Ula Chincz: Zawsze będę córką mojego ojca, ale przede wszystkim jestem sobą

Dziennikarka "Dzień dobry TVN" telewizyjny casting wygrała po trzydziestce. Wcześniej pracowała w agencji reklamowej, jako dyrektor marketingu i właścicielka sklepu internetowego. Nie chciała być "tylko" córką Andrzeja Turskiego, jednego z najlepszych dziennikarzy informacyjnych w Polsce. Dziś wspomina ojca w książce "7 dni. Świat Andrzeja Turskiego", którą napisała dla swojego synka Rysia.

Ula czy Urszula?

- Ula, Urszulą będę po pięćdziesiątce.

Chincz, a nie Turska?

- Moją książką o ojcu "7 dni. Świat Andrzeja Turskiego" zamykam pewien rozdział w życiu. Skończyła się Ula Turska i zaczęła stuprocentowa Ula Chincz. To był trudny, bolesny proces, spisywanie wspomnień o ojcu niedługo po jego śmierci. Ale jak postawiłam ostatnią kropkę, cieszyłam się, że powstało takie świadectwo. Mam nadzieję, że mój syn Rysio, dla którego pisałam tę książkę, zapamięta dziadka jako wybitną postać, ale jednocześnie zwykłego człowieka, który go kochał.

Trudno było być córką twojego ojca?

- Zawsze będę córką Andrzeja Turskiego. Miałam szczęście, mogąc przez 20 lat mieszkać pod jednym dachem z jednym z najlepszych dziennikarzy informacyjnych w Polsce. Gdy zaczęłam pracować w telewizji, miałam 35 lat. Powiedziałam sobie: "Masz dziecko, dom, sukcesy w pracy, teraz możesz spróbować czegoś innego". Nikt nie wierzył, że wygrałam casting do "Pytania na śniadanie" bez protekcji ojca, ale ważne, że ja wiem, jak było naprawdę.

Uczyłaś się od ojca zawodu dziennikarza?

- Ojciec nie wygłaszał wykładów ex cathedra. Ale był, w pozytywnym sensie, ciągle w pracy. Pomagał mi w doskonaleniu warsztatu, mówiąc np.: "Mówi się zapraszamy na prognozę pogody, a nie na pogodę", ale wychodził z założenia, że mam być samodzielna.

Ula Chincz na planie Ula Chincz na planie "Dzień Dobry TVN" (fot. TVN / Bartosz Krupa / East News)

W dzieciństwie byłaś programowana na sukces?

- Nie, ale rodzice dawali mi spróbować wszystkiego i pozwalali na niezależność. Jak się urodziłam, moja mama miała 33 lata, ojciec 34. Byli dojrzałymi, świadomymi, ukształtowanymi ludźmi. Jak chciałam rysować, mama zapisała mnie na kurs i kupiła dobre kredki, jak zaczęłam robić zdjęcia, oddała mi swój stary aparat. Tylko jedno wiedziałam na pewno: nie zostanę lekarką. Moja mama bardzo nie chciała, żebym poszła w jej ślady, bo uważała, że medycyna to za ciężki zawód dla kobiety.

W domu ścierały się dwa etosy: dziennikarski i lekarski?

- Był tylko etos dziennikarski, bo dom kręcił się wokół taty. Moja mama chciała robić specjalizację, ale zrezygnowała z ambicji zawodowych, bo nie można mieć dwóch "prezesów" pod jednym dachem.

To był ich sposób na szczęśliwy związek?

- Chyba tak, bo moja mama nie miała poczucia, że się poświęca. Nie miała natury lidera, dobrze się czuła w cieniu ojca. Cóż, za każdym wielkim mężczyzną stoi wielka kobieta, a w mojej rodzinie rządzili silni mężczyźni. Babcia była żoną generała, wydawało jej się, że złapała Pana Boga za nogi. Ale generał nie do końca zdawał sobie sprawę, ile kosztuje codzienne życie, więc babcia w tajemnicy przed dziadkiem zatrudniła się jako przedszkolanka, żeby było z czego zapłacić rachunki. Moja mama poszła o krok dalej. Była samodzielna finansowo.

W twoim małżeństwie jest podobnie?

- Ze Sławkiem nie jesteśmy stereotypową parą, bo w równym stopniu opiekujemy się dzieckiem. Dzielimy obowiązki. Mój mąż robi też Rysiowi śniadanie, odprowadza do szkoły, odrabia lekcje czy opatruje zdarte kolano. Mały uczy się, że zmywanie naczyń i gotowanie obiadu jest tak samo męskie, jak rąbanie drewna. Dziecko potrzebuje stabilności, a mnie się zdarza pracować więcej niż 40 godzin tygodniowo, więc mój mąż czasami jest tatą i mamą w jednej osobie.

Mój mąż skończył zarządzanie i informatykę, ma "normalną" pracę w branży nowoczesnych technologii. Ma ścisły umysł, ale bardzo twórczy zawód. Zapytałam go na jednej z pierwszych randek, czym się dokładnie zajmuje, i po kilku godzinach tłumaczenia żałowałam, że zadałam to pytanie. Jest bardziej poukładany, konkretny, cierpliwie znosi moje kolejne pomysły zawodowe. Show-biznes kompletnie go nie obchodzi i ma do mojej pracy zdrowy dystans.

Jaki jest Rysio?

- Jest indywidualistą, który wie, czego chce, ale nie boi się błądzić. To dziecko wychowane na wsi. Ma bose dzieciństwo blisko natury z psami, kotami, ptakami. Przychodzą do nas też dziki, lisy, sarenki.

Rysio jest podobny do ciebie?

- Byłam strasznie brzydkim, chudym dzieckiem. W wieku sześciu lat obcięłam sobie grzywkę przy samej skórze, miałam patykowate nogi z wystającymi rzepkami, nie lubiłam chodzić w sukienkach, wolałam w szortach, żeby wspinać się po drzewach. Rysio też jest chudy i nie może usiedzieć w miejscu. Czasem nie sposób za nim nadążyć i to bywa męczące. Cieszę się, że ma pełną rodzinę. Jestem dzieckiem rodziców, którzy dwa razy się rozwodzili. Byłam dzieckiem, które traciło grunt pod nogami.

Dojrzałaś przedwcześnie?

- Raczej byłam samodzielna. Miałam 12 lat, gdy rodzice rozwodzili się po raz pierwszy, tata się wyprowadził i mieszkałam z mamą i 80-letnią babcią. Mama po maratonie remontowania mieszkania zasłabła i wylądowała w szpitalu. Sekretarka taty przywiozła jakieś pieniądze, żebym mogła kupić kurę na rosół, bo tata był w delegacji. Ojciec wrócił cztery dni później.

Kilka lat później, na wakacjach, babcia złamała nogę w naszym wiejskim domu oddalonym 400 km od Warszawy, więc mama pojechała z nią do szpitala, aż do stolicy, bo złamanie było skomplikowane. Zostałam sama na tydzień. Poza tym mama nie była perfekcyjną panią domu. Zaczęłam gotować, żeby zjeść coś dobrego w domu. W podstawówce robiłam sobie sama kanapki do szkoły, w liceum gotowałam obiady dla całej rodziny. Może dlatego byłam grzeczną dziewczynką: nie uciekałam z domu, nie szalałam, nie wagarowałam.

Tata wymagał, żebyś miała dobre oceny?

- Wymagał, żebym z tych przedmiotów, z których byłam dobra: polskiego, historii, języków obcych, geografii, dostawała piątki, a z tego, z czego byłam nogą: matmy, fizyki, chemii, miałam tylko zdać do następnej klasy. Dlatego na świadectwach są same piątki i tróje. Tata uczył mnie kwestionowania autorytetów. Mówił, że ktoś nie jest mądrzejszy ode mnie tylko dlatego, że jest nauczycielem.

(fot. Cezary Piwowarski / TVN)(fot. Cezary Piwowarski / TVN)

Czułaś się kochana?

- Tak, ale zawsze najważniejsi byli rodzice, a na drugim miejscu ja. W dzisiejszych czasach to się odwróciło - to dzieci ustawiają życie rodziny. A przecież dziecko pójdzie w świat, a ty zostaniesz z mężem i z nim się zestarzejesz. Mój Rysiek czuje się kochany, ale wie, że gdy rodzice wychodzą na randkę, to jest ich czas. Moi rodzice "wyrzucili mnie z gniazda", jak miałam 21 lat. To było mądre.

Zaczęłaś pracować jeszcze na studiach dziennikarskich.

- Tak, najpierw pisałam dla "The Warsaw Voice", pracowałam w agencjach reklamowych, potem dostałam stanowisko dyrektora marketingu w Vectrze, gdzie większość moich podwładnych była ode mnie starsza, a kilka lat później pakowałam paczki we własnym sklepie internetowym, ciesząc się, że zarobiłam 500 zł na miesiąc. Prowadzę też kanał Ula Pedantula na YouTubie, gdzie pokazuję, jak prowadzę dom. Część sposobów podpowiedziały mi koleżanki, część ich mamy albo babcie. Nie mogłabym całe życie siedzieć w jednej pracy, wolę mieć kilka zawodowych życiorysów.

Musiałaś dawać z siebie więcej, bo jesteś kobietą?

- Wręcz przeciwnie, jako kobieta czułam się uprzywilejowana. Między facetami jest konkurencja, a dziewczynie się nie odmawia.

A między kobietami nie ma konkurencji?

- Może o facetów, ale w pracy nigdy tego nie odczułam. W Mamagama miałam wspólniczkę, z którą uzupełniałyśmy się jak w udanym małżeństwie.

Potem trafiłaś do telewizji śniadaniowej. "Poważne" dziennikarstwo cię nie ciągnęło?

- Żeby pracować w informacji, trzeba samemu mieć ogromną wiedzę o świecie, w różnych aspektach. Uświadomiłam to sobie, obserwując mojego ojca. Moja strefa komfortu to tematy bliskie ludziom - porady dotyczące prowadzenia domu, przybliżanie życia gwiazd, podróże.

