Roztrzepanie to nie zbrodnia - przestańmy za nie karać siebie i innych

Jestem królową chaosu. Gubię, zawieruszam, zapominam. Społecznego przyzwolenia na takie karygodne zachowanie nie ma - odkąd pamiętam wciąż mnie ktoś pyta gdzie mam głowę i nakazuje się ogarnąć. Ale ja nie dam się wpędzić w poczucie winy. Bo choć roztrzepanie potrafi uprzykrzyć życie, wcale nie musi - i nie powinno - być źródłem stresu.

Co zrobić, taka już jestem Co zrobić, taka już jestem

Mam przed oczami ten moment, w którym uświadomiłam sobie, że coś jest ze mną nie tak. Mam jedenaście lat. Od piętnastu minut jestem na "zielonej szkole" w Zakopanem. Moja klasa stoi pod Wielką Krokwią, a ja samotnie przeżywam koniec świata w budce telefonicznej. Nie widzę światełka w tunelu. Czuję, że nie ma szans, żeby życie jeszcze kiedyś było dobre. Lecą mi łzy, gile z nosa i impulsy na karcie pożyczonej od pani wychowawczyni. Moja własna, lśniąca, nieużywana telefoniczna "setka" zaginęła wraz z portfelikiem, w którym miałam czterysta złotych - dwie stówki wyjazdowego kieszonkowego i drugie tyle na czarną godzinę (czyli do zwrotu). Portfel w jednej chwili był, a zaraz potem zniknął. No więc stoję i wyję do słuchawki. Po drugiej stronie wzdycha smutno mój tata. Jeszcze tego samego dnia pójdzie na pocztę i nada przekaz z pieniędzmi, które pani wychowawczyni będzie wydzielać mi w drobnych kwotach do końca wyjazdu.

** CORRECTS DAY OF THE WEEK TO THURSDAY ** A FairPoint Communication payphone is nearly buried in a snow bank on Main Street, Thursday, Jan. 3, 2008, in Winthrop, Maine. (AP Photo/Robert F. Bukaty) To oczywiście nie ta budka, ale czuć mroźną grozę / Fot. Robert F. Bukaty AP

Moje dzieciństwo jest usiane takimi historiami. Niedługo po incydencie pod Wielką Krokwią, prawie puściłam z dymem ośrodek kolonijny w Krynicy Morskiej, bo pieprznęłam gruby, włochaty koc na stary grzejnik i zupełnie o tym zapomniałam. Przez całą podstawówkę zostawiałam worki z kapciami na przystankach i szaliki w autobusach, a wychodząc do szkoły pozwalałam kluczom beztrosko dyndać w zamku, dopóki nie uratował ich pan dozorca. Moje rutynowe roztrzepanie przeplatało się z bezmyślnością najwyższego kalibru. Kiedyś, jadąc z Warszawy na obóz nad Balatonem, wyszłam z domu bez bagażu. Do autokaru wsiadłam wyposażona jedynie w plecaczek z suchym prowiantem. Mój tata wrócił do domu po walizkę i puścił się w pościg za rozklekotanym pekaesem. Dogonił nas dopiero w Częstochowie. Pamiętam śmiech innych dzieciaków, który peszył mnie, ale nie dziwił. Wiedziałam, że moje rozkojarzenie bije rekordy. Przywykłam do tego, że ludzie bezradnie rozkładają nade mną ręce. Na szczęście bycie nieogarniętą fajtłapą mieści się w granicach bycia dzieckiem, więc nikt nie podnosił jeszcze paniki. Hasło "wyrośnie z tego" dodawało nam wszystkim otuchy.

Oczywiście, że nie wyrosłam. Teraz gubię portfele i telefony (na stumetrowej trasie między taksówką, a domem), a zastrzeganie kart płatniczych to element mojej codzienności. Odruchowo wsuwam dokumenty do płytkiej kieszonki w spodniach, chodzę po mieście z nonszalancko rozsuniętym suwakiem w torbie i rozkojarzonym spojrzeniem, które mówi "chcę być okradziona!". Życie na krawędzi. Zawieruszam, zapominam, nie panuję nad swoimi odruchami, w sekundę po wykonaniu jakiejś czynności, tracę wszystkie związane z nią wspomnienia. Kiedyś okropnie się tym przejmowałam. Po części dlatego, że przejmowanie się jest moim raison d'etre, ale głównie dlatego, że przyzwolenie społeczne na roztrzepanie jest bardzo małe. Nie znam nikogo, komu mieściłoby się w głowie, że karta płatnicza może tak po prostu rozpływać się w powietrzu średnio raz w miesiącu. Ludzie lubią się niecierpliwić, przewracać oczami i pytać, czy nie mogę po prostu wkładać jej zawsze do tej samej kieszonki. Tak się składa, że tym jednym pytaniu zawiera się cały brak zrozumienia dla istoty roztrzepania. Bo odkładanie rzeczy w wyznaczone miejsce wymaga uporządkowanego umysłu. A ja jestem chodzącym chaosem. Gdybym miała dziecko, wsadziłabym je do lodówki, a potem spojrzała na jogurt i powiedziała "dobra, zmieniamy ci pieluchę!". Więc kiedy ktoś prosi mnie, żebym przypomniała sobie, co zrobiłam z kawałkiem plastiku po odejściu od kasy, z ręką na sercu odpowiadam, że nie mam pojęcia. Mogłam wsunąć go do przypadkowej kieszonki w portmonetce, cisnąć do śmieci wraz z paragonem albo zjeść razem z drożdżówką. Wszystkie opcje są prawdopodobne.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie... / fot. www.pexels.com CCo Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie... / fot. www.pexels.com CC0

Jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek dla siebie zrobiłam było zerwanie z poczuciem winy, którym okupiony był każdy pojedynczy przypadek zawieruszenia, zgubienia czy zapomnienia czegokolwiek. Wcześniej były nieprzespane noce, festiwal biadolenia i rozpamiętywania, bo przecież moje nerwy są dużo mniej warte niż średniej klasy telefon komórkowy, czy źle płatna praca, z której z pewnością wywalą mnie na zbity pysk, bo wpisałam coś do złej rubryczki. Trochę to zajęło, ale w końcu zmądrzałam. Instynkt samozachowawczy nie pozwala mi już być dla siebie samej źródłem stresu. Nie pozwalam też na to innym ludziom, którzy pod pretekstem motywowania mnie do pracy nad sobą pobłażliwie nazywają mnie "sierotą" i każą mi się ogarnąć. Bo roztargnienie nie jest zbrodnią, a "ogarnij się!" to nie złota rada, tylko nagana, która pod radę bezczelnie się podszywa. Nic dziwnego, że roztrzepańcy mają odruch mamrotania inwektyw skierowanych w samych siebie. Ja przez całe lata nazywałam się bezmyślną kretynką, a przecież jest milion rzeczy, które są lepszym remedium na roztrzepanie niż pałanie do siebie nienawiścią.

Nie ogarniam. I już. Nie ogarniam. I już.

Można, dla przykładu, przestać martwić się o pieniądze. Bo pieniądze przychodzą i odchodzą, a jak ktoś choruje na bujanie w obłokach to głównie odchodzą i to dziarskim krokiem. Bo jak zapominasz odwołać hotelową rezerwację w terminie, to bulisz. Jak położysz okulary na sąsiednimi siedzeniu w metrze, a potem wstajesz i wychodzisz, to też bulisz. Jak wyleci ci z głowy, że siedem lat temu pożyczyłaś książkę z biblioteki, to znowu bulisz. No i trudno. Zdarza się. Te pieniądze w błoto to wystarczają kara