Miód od miejskich pszczół może być lepszy niż ten ze wsi! Zaprośmy pszczoły do miast

Na dachach hoteli, kamienic, a nawet Pałacu Kultury i Nauki. W ogródkach, parkach i nieopodal zabytków. Stołeczne pszczoły mają coraz więcej swoich uli, z roku na rok przybywa też chętnych do adopcji i zakładania miejskich pasiek. Jak to możliwe, że jest im dobrze w Warszawie?

Teoretycznie, aby mieć własne pszczoły, wystarczą dobre chęci, cierpliwość i czas. W praktyce, trzeba jeszcze mieć wiedzę, jak się obchodzić z tymi owadami, by nie wyrządzić im krzywdy; pieniądze, by nabyć właściwy ekwipunek i miejsce, w którym ul będzie bezpieczny. Wreszcie pszczoły muszą mieć też co jeść. - Pszczoły nie wymagają bardzo dużej uwagi. Pojawia się jednak pewne ryzyko. Jeśli zaczną je hodować ludzie bez tego minimum przygotowania i praktyki może być trudno. Pszczoła wymaga minimum wiedzy i odpowiedzialności - wyjaśnia Wiktor Jędrzejewski, założyciel ruchu Miejskie Pszczoły i dodaje, że działania tej inicjatywy skupiają się właśnie na tym, by każdy, kto zechce poznawać pszczoły mógł przyswoić minimum wiedzy i zrozumieć, na czym ta cała odpowiedzialność za pszczoły polega.

Warszawscy zapylacze

Początki były pełne wyzwań. Kiedy rok temu spotkałam się z Wiktorem, sporo czasu rozmawialiśmy o tym, z jakimi kłopotami prawnymi musi się borykać. Wtedy miał na swoim koncie postawienie ula na szczycie jednego z warszawskich budynków. Teoretycznie zgodnie z przepisami, w praktyce - trudno powiedzieć, bo właściwie dobra wola osoby interpretującej literę prawa mogła okazać się niewystarczająca. Poza tym pszczoły w myśl przepisów to z jednej strony trochę zwierzęta hodowlane jak krowa, a trochę nie bardzo. Ni pies, ni wydra. Poza tym, choć człowiek z pszczołą żyją od tysięcy lat, a Polska już w X wieku mogła się szczycić wybornymi miodami (raczono się nimi na przykład podczas chrztu Mieszka I), to obecnie do pszczół mamy dystans. Wiadomo - mogą użądlić, a wszyscy teraz mają alergię na wszystko, więc taki ul w sercu wielomilionowego miasta jest gorszy niż brudne bomby doczepione do drona.

Gdy Wiktor i wspierający go miłośnicy pszczelarstwa zrzeszeni wokół inicjatywy Miejskie Pszczoły ustawili ule w sąsiedztwie Królikarni, pojawiły się zgłoszenia od rodziców korzystających z pobliskiego placu zabaw. Tu ugryzła, tam spuchło, boli i w ogóle jest niebezpiecznie z takimi pszczołami. Był tylko jeden kłopot, ule przy Królikarni stały wówczas jeszcze puste.

Potem Miejskie Pszczoły zadomowiły się w ogródku jednego z fińskich domków na Osiedlu Jazdów. Piękne, zgrabne białe ule malowniczo wpisywały się w ten surrealistycznie sielski krajobraz. Wiktor wyjaśniał, że do miejskiej hodowli wybierano najłagodniejsze pszczoły. Pewnie dlatego spacerując między drewnianymi domkami bez obaw zajrzałam do pasieki. Grzecznie i bez głupich pomysłów. Wiecie, świadomość, że mnie to może ewentualnie zaboleć, a pszczołę takie użądlenie zabija jest dość przykra. Wolałam nie stresować tych dość pracowitych i potrzebnych nam owadów.

No, a właściwie do czego one nam potrzebne? Najbardziej potrzebne nam są do życia. Oczywiście można się zajmować zapylaniem kwiatów własnoręcznie, Chińczycy z Syczuanu już to robią, ale to dość pracochłonne i równie czasochłonne zajęcie. Pszczoły i tak mają lepsze wyniki, bo przy okazji zbiorą nektar, z którego powstanie miód, wosk i kit pszczeli. Miód zaś jest wieczny, o ile się go nie zje.

Idzie nowe

W tym roku znacznie łatwiej pozyskiwać w mieście ten najtrwalszy i najdłużej znany ze wszystkich słodzików.

- Rada Warszawy na jesieni zeszłego roku przegłosowała poprawki do regulaminu porządkowego, które pozwalają hodować pszczoły wszędzie tam, gdzie możliwe jest zachowanie odległości 10 metrów od granicy działki. Nie są to regulacje optymalne, ale sprawiają, że coś co było prawnie niemożliwym dziś jest możliwe - przyznaje założyciel Miejskich Pszczół. W ten sposób już sama organizacja Wiktora pomogła założyć i opiekuje się 40 ulami. Równie liczna jest zrzeszona wokół Wiktora grupa miłośników pszczelarstwa miejskiego.

Miejskie pszczoły, fot. Marcin GóreckiMiejskie pszczoły, fot. Marcin Górecki

- Cały czas zapraszamy nowych ludzi na otwarte bezpłatne warsztaty. Zachęcamy też do wspólnej pracy z pszczołami - przekonuje Jędrzejewski. Sam jest zaskoczony pozytywnymi reakcjami warszawiaków. A czy pszczołom jest w Warszawie dobrze? Jasne. Inaczej byśmy ich tu nie hodowali. Przekonanie, że tutaj właśnie tak im będzie i tutaj można im pomóc w poważnych kłopotach jest podstawową motywacją naszych działań.

Czy one się tu nie zatrują?

Pszczołom lepiej jest na dole. Latanie to spory wysiłek, nie mogą przemieszczać się ani zbyt daleko, ani zbyt wysoko, bo stracą zbyt wiele energii, wreszcie zdechną z wycieńczenia. W takim razie, po co je w tym mieście trzymać, czy nie lepiej by im było na wsi? I w ogóle, czy taki miejski miód jest zdrowy?

Jakość miodu zależy przede wszystkim od tego w jaki sposób pracuje z pszczołami pszczelarz, czy się na tym wystarczająco zna, czy w pogoni za zarobkiem nie uciekają mu sprawy związane z jakością, czy nie kusi go bardzo w pszczelarstwie proste kantowanie. Teoretycznie i na wsi, i w mieście może zdarzyć się pszczelarz doskonały i dbający o swoje pszczoły oraz o jakość miodu, albo nadmiernie oszczędny, goniący za zarobkiem oszust i partacz. Przekonanie, że miód zbierany od pszczół mieszkających na przykład na Pałacu Kultury i Nauki jest jakościowo gorszy niż ten zbierany na sielskich polach jest natomiast błędne.

Jak przekonuje Wiktor, wszystko wynika z faktu, że pszczoły nie mają kłopotu z filtrowaniem typowych miejskich zanieczyszczeń. Badania potwierdzają, że w miejskim miodzie ich nie ma. Owady mają natomiast olbrzymi problem z rolniczą chemią. Jeśli w okolicy jest stosowana, zostaje też w miodzie. Jednym z podstawowych "pożytków" (pszczele pożywienie) w Polsce jest rzepak.

- Wystarczy spojrzeć na badania Greenpeace prowadzone w 2014 roku. Ilość rolniczej chemii siedzącej w polskim rzepaku jest dramatyczna. Rodzimy rzepak jest po prostu dla pszczół i owadów zapylających trujący. Nasz kraj jest jednym z państw o najwyższej dynamice wzrostu zużycia pestycydów w Europie. To są realne problemy, których w mieście nie ma - zauważa Jędrzejewski. Miasto natomiast oferuje pszczołom szeroki wybór pożywienia. Modne stały się zarówno balkonowe, jak i przydomowe ogródki warzywne. Coraz więcej osób dba o kwietniki i klomby. Sama Warszawa, wbrew obiegowej opinii, jest bardzo zielonym miastem, sporo tu parków i innych terenów zielonych.

Miejskie pszczoły, fot. Marcin GóreckiMiejskie pszczoły, fot. Marcin Górecki

- Jednym z argumentów związanych z hodowaniem pszczół w mieście jest właśnie to, że jedzenia jest tutaj zdecydowanie więcej - przyznaje Jędrzejewski i dodaje jeszcze, że może brzmi to zaskakująco ale różnorodność miejskiej przyrody jest dużo większa niż tej wiejskiej. - To właśnie w różnorodności tkwi klucz do zadowolenia pszczoły. W Warszawie jest mnóstwo gatunków roślin kwitnących przez cały sezon wegetacyjny. Dla pszczół to prawdziwy raj!

OD REDAKCJI: Pszczoły potrzebują teraz naszej pomocy. Weź razem z nami udział w działaniach, które poprawiają los zapylaczy w Polsce. Wspólnie będziemy je liczyć i sprawdzimy jak się mają. W prosty sposób możesz pomóc naszym zapylaczom dzięki akcji ADOPTUJ PSZCZOŁĘ, którą wspiera Gazeta.pl!