Robert J. Szmidt: Przygotowałem sobie mapę Wrocławia i zacząłem detonować bomby atomowe

Z pisarzem wyspecjalizowanym w kreowaniu wizji zagłady i tego, co przychodzi po niej, rozmawiamy o skutkach przynoszenia panzerfausta do szkoły i wskrzeszeniu metra w stolicy Dolnego Śląska. Robert J. Szmidt tłumaczy nam, że czasem nie może napisać prawdy. A wszystko to z okazji premiery ?Otchłani?, książki z serii Uniwersum Metro 2033.

Jak wyglądał Wrocław czasów twojego dzieciństwa?

- W dużej mierze tak jak opisałem go w książce "Szczury Wrocławia". To nie żart. Miasto było bardzo zniszczone, w latach 70. nawet w centrum łatwo było się natknąć na ruiny. Sama jesteś z Wrocławia, twoja dzielnica - Trójkąt Bermudzki - jeszcze w latach 80. była w opłakanym stanie. W tamtych kamienicach kręcono przecież filmy wojenne, i to bez konieczności uciekania się do efektów specjalnych.

Zresztą moja ulica nie zmieniła się ani trochę do dziś, może poza kilkoma plastikowymi oknami i nowymi dachami na niektórych kamienicach. Ściany są wciąż takie same, tynki porozwalane, poprzestrzeliwane, widać niemieckie napisy wskazujące drogę do schronów. Wszystko to, co opisałem w "Szczurach Wrocławia", można znaleźć, spacerując ulicą, na której się wychowałem.

Jako dzieciaki bawiliście się w tych ruinach?

- Koło mnie było sporo terenów zielonych i działek. To był nasz plac zabaw. Mieliśmy górkę motocrossową, na której jeździliśmy na rowerach. Robiliśmy wyprawy na wały przeciwpowodziowe. Oczywiście przeżyłem też sporo dziwnych przygód.

Kiedy budowano opodal nową ulicę i rozkopano porządnie ziemię, wystarczyło pogrzebać chwilę łopatą i już miało się porządnego schmeissera. W pewnym momencie w czasie podwórkowych zabaw wyglądaliśmy jak ci mali powstańcy z warszawskiego pomnika. Mundury wprawdzie się nie zachowały, ale nosiliśmy przerdzewiałe hełmy i szkielety broni. Podobne eldorado mieliśmy, gdy spuszczano wodę w kanale powodziowym. Wszystkie dzieciaki z okolicy grzebały tam w poszukiwaniu skarbów. Znajdowaliśmy nie tylko monety...

A grzebiąc na budowie ulicy Wyszyńskiego, dochodzącej dziś do mostów Warszawskich, wykopaliśmy na przykład zdezelowanego panzerfausta - głowicę z kawałkiem rury. Jako praworządny obywatel zatargałem go oczywiście do szkoły. Nietrudno się domyślić, co było potem. Szkoła została ewakuowana. A ja nawet nie zdawałem sobie sprawy z zagrożenia. Mnie to ciężkie cholerstwo upadło z pięć razy, zanim dotachałem je do budynku. Nauczyciele nie wiedzieli, czy dać mi nagrodę za obywatelską postawę czy wykopać ze szkoły.

O wrocławskim metrze krąży wiele legend, Robert J. Szmidt dopisał do nich kolejną. Być może najmroczniejszą (fot. archiwum prywatne)O wrocławskim metrze krąży wiele legend, Robert J. Szmidt dopisał do nich kolejną. Być może najmroczniejszą (fot. archiwum prywatne)

Przygotowując się do pisania "Otchłani", czyli książki rozgrywającej się w Uniwersum Metro 2033 [wizja alternatywnej przyszłości, w której zdziesiątkowana przez wojnę atomową ludzkość zmuszona została do życia w podziemiach. Pierwszą książkę w tych realiach napisał Dmitrij Głuchowski, potem inni autorzy przenieśli historię do swoich miast - przyp. red.], zbierałeś dodatkowe materiały na temat tego, jak wygląda sieć kanałów pod Wrocławiem?