Jak zmienił się zawód dziennikarski?

- Nie chcę tego oceniać. Dla mojego ojca praca była życiem, staram się postępować tak samo.

Jak się odnalazłaś po przejściu z "Pytania na śniadanie" do "Dzień dobry TVN"?

- Najważniejsze jest to, że jak coś powstaje w dobrej atmosferze, to czuć to na ekranie.

Z czego czerpiesz siłę?

- Z tego, co się zdarza po drodze. Mogę jechać dwa dni, żeby spotkać osobę, która mnie fascynuje. Dla niektórych rozmów, niekoniecznie z gwiazdami, warto żyć. Ale czasami, gdy wracam do domu i powinnam pobyć z mężem i dzieckiem, padam na kanapę i zasypiam.

Ale w domu nie jesteś gwiazdą?

- Wracam z pracy do domu 40 minut i w tym czasie przechodzę metamorfozę z kobiety zawodowej w domową. Mój syn chce mieć normalną matkę, a nie panią z telewizji. Mój mąż też ma dystans. Jego stały tekst po moim powrocie z bankietu w wypożyczonej kreacji do ziemi, wartej ileś tysięcy: "Dobrze, że wróciłaś, koty nabrudziły w kuwecie, trzeba posprzątać".

Nigdy nie zaliczyłaś odlotu?

- Nie. Mam od tego ludzi. Ludzi, którzy pokażą mi i udowodnią, co w życiu najważniejsze. Nazywają się Sławek i Ryś.

(fot. TVN / Bartosz Krupa / East News)(fot. TVN / Bartosz Krupa / East News)

Telewizja ma magiczną aurę?

- Dla mnie była magii pozbawiona, bo ja się na telewizyjnych korytarzach wychowywałam. Wiedziałam, jak wygląda studio od zaplecza, siedziałam godzinami w reżyserce i na Malczewskiego w budynku radia na montażach.

Wiedziałaś, że za tym blichtrem kryje się ciężka praca?

- Ciężka, ale pełna pasji, bo z tej pracy się nie wychodzi. Nawet siedząc na pazurach u kosmetyczki, możesz usłyszeć niezwykłą historię. W telefonie mam spisane tematy na następny sezon - linki, inspiracje, cytaty.

Z czego czerpiesz pewność siebie?

- Z doświadczenia i intuicji. Przekonasz ludzi do swojego zdania, tylko jeśli wiesz, czego chcesz. Tak robił mój tata.

A jaka jesteś wobec ludzi, z którymi rozmawiasz?

- Bezkrytyczna. Z góry zakładam, że każdy ma dobre intencje, więc jestem niestety dość łatwa do zmanipulowania.

Ale może to dobrze, bo prawdziwa komunikacja zakłada otwartość.

- Tak, wygrywam na tej otwartości, bo nawet wielkie gwiazdy są po prostu ludźmi. Mimo to, gdy przeszłam do "Dzień dobry TVN" i Dorota Wellman zadzwoniła mnie pochwalić, byłam wzruszona.

Jesteś superpozytywna. Można się tego nauczyć?

- Poczucie tego, że życie jest fajne, a ludzie dobrzy, wynosi się z domu. W moim okresie buntów, kiedy nic mi się nie podobało, mama powiedziała, żebym nie zwracała jej uwagi na rzeczy brzydkie, tylko ładne. Bo jak się będę koncentrowała na brzydkich butach, to cały świat będzie brzydki jak te buty. I jeszcze mama radziła, żeby mówić ludziom miłe rzeczy, bo to nic nie kosztuje, a komuś sprawi ogromną przyjemność. Drugą ważną rzecz powiedziała mi Urszula Dudziak. "To, na co zwracasz uwagę, rośnie". Olśniło mnie.

Jesteś w fajnym wieku dla kobiety?

- Mam taką pewność. Jasne, że chciałabym mieć ciało 20-latki, a w głowie to, co teraz. Ale to niemożliwe. Swoje przeżyłam, nacieszyłam się życiem, wiem, czego chcę i kim jestem. Mam poczucie, że jestem atrakcyjna, mam radochę ze swojego ciała i głowy, nauczyłam się siebie.

Ale telewizja bywa okrutna dla dojrzałych kobiet.

- Cóż, ja nad każdą zmarszczką ciężko pracowałam, więc nie zamierzam ich prasować. Dojrzałe kobiety, które udają, że wyglądają jak własne córki, nie są autentyczne. Niech nie gadają o samoakceptacji, jeśli odwiedzają chirurga częściej niż ja fryzjera. W telewizji potrzebna jest prawda. I tego się trzymam.


Ula Chincz. Dziennikarka telewizyjna, w tym roku z "Pytania na śniadanie" przeszła do "Dzień dobry TVN". Córka Andrzeja Turskiego, razem z Anną Morawską wydała książkę o ojcu "7 dni. Świat Andrzeja Turskiego". Żona, mama małego Rysia, mieszka pod Warszawą.