Zgrabne wymówki, by dziś znów nie poćwiczyć. Znajdź swoją!

Gdy odkryłam, że moje ciało traci tę wspaniałą, wyniesioną z dzieciństwa właściwość, że nic nie trzeba robić, a ono wciąż jędrne i giętkie - postanowiłam się za siebie wziąć. I wzięłam się. A potem się od-wzięłam, bo miałam kilka dobrych wymówek.

Był czas, że ćwiczyłam niemal codziennie, średnio wychodziło 5 lub 6 razy w tygodniu. I nie był to czas trwający zbyt krótko, by nabrać do siebie szacunku - trwało to mniej więcej trzy lata, szacun zatem także był. Miałam po prostu taki wpojony cykl, że prosto z pracy szłam do klubu sportowego, który mieścił się jakieś 200 metrów od pracy (dla pełnego obrazka - dom mieścił się kolejne 300 metrów dalej - miałam więc wszystko bardzo w zasięgu). I tam, na tym fitnessie czy na siłowni - umęczałam się do końca.

Wracałam do domu z poczuciem, że jestem silna i świetnie zarządzam czasem. Tak mi się podobało, że biegłam tam także w weekendy. Miałam satysfakcję i zdecydowanie lepiej wyglądający tyłek i brzuch. A potem się przeprowadziłam, zmieniłam pracę i trochę się skomplikowało. Siłą rozpędu chodziłam jeszcze przez jakiś czas do nowego klubu, niedaleko nowego miejsca zamieszkania. Ale to nie było to samo, wytrąciłam się z rytmu. Chodziłam coraz rzadziej, aż w końcu przestawiłam się na bieganie i ćwiczenia "sama w domu, jak znajdę czas". Ale to już nie było to samo.

Także ten Tak że ten

Zawsze znajdę sobie jakąś wymówkę, by przełożyć ćwiczenia na potem. To jak ze sprzątaniem biurka, gdy trzeba się było wziąć do nauki do kolosa na studiach, znacie ten stan na pewno. Cały semestr pierdolnik, papiery się walają, stare długopisy nikomu nie przeszkadzają, a rozsypane spinacze krzywdy przecież nie robią. I nagle idzie sesja. Więc trzeba posprzątać. Nie tak trochę poukładać. Tak serio porządnie wszystko wypucować. Alfabetycznie książki ustawić. Notatki posegregować, zwłaszcza te niepotrzebne już. Ułożyć wszystko do linijki.

Gdy więc zapomniała głowa (zaskakująco szybko, niestety - choć, haha, tyłek jeszcze szybciej...), jak dobrze się czułam, gdy wracałam zmęczona po ćwiczeniach do domu - zaczęły się schody, by się do tego od nowa przekonać. Bo, niestety, nie należę do tych osób, co kochają ćwiczyć. Nie, ja wiem, że MUSZĘ ćwiczyć. A z tym muszeniem jak jest, to już tłumaczyłam. No i właśnie - ćwiczenia, trening? Och, przecież co to ja muszę...

Posprzątać muszę. Nie będę przecież ćwiczyć w takim bałaganie. A wyjść gdzieś i poćwiczyć to wiecie, nie bardzo, kiedy w domu taki bałagan. Sorry, są ważniejsze rzeczy, niż fikanie nóżką i brzuszki.

Muszę zrobić pranie. Jest już prawie pół kosza z brudami. Co? Niby mam czekać aż się cały zapełni? I może jeszcze aż się będzie wysypywało? No sorry. Lepiej zrobić pranie już dziś.

Przy okazji, jak już zajrzałam do łazienki, to może przetrę lustro, bo trochę pastą do zębów ofaflunione. I zlew też od razu przemyję. I wannę, bo już tydzień będzie, jak taka stoi trochę wczorajsza.

Muszę coś zjeść. O tak. To jest najwłaściwsze działanie w tej sytuacji. Może nawet coś słodkiego.

Muszę zrobić coś do jedzenia. Coś zdrowego, skoro już postanowiłam nie ćwiczyć. A skoro tak

Muszę iść do sklepu. Nie mam przecież tych wszystkich zdrowych produktów, a nie będę jadła niezdrowych.

W ogóle a propos zakupów - to muszę sobie kupić jakieś porządne spodnie do ćwiczeń. I stanik. I koszulkę. I może nawet sobie kupię takie fajne buty, co to ćwiczą za ciebie. I będę w nich sprzątać. Albo będę w nich nic-nie-robić. A tyłek sam będzie się ujędrniał, hę?

Muszę obejrzeć serial. To a propos nic-nie-robienia. Mam zaległości. Z pół sezonu na mnie czeka.

Czeka też kilka osób na spotkanie, na rozmowę. Zamiast ćwiczyć - może się z kimś spotkam albo choć pogadam przez telefon? Nie mam pojęcia, co u niektórych słychać.

Sprawdzę na fejsie co u tych niektórych. A przy okazji sprawdzę też, co u całej reszty. I jakiś artykuł przeczytam, dawno nie czytałam.

Książkę poczytam, to ambitne. Lepiej być oczytaną, niż mieć płaski brzuch. A może nie?

To może zrobię sobie paznokcie. W końcu to widać gołym okiem - czy jestem zadbana, czy nie. Tyłek mogę zamaskować, już nie przesadzajmy.

A tak w ogóle, to boli mnie noga. Może ją pomasuję sobie. Zamiast ćwiczyć.

Ostatnio znów wróciłam do intensywnych ćwiczeń. A ten tekst jest formą terapii po rozstaniu. Rozstałam się wreszcie z tymi wszystkimi wymówkami. A że - jak mawia Jon Snow "Łinter iz komin", czas wylegiwania się pod kocem i mnożenia wymówek nadciąga - zachęcam gorąco, by powiedzieć im wszystkim głośne sajonara. Ale wcześniej zdradzić swoje - na pewno macie ciekawe.