- Nie mieszkam od pewnego czasu we Wrocławiu, więc mam problem, ponieważ nie mogę pewnych rzeczy sprawdzić sam. Polegam na znajomych, którzy są na miejscu i mnie w tym wyręczają. Tak samo było przy "Szczurach Wrocławia". Prosiłem znajomego preppersa, Sławka Niznera, by zaglądał w różne miejsca i opisywał mi, jak wyglądają, albo kręcił filmiki czy robił zdjęcia. Pisząc "Otchłań", miałem dostęp do części planów sieci kanalizacyjnej, ale poproszono mnie, żeby to, co napiszę, nie odpowiadało stuprocentowo prawdzie, dlatego że część z tych obiektów jest po prostu niejawna. Miejsca, o których opowiadam w książce, istnieją, ale nie zawsze znajdują się tam, gdzie ja je usytuowałem. Czytelnik może być pewien, że wszystkie opisane instalacje znajdują się w podziemiach Wrocławia, lecz na podstawie mojej książki nie zdoła ustalić ich dokładnej lokalizacji.

Rozumiem, że to kwestia bezpieczeństwa?

- Otóż to, nie można podpowiadać potencjalnym terrorystom, gdzie mogliby uderzyć, by zaszkodzić mieszkańcom. Jeszcze jako redaktor miesięcznika "Science Fiction" dostałem felieton, w którym były żołnierz napisał, w jaki sposób można zniszczyć Wrocław, nie używając broni masowej zagłady. Nie powiem dokładnie, o co chodziło, ale tekst był długi, pełen detali i szczegółowych danych. Czytając to wszystko, zastanawiałem się, po co on to zrobił. Przecież gdyby ktoś dokonał ataku po opublikowaniu tekstu, winę zrzucono by na niego. Nie puściłem więc felietonu i wyperswadowałem autorowi chęć upublicznienia go. Co więcej, sprawdziłem to i owo i okazało się, że facet zadał sobie niemały trud, docierając do informacji, skąd można pozyskać potrzebne materiały i co dalej z nimi zrobić.

Faktem jest też, że metoda przez niego pokazana jest cholernie prosta, ale umówmy się: nie powinniśmy dawać ludziom niezrównoważonym gotowych scenariuszy. Tom Clancy w jednej ze swoich książek opisał, jak japoński pilot po przegranej wojnie uprowadza samolot pasażerski i rozbija go o Kapitol. Po latach zarzucano autorowi, że podpowiedział terrorystom, jak można zaatakować jego kraj. Być może gdyby tego nie napisał, ktoś inny nie zdecydowałby się przetestować takiego rozwiązania.

Bezpieczeństwo to jedna sprawa, ale jestem też ciekawa, czy pisząc książkę w bardzo konkretnym świecie - Uniwersum Metra 2033 - musiałeś mocno się dostosowywać do narzuconych przez jego autora obostrzeń?

- Zasady są bardzo ogólne. Książka ma być czystym postapo, bez magii i innych elementów charakterystycznych dla fantasy. Opisywana społeczność powinna być odizolowana od świata. To powieść o konkretnym miejscu, nie globalny fresk. Poza tym autor otrzymuje sporą swobodę twórczą, z której i ja skorzystałem. Uważam, że w Polsce nie powinniśmy kopiować rosyjskich rozwiązań, ponieważ mimo wspólnych słowiańskich korzeni różnimy się, i to bardzo.

Sky Tower we Wrocławiu: po apokalipsie, jaką na miasto zesłał Robert Szmidt nie stracił wiele że swego charakteru. Dla jednych ziemia obiecana, dla innych obiekt żartów i docinków (fot. archiwum prywatne)Sky Tower we Wrocławiu. Ppo apokalipsie, jaką na miasto zesłał Robert Szmidt, wieżowiec nie stracił wiele ze swego charakteru. Dla jednych to ziemia obiecana, dla innych obiekt żartów i docinków (fot. archiwum prywatne)

W książce dochodzi do zatargów między różnymi społecznościami, obecny jest motyw wędrówki, przypomina to oczywiście podróż Artema z pierwowzoru "Metro 2033", ale z drugiej strony nie sposób uciec przed skojarzeniami z literaturą klasyczną. Na ile masz w pamięci "Boską komedię" Dantego?

