżycowe skały kminkowej wyspy Comino oraz nieodległy brzeg samej Malty.

Klify w Ta Cenc, fot. Dominika WęcławekKlify w Ta Cenc (fot. Dominika Węcławek)

Jedną z najtłumniej obleganych atrakcji jest "błękitne okno". Wiecie, taki klif z dziurą na wylot. Dziura jak dziura, ludzie przybywający tu tłumnie, by wgapiać się w to skalne okno, wyglądają jak surykatki, ale nagromadzenie najróżniejszych formacji skalnych wokoło jest niesamowite. Są wielkie skalne wyspy i małe skałki, na przykład w kształcie krokodyla, skalne baseny i przesmyki, w których kotłuje się woda. Morze jest dość głębokie, chyba że skorzystacie z... Wewnętrznego Morza, czyli małej zatoczki zasilanej słoną wodą dzięki tunelowi wiodącemu przez długą grotę (a na imię mu "Blue Hole").

Blue Hole a ludzie jak surykatki (fot. Dominika Węcławek)Blue Hole, a ludzie jak surykatki (fot. Dominika Węcławek)

Skoro już o takich tunelowych atrakcjach mowa, w jednym z miasteczek w głębi lądu - Xaghra - w podziemiach prywatnego domu znajdują się jaskinie, w których z radością znalazłam wreszcie chwilę wytchnienia. Jako osoba zimnolubna i preferująca cień, dopiero tu poczułam się dobrze. Jaskinię odkryli rodzice obecnego przewodnika, gdy chcieli wydrążyć studnie w podwórku. Dziś zamiast wody mają tu sporadyczne strumyczki turystów, którzy skłonni są za skromną opłatą obejrzeć piękne stalaktyty i lasy stalagmitów.

Także w Xagrha znajduje się jedna z nielicznych, najstarszych wolno stojących budowli świata. Świątynię Ggantija mieszkańcy Gozo wznieśli ponad pięć tysięcy lat temu. 3600 lat przed Chrystusem jakaś grupa zdeterminowanych wyspiarzy przytaszczyła na wzgórze wapienne bloki, nierzadko o wysokości kilku metrów i wadze 40 ton. Następnie postawili dwa budynki przypominające kształtem dwa bałwanki, w środku zaś znalazło się miejsce na ołtarze. Z góry rozciąga się widok na wypalone słońcem miasteczka, kwitnące agawy i skupiska opuncji. Na horyzoncie zaś majaczy błękit morza.

Mury świątyni Ggantija z bliska, fot. Dominika WęcławekMury świątyni Ggantija z bliska (fot. Dominika Węcławek)

Zdecydowanie młodsza, ale warta wizyty jest twierdza zwana Il-Kastell. Na górującym nad Victorią (stolicą Gozo) wzniesieniu budowano warownie już w epoce brązu. Obecne mury wzniesione w XVI wieku pamiętają schyłek panowania Normanów i turecką inwazję. Do Il-Kastell postanowiliśmy dotrzeć przez labirynt Mediny. Tu czuć jeszcze arabski zamysł planowania, wąskie uliczki chronią przed słońcem przez większość czasu, w jednym zaułku znajdziesz miejscowego rzeźnika, u którego kobiety kupują przed południem świeże mięso i kiełbasy, w drugim spotkasz rzemieślników pracujących na progach swoich domów. W ten sposób poznaliśmy na przykład dwie przeurocze starsze panie, które zajmują się wyplataniem typowych koronek. Antoinette została ostatnio gwiazdą lokalnej prasy, gdy jej zdjęcie trafiło na okładkę miejscowego czasopisma poświęconego życiu wyspy. Nancy kultywuje rodzinną tradycję, podobnie jak jej matka, babka i prababka wykonuje piękne koronki o ściśle określonym, tradycyjnym wzorze. Wystarczą jej dwie godziny, by wypleść piękną zakładkę. Jej córka natomiast przebiła wszystkie kobiety z rodu, bo wykorzystując tradycyjne metody wykonała obraz Jezusa i rozmodlonych wyznawców.

Nancy przy pracy, fot. Dominika WęcławekNancy przy pracy (fot. Dominika Węcławek)

W samym Il-Kastell spotykamy kolejne urocze kobiety. W świetnym muzeum folkloru wita nas Victoria, która haftuje makatkę na ślub swojego syna. Wesele co prawda już się odbyło kilka dni wcześniej, ale Victoria nie miała czasu, by skończyć swoje dzieło na czas.

Samo muzeum folkloru mieści się w szesnastowiecznej willi, której struktura przypomina labirynt, pełno tu zaułków, pomieszczeń na różnych poziomach i przejść schodkowych. Same zbiory wiele mówią o kulturze Gozo - są tu sprzęty rolnicze, rybackie, elementy wystroju wnętrz, ceramika i stroje. Drugim miejscem, do którego z radością wróciłabym, są silosy. Właściwie to obok siebie znajdowały się: prochownia, trzy podziemne zbiorniki na wodę, które przekształcono w silosy zbożowe oraz schrony z czasów II Wojny Światowej. W jednym z takich schronów - dzięki uprzejmości mieszkańców Victorii - udało się zebrać oryginalne wyposażenie.

Tak ukrywano się przed nalotami w czasach II Wojny Światowej, fot. Dominika WęcławekTak ukrywano się przed nalotami w czasach II Wojny Światowej (fot. Dominika Węcławek)

Większość budynków na Gozo wzniesiona jest z piaskowca wydobywanego tutaj w okolicach Dwejry. Choć pozornie wszystkie budynki są do siebie podobne, przypominają klocki, które w razie czego można zawsze rozbudować o kolejne piętro (dzięki czemu nad naszym apartamentem aktualnie znajdują się dwa pustostany powoli wykańczane przez ich właścicieli), wierzcie mi, widać różnicę, między tym co stare, a tym co nowe.

Najpiękniejsze i najbogatsze w detale są wille i domy wznoszone przed wojną. Najwięcej takich pięknych budynków znaleźć można w malowniczej mieścince Gharb, która znana jest także dzięki sanktuarium Ta'Pinu, w którym na początku XX wieku zdarzył się cud (a po nim wiele kolejnych). Trzeba mieć nasze szczęście, by dojść do Ta`Pinu pewnej chmurnej, burzowej środy w okolicach południa i trafić na mszę polskiej pielgrzymki. Spacer wnętrzem barokowej świątyni otoczonej pojedynczymi palmami przy chóralnym śpiewie psalmów po polsku w towarzystwie nielicznych mówiących po maltańsku lokalsów - to jest dopiero zderzenie kulturowe. Skoro już o tematach religijnych mówimy. Na hasło "Polska" każdy się tu ożywia i wspomina Jana Pawła II. Kilka osób było w Wadowicach, wielu ma portret papieża powieszony w drzwiach wejściowych do domu. Można tez spotkać tu Polaków, którzy przyjechali niekonieczne w celach rekreacyjnych, za to zarobkowych.

Ucieczka

Za radą mojego kolegi z bunkrów, Darka, który kilka lat temu pracował właśnie na Wyspach Maltańskich, wsiedliśmy na łódkę i czmychnęliśmy pewnego dnia na Comino, kminkową wyspę. Przybicie do "Błękitnej Laguny" było dość wstrząsającym przeżyciem. Setki łódek i łódeczek, tysiące osób kłębiących się na skalistym brzegu i jeszcze więcej zanurzonych w wodzie. Pierwsza myśl "chcę stąd uciec".

Pewnie dlatego pierwsze kroki skierowałam w głąb lądu (przy głośnych protestach jednego z członków rodziny). Po chwili wszyscy turyści zniknęli nam z oczu, a po dłuższym (ale bez przesady, wyspa jest bardzo mała, ma ledwie dwa kilometry średnicy) marszu dotarliśmy do prawdziwie magicznego miejsca. Opuszczony szpital zakaźny wzniesiony tu w czasach, gdy wszędzie poza Comino szalała zaraza, wygląda pięknie. Dwupiętrowy budynek w kształcie rozpłaszczonej litery T pełno ma małych pomieszczeń będących niegdyś izolatkami. W podwórzu stoi rdzewiejąca łódź i pojedyncze działo.

Mój ulubiony szpital, fot. Dominika WęcławekMój ulubiony szpital (fot. Dominika Węcławek)

Nieopodal wznosi się wieża, z której rozpościera się widok na Maltę. Mogłabym tu zamieszkać, choć zapach unosi się raczej piwniczny. Ze szpitala udaliśmy się do zatoki Santa Marija, gdzie stoi jeden z tych kościółków, które mogłyby grać w jakimś filmie Tarantino. Mały, biały, mocno "meksykański" - jeśli wiecie, co mam na myśli, albo pamiętacie sceny ślubu z Kill Billa... Obok piaszczysta plaża. Nieopodal furgon z wodą, kawą i kanapkami. A my przybyliśmy tu tuż przed sztormem. Traf chciał, że na czas powrotu ostatnią łodzią na Gozo sztorm rozszalał się na dobre. Odpływaliśmy z Comino jako ostatni turyści.

Tak wygląda osoba ucieszona z nadciągającego sztormu.Tak wygląda osoba ucieszona z powodu nadciągającego sztormu

Morze było ciemnogranatowe, fale miały ponad półtora metra, błyskawice malowniczo rozcinały niebo, a naszą motorówką rzucało w górę i w dół. Byłam arcyszczęśliwa i totalnie przemoczona. Olga wyskakując na brzeg w Gozo stwierdziła, że to był superrejs i chce jeszcze raz. Ledwie oddaliliśmy się od nabrzeża, zaczęło lać. Nie był to pierwszy popołudniowy deszcz, jakiego doświadczyliśmy tutaj. Co prawda w sierpniu średnia opadów wynosi tu wedle statystyk 2 mm, ale...

Chyba mam szczęście i błogosławionej wody z nieba spadło tym razem znacznie więcej. Po takim podwójnym przemoczeniu zadekowaliśmy się w portowej tawernie, ale lokalne jedzenie to temat na zupełnie inną, długa opowieść. Teraz wystarczy wam informacja, że w 8 na 10 lokali jedzenie było genialne.