Ty też ciągle coś musisz? "Musieć" - słowo, które nami rządzi

Gdyby wnioski o naszych działaniach wyciągać tylko z tego, co o nich mówimy - niewiele planujemy, chcemy zrobić czy po prostu robimy. Ciągle coś MUSIMY. Ja na przykład muszę napisać o tym tekst.

Ciągle człowiek coś musi. Muszę zrobić zakupy, muszę odebrać płaszcz z pralni, muszę jeszcze dziś popracować, muszę podjechać do urzędu, bo muszę tam coś załatwić, muszę uprasować tę bluzkę, muszę wpaść do rodziców na obiad, muszę ci pożyczyć tę książkę, musimy się wreszcie zobaczyć!

Muszę poćwiczyć, muszę wreszcie znaleźć czas, by z tobą o tym wszystkim na spokojnie porozmawiać, muszę ci pokazać zdjęcia z wakacji, na które - wierz mi - BARDZO JUŻ MUSIAŁAM pojechać, bo czułam, że muszę odpocząć.

Nie MUSZĘ, a CHCĘNie MUSZĘ, a CHCĘ

Nawet to, co przecież jest przyjemnością, czymś na co czekamy, na co się cieszymy - też nieraz okraszamy słowem "musieć". A to słowo jest jak sól - we właściwych proporcjach podbija ważność naszych działań, ale gdy jest go za dużo, pojawia się zniechęcenie - bo jest niesmacznie. Drażni, psuje smak. Zastanów się, jak często solisz tym musizmem, choć wcale nie trzeba?

Zdarza wam się mówić: jak bym chciała nic nie musieć! Jak się dobrze przyjrzymy - okaże się, że wcale tak wiele nie musimy. Problem polega na tym, że tak o tym myślimy i mówimy. W warstwie językowej jesteśmy nieustająco pod przymusem. Wygląda na to, że niewiele chcemy i planujemy zrobić, bardzo dużo za to musimy. Wiem, że tak się mówi, że czasami używa się tego słowa, by podkreślić przekaz - musisz to zobaczyć! Bo przecież nie: wiesz, byłoby miło, gdybyś to obejrzała. Język jednak bardzo nami rządzi, ma wielki wpływ na to, jak się czujemy i jak coś, o czym mówimy, postrzegamy.

MUSZĘ poczytać... / fot. pexels.comMUSZĘ poczytać... / fot. pexels.com

Jeśli więc wciąż coś musimy, gdzieś tam w środku nas żyje sobie mała presja. To czy urośnie i da nam popalić, zależy od wielu elementów. Czy ogólnie mamy sporo rzeczy na głowie, które nam ciążą i stresują nas, czy żyjemy w dużym natężeniu działań i napięciu, że się nie wyrobimy. Jeśli grunt jest podatny - a mam wrażenie, że "w tych dzisiejszych czasach" stało się niemal naturalne, że żyjemy szybko i w poczuciu, że czas nas goni - prawdopodobnie "musizm" nas dopadł.

Nie jest od razu rozwiązaniem przestawienie się na filozofię wdupizmu, którą notabene bardzo polecam. Wdupizm dotyczy innych spraw. Musizm nas gniecie w tych codziennych, rutynowych, głównie drobnych. Zakupy, porządki, kontakty z ludźmi. Musimy ogarniać rzeczywistość, musimy się z kimś zobaczyć. Ciągle nas to słowo pionizuje - nie ma chwili wytchnienia.

MUSIAŁAM pozmywać. To się akurat nie zmieni na MUSIAŁAM pozmywać. To się akurat nie zmieni na "chciałam"... / fot. pexels.com

Proponuję, jako rozwiązanie - mały eksperyment. Przestańmy mówić "muszę" w sytuacjach, gdy tak naprawdę nie musimy. Mówmy: zamierzam, planuję, zrobię. Informujmy, co robimy, a nie co musimy. Dziś po pracy pójdę odebrać płaszcz z pralni. Wieczorem jeszcze chwilę popracuję, bo tak sobie zaplanowałam. W przyszłym tygodniu podjadę do urzędu, bo chciałam odebrać stamtąd jeden świstek. A w niedzielę z przyjemnością podjadę do rodziców, zjem z nimi obiad. A tę książkę to ci pożyczę - koniecznie przeczytaj. Dziwnie, ale da się.

Ja przecież wcale nie musiałam napisać o tym wszystkim, ale naprawdę chciałam. Przecież lubię do was pisać, nikt mnie nie zmusza.