- Tłumaczyłem niedawno "Inferno" Dana Browna, które czerpie bardzo mocno z "Boskiej komedii". Grałem też wtedy w grę komputerową, która nawiązywała do podróży Dantego i Wergiliusza przez piekło. Dzięki temu z jednej strony mogłem poczuć klimat piekieł, a z drugiej - odreagować. A co do tekstu Dantego, umówmy się: w jego piekle nie ma ani jednego elementu, którego nie spotkalibyśmy na ziemi.

Czytałeś książki współtwórców świata Metro 2033?

- Za namową wydawcy nie sięgałem po tytuły inne niż trylogia Głuchowskiego. Nie chciałem się sugerować cudzymi rozwiązaniami. Jeśli masz pisać coś swojego, to musi to wyjść z ciebie; nawet jeśli stworzysz coś podobnego do już istniejących utworów, jest szansa, że powstanie utwór na tyle oryginalny, iż nikt nie odbierze go jako plagiatu. Dostałem natomiast od wydawcy komplet książek z Uniwersum i teraz z przyjemnością poczytam, co też wymyślili moi konkurenci.

Tworząc wizję Wrocławia z alternatywnej przyszłości, poszedłeś zdecydowanie dalej w stronę mroku - przynajmniej względem tego, o czym pisał Głuchowski. Chciałeś być bardziej radykalny?

- Siadając do pisania tej książki, miałem już spory bagaż pisarskich doświadczeń, zwłaszcza postapokaliptyczny. Wydaje mi się, że świat metra przedstawiony przez Głuchowskiego jest bardzo optymistyczny. Mija dwadzieścia lat od zagłady, a ludzie nadal mają wszystko, co potrzebne, by żyć i walczyć w taki sposób jak przed wojną. Ja chciałem pokazać trochę inne miasto. Takie, gdzie nie zostało już prawie nic z przedwojennej infrastruktury, miasto bliższe temu, jak właściwie mogłaby wyglądać postapokaliptyczna rzeczywistość.

I ty, i ja mamy świadomość, że mutacje, które mogłyby ewentualnie wystąpić po wojnie atomowej, nie wyglądają tak jak w książkach, ale jeżeli chcemy stworzyć tekst przygodowy, musimy pójść na pewne ustępstwa, aby dać czytelnikowi więcej emocji. Ja nakładam sferę fantastyczną na realistyczny szkielet właśnie po to, by było ciekawiej. Inaczej mielibyśmy książkę o tym, że facet ma przejść kanałami z jednej wymarłej dzielnicy do drugiej.

Czy rejon miasta, w którym zaczyna się "Otchłań", został wybrany przez ciebie z jakiegoś szczególnego powodu?

- Najpierw przygotowałem sobie mapę Wrocławia i zacząłem detonować bomby atomowe w różnych miejscach, żeby zobaczyć skalę ewentualnych skażeń i zniszczeń. Na szczęście dziś można to zrobić bezkrwawo dzięki symulacjom komputerowym. Po kilkunastu eksplozjach udało mi się dobrać odpowiednią moc ładunku, wysokość detonacji i punkt zero, tak by miasto zostało skutecznie podzielone na kilka stref. Właśnie na tym mi zależało. Musiałem stworzyć takie warunki, by w podziemiach mogły powstać tak zwane frakcje, czyli społeczności oparte na odmiennych prawach.

Robert J. Szmidt (fot. archiwum prywatne)Robert J. Szmidt (fot. archiwum prywatne)

W twojej nowej książce właściwie mamy coś w rodzaju greckich polis, miast-państw, z tym że istniejących w obrębie pojedynczych dzielnic...

- Tak, to jeden z elementów Uniwersum Metro 2033, moim zdaniem bardzo naturalny. Bohaterowie książek Głuchowskiego zasiedlają stacje w różnych rejonach Moskwy, tworząc w ten sposób zamknięte, odrębne społeczności. Ja, z oczywistego powodu, musiałem pogrupować ludzi w kanałach. Kolejnym założeniem, jakie przyjąłem, było stopniowe odkrywanie kart, czyli przechodzenie od prostej egzystencji w kanałach do kolejnych warstw tajemnicy.

Udało mi się stworzyć sytuację, w której wybuch nuklearny nad Starówką tworzy szeroki pas skażenia opadem pierwotnym. Oddziela on nieprzebytą barierą zachodnią część miasta od wschodniej. Kolejną granicą są kanały Odry. Na naturalnym dla klerykałów terenie wokół Ostrowa Tumskiego powstają enklawy Nowego Watykanu. Z drugiej strony strefy zakazanej (jak mieszkańcy nazywają pas największego skażenia) mamy Dzielnicę Fabryczną. Tam panuje totalne bezhołowie, ponieważ na osiedlach oddzielonych od centrum nikt nie sprawował wcześniej ścisłej kontroli, zostały więc przejęte przez lokalne, zwalczające się gangi. Na południu, za Odrą, mamy najmniej zniszczoną część miasta, najbogatszą w zasoby naturalne, czyli to, co pozostało na stosunkowo słabo skażonej powierzchni. Tam tworzą się struktury charakterystyczne dla prawdziwego miasta, powstaje Republika Kupiecka, mityczny raj, do którego wszyscy zmierzają. Stąd też motyw drogi i bohater, który ucieka przed zagrożeniem tam, gdzie teoretycznie może być najbezpieczniej.

Myśląc nad fabułą, miałeś już w głowie zakończenie?

- Tak, mam je już w głowie, ale nie jest to zakończenie, które czytelnicy poznają na ostatnich stronach "Otchłani". Wydawca dał mi wyraźne dyrektywy dotyczące objętości książki. W pewnym momencie musiałem więc podjąć decyzję, że opowiem tę historię w taki sposób, aby doprowadzić ją do punktu kulminacyjnego i mieć ładne oraz pełne zakończenie tej części, ale z zachowaniem punktu wyjściowego do ewentualnej kontynuacji.

Powiem szczerze, że najbardziej podobają mi się wszystkie zwroty akcji. Jako fanka Uniwersum z czasem miałam poczucie, że kolejne książki stają się boleśnie schematyczne, a postaci absolutnie papierowe. Tobie udało się wykreować kilkoro niezłych bohaterów drugoplanowych. Weźmy na przykład absolutnie niesztampową Iskrę z jej "głupawym" podejściem i specyficznym językiem...

- O to mi chodziło! Zanim zacząłem budować swoją opowieść, usiadłem i poczytałem opinie na forach internetowych. Zapoznałem się z uwagami fanów i ich zarzutami odnośnie innych książek. Pojawia się to, o czym wspomniałaś - sztampa: oto w kolejnych książkach mamy do czynienia z coraz bardziej wypasionymi superbohaterami, którzy idą, zabijają, nie mają problemów. Ja chciałem pokazać w mojej książce upadający świat ludzi zepsutych. Nawet główny bohater wcale nie jest człowiekiem bez skazy...

Nie jest niezniszczalny, w dodatku pozostaje niejednoznaczny moralnie...

- Właśnie to jest sedno. Dwadzieścia lat po tym, jak świat legł w gruzach, nie będzie moralności, jaką znamy. Przetrwają najtwardsi, ludzie bez serca, tacy, jacy mogliby przetrwać dwadzieścia lat egzystencji w kanałach. Prawa, którymi będą się rządzić, wydadzą nam się okrutne i brutalne, ale tylko one zapewnią szansę na przeżycie.

Z początku ludzie schodzą do kanałów tylko na chwilę. Najpierw nie pozwala im wrócić do normalności promieniowanie. Potem, gdy skażenie powierzchni maleje, okazuje się, że fauna i flora zdążyły zmutować. Wszystko jest trujące albo jadowite. Cały ekosystem jest zabójczy dla człowieka, nawet powietrzem nie da się długo oddychać. W ten sposób ludzie zostają zmuszeni do pozostania w kanałach i podziemiach, gdzie muszą ułożyć na nowo systemy wartości.

Jest taka scena, w której główny bohater, Nauczyciel, idzie burzowcem i zastanawia się nad życiem. Wydawało mu się do tej pory, że przemiana ocalonych po wojnie w kanibali nie jest niczym niezwykłym, ponieważ ci drudzy nie różnią się zbytnio od znanych mu ludzi. Z czasem jednak dochodzi do wniosku, że te różnice są niedostrzegalne przede wszystkim dlatego, że społeczeństwa po apokalipsie upadły już naprawdę nisko. Sam główny bohater jest tego najlepszym dowodem. W chwilach wzburzenia reaguje jak zwierzę, skacze innym do gardła. Nauczyciel nie jest wcale wielkim humanistą. Owszem, uczy ludzi, ale czego? Czytania, pisania i zabijania. Jego zadaniem było nauczyć dzieci alfabetu i posługiwania się nożem.

Może nawet bardziej nożem niż słowami. Czy nie jest tak, że broń jest ważniejsza, kiedy musisz po prostu przetrwać?

- Celna uwaga. Po co uczyć ludzi żyjących w kanałach geografii świata, skoro nigdy nie wykorzystają tej wiedzy, w ich realiach jest bowiem bardziej niż bezużyteczna. Jeśli ktoś chce przetrwać, musi uczyć się tego, jak przeżyć w nowej rzeczywistości, a nie wykuwać na pamięć "Pana Tadeusza".

Robert J. Szmidt przy kanałach we Wrocławiu (fot. archiwum prywatne)Takimi tunelami burzowymi pisarz kazał podróżować bohaterom "Otchłani" (fot. archiwum prywatne)

Jako autor tak kultowych pozycji z kanonu polskiego postapo, jak "Apokalipsa według Pana Jana" czy "Samotność anioła zagłady", uchodzisz już za prawdziwego niszczyciela światów. Skąd to zamiłowanie do demolowania rzeczywistości i opisywania tego co potem?

- Dorastałem w czasach zimnej wojny. Uczono mnie w podstawówce, jak należy się zachowywać w wypadku ataku nuklearnego, robiono nam próbne alarmy, zbiegaliśmy do schronu. To musiało zadziałać na moją wyobraźnię. Poza tym jak człowiek mieszka przez wiele lat w kamienicy, na której widać wciąż ślady wojny, prędzej czy później może przesiąknąć klimatem świata po zagładzie. Dość wcześnie zacząłem też czytać książki z tego nurtu i choć było ich naprawdę niewiele, spodobały mi się i pobudziły wyobraźnię.

Jednym z pierwszych tekstów, jakie napisałem, była "Samotność anioła zagłady". Powstała w pierwotnej formie około roku '83 albo '84, potem zapomniałem o niej na wiele lat. Przypomniał mi o tym pomyśle Andrzej Ziemiański podczas któregoś ze spotkań. Odkurzyłem "Samotność...", a że zdążyłem już odwiedzić Stany, mogłem opisać tę samą historię o wiele bardziej realistycznie. Poza tym mam na swoim koncie trzy inne powieści, w których zniszczyłem Wrocław, a to pewnie jeszcze nie koniec.

"Otchłań" Roberta J. Szmidta kupicie w Publio.pl.

"Otchłań" Robert J. Szmidt (fot. materiały promocyjne)

 

Robert J. Szmidt. Pisarz, tłumacz, gracz, miłośnik samochodów i niszczyciel światów. Jeden z ważniejszych współczesnych autorów książek popularno-naukowych. Na swoim koncie ma space opery ("Łatwo być bogiem"), jednak największe uznanie zdobył jako twórca książek osadzonych w realiach po apokalipsie ("Samotność anioła zagłady", "Apokalipsa pana Jana"). W tym roku wydał dwie książki - pierwszą dotyczącą epidemii zombie w latach 60. ("Szczury Wrocławia"), drugą - "Otchłań" - stworzył w świecie znanym z lektury Metro 2033.

Uniwersum Metro 2033. Wizja alternatywnej przyszłości, w której zdziesiątkowana przez wojnę atomową ludzkość zmuszona została do życia w podziemiach. Pierwszą książkę w tych realiach napisał Dmitrij Głuchowski. Jego "Metro 2033" opowiadało o drodze, jaką musiał przebyć młody stalker Artem, który przedzierając się przez podzielony na frakcje polityczno-społeczne system moskiewskiego metra, szukał ocalenia. Książka stała się bestsellerem i zainspirowała kolejnych autorów do snucia własnych opowieści z innych miast. Obecnie na Uniwersum Metro 2033 składa się ponad 50 tytułów, z czego "Otchłań" Roberta J. Szmidta jest drugą lekturą, której akcja rozgrywa się w Polsce.

Więcej o: