Dlaczego nie żałuję, że jestem jedynaczką?

W dzieciństwie przez chwilę marzyłam o bracie. Koniecznie starszym, obowiązkowo z fajnymi kolegami. Nawet go sobie wymyśliłam i sprzedawałam innym przedszkolakom opowieści o jego dokonaniach w pełnym dorosłych wyzwań świecie szkoły podstawowej. Z czasem jednak stwierdziłam, że brak rodzeństwa ma też swoje plusy. Nie za dużo, ale jakieś ma.

Jestem jedynaczką. Nigdy za dużo się nad tym nie zastanawiałam. Nie było mi z tego powodu przykro - z wyjątkiem wczesnego epizodu z wymyślonym bratem - ani nie czułam, że jestem szczęściarą. Tak wyszło, tak się żyło.

Jednak czytając cudowny tekst Olgi o tym, jak fajnie mieć siostrę, pozazdrościłam tej jedynej w swoim rodzaju więzi. Przypomniałam sobie, jak kiedyś, mając do dyspozycji tylko wyobraźnię, bo przecież nie doświadczenie, rozkminiałam piosenkę Juliany Hatfield o trudnej lecz pięknej siostrzanej relacji.

Potem pochłonęły mnie listy sióstr Mitford, które mimo skrajnie różnych przekonań społeczno-politycznych (Jessica - przedwojenna komunistka, po przeprowadzce do USA zaangażowana w walkę o prawa człowieka przyjaciółka Mayi Angelou, Diana - żona zwanego brytyjskim Quislingiem polityka Oswalda Mosleya, Unity - psychofanka Hitlera, Nancy - autorka uroczych powieści i świetnie udokumentowanych biografii historycznych, Pamela - apolityczna, zdolna kucharka, Deborah - księżna, przyjaciółka prezydenta Kennedy'ego, babcia modelki Stelli Tennant), troszczyły się o siebie nawzajem, wspierały, ganiły, obgadywały, obrażały, kochały. Tekst Olgi i związane z nim kulturowe skojarzenia przywołały dawno zapomniane, może stłumione tęsknoty za kimś, kto z racji pokrewieństwa zna cię najlepiej na świecie i niezależnie od sytuacji zrozumie cię bez słów.

No dobrze, ale mimo braku rodzeństwa też miałam - i nadal mam - osoby, które znają mnie najlepiej na świecie i rozumieją bez słów, i to wcale nie z racji pokrewieństwa. Młodsza o 10 dni przyjaciółka, która mieszkała piętro wyżej, została towarzyszką zabaw, powierniczką marzeń, sparring partnerem. Do dziś jest tym wszystkim, tylko już się nie bijemy. Mamy swoje prywatne żarty, własny kod najobleśniejszych min na świecie i osobisty ranking najgorszych obiektów naszych nastoletnich uczuć. Kolejne bliskie osoby pojawiły się w szkole, na studiach, w pracy, po pracy. Nadal wspierają, a gdy trzeba - ostro opierdolą. Miałam się z kim bawić na szkolnym boisku, przydomowym podwórku, wakacyjnych wyjazdach, towarzyskich imprezach, a zawsze z poczuciem, że to mój wybór, a nie konieczność. Nie musiałam codziennie, 24 godziny na dobę, użerać się z wredną siostrą czy durnym bratem albo vice versa. To luksus, który bardzo sobie chwalę. Przyjaciół dobiera się ze względu na podobną wrażliwość i zainteresowania, a niektóre moje znajome rodzeństwa nie łączy ani jedno, ani drugie. Tylko więzy krwi, fizyczne podobieństwo oraz wzajemne pretensje i kompleksy.

... i rysowałam rodzinne portrety. (fot. Paulina Gorzkowska)W ciszy i spokoju bez rodzeństwa wymyślałam rodzinne traumy... (fot. Paulina Gorzkowska)

W ciszy i spokoju bez rodzeństwa wymyślałam rodzinne traumy... (fot. Paulina Gorzkowska)I rysowałam rodzinne portrety (fot. Paulina Gorzkowska)

Kolejny plus bycia jedynakiem to - nabyta w sumie z konieczności, nie z wyboru - umiejętność funkcjonowania solo. Koledzy nie zawsze byli dostępni, więc człowiek musiał się nauczyć sam wynajdować sobie rozrywki. Czas spędzony na samotnej zabawie wspominam bez żalu, bo śniłam na jawie, czytałam, rysowałam, budowałam miasta z klocków, tworzyłam swym lalkom i misiom powiązania rodzinno-uczuciowe rodem z Dynastii, wymyślałam rodzinnym zwierzętom pretensjonalne imiona (parę papużek nazwałam Klaudiusz i Messalina, zainspirowana ukradzioną dziadkowi z biblioteczki lekturą zdecydowanie nie dla 12-latki) i równie pretensjonalne alternatywne narracje (spaniel Toby był tak naprawdę psim wcieleniem Rob Roya), mogłam to wszystko robić w ciszy i spokoju - i nikt się ze mnie nie śmiał. Może dorośli, ale oni się nie liczyli. Dziś, jako stara prukwa, doceniam fakt, że bycie sam na sam z sobą nie jest dla mnie większym problemem. Kocham towarzystwo, ale solo też się nie nudzę. Dalej mogę czytać, rysować, oglądać filmy i tworzyć pretensjonalne alternatywne narracje - tym razem za pieniądze.

Trochę się wstydzę następnego punktu, bo brzmi bardzo egoistycznie, ale co tam, zaryzykuję. Bycie jedynakiem jest prawdopodobnie jedyną szansą na zaistnienie w czyimś życiu jako TEN JEDYNY. Tak, właśnie użyłam w jednym zdaniu 3 razy różnych mutacji słowa "jedyny", ale nie bez powodu. Bo umówmy się, "jedynym" czy "jedyną" w relacjach miłosnych można być tylko w literaturze, i to raczej nie tej współczesnej. Tymczasem jako jedyne dziecko swoich rodziców tworzysz i z nimi jako wspólnym ciałem rodzicielskim, i z każdym z nich osobno, specjalną więź, której z nikim nie dzielisz. Nie chodzi mi o bycie oczkiem w głowie, rozpieszczonym bachorem przekonanym o swojej wyjątkowości, potworem z roszczeniami, za to bez obowiązków. Takie przypadki też się zdarzają, wiadomo. Podobno często, ale akurat większość moich znajomych jedynaków zaprzecza temu stereotypowi. Ja jednak mówię o sytuacji, gdy jesteś z rodzicami we trójkę vs. cały świat, no i o szczególnej sztamie z mamą, a innej z tatą. Mieliśmy z ojcem swój świat i sekrety, z mamą też, ale inne. Wiedziałam, że mogę z nimi porozmawiać szczerze o czymkolwiek bym chciała, ale że nie będą mnie do tej rozmowy zmuszać. Wierzyli we mnie, kibicowali i chwalili, gdy zasłużyłam i opieprzali, gdy przegięłam, ale zawsze czułam, że niezależnie od różnicy zdań i różnych życiowych perturbacji jestem w centrum ich uwagi, a to dawało mi motywację, by się nie poddawać i udowodnić, że zasługuję na ich zaufanie i wiarę w moje możliwości. Nie mieli drugiego dziecka, które przejęłoby część oczekiwań, ale też miłości. Byłam tylko ja i nie zamierzałam rodziców zawieść, ani oni mnie. Mieliśmy siebie nawzajem i to było super. (Miało być tylko egoistycznie, a wyszło patetycznie. Trudno.)

Być może jeszcze bardziej super by było mieć brata czy siostrę i w razie problemów czy choroby rodziców dzielić się odpowiedzialnością, no i odczuciami z tego samego rejestru. W zeszłym roku zostaliśmy z tatą sami. Wspieramy się i rozmawiamy, ale jednak stracić żonę to nie to samo, co stracić matkę. Wcale więc nie twierdzę, że bycie jedynakiem jest lepsze, niż posiadanie rodzeństwa. Po prostu w moim i wielu znajomych przypadku to się udało i z grubsza wyszliśmy na ludzi. Dlatego myślę, że nie ma sensu się stresować, że mając tylko jedno dziecko naraża się je na straszliwe traumy. One przyjdą tak czy inaczej, a jak się je zniesie, to kwestia odpowiedniego przygotowania, no i szczęścia. A to już nie ma żadnego związku z liczbą czy brakiem rodzeństwa.

Więcej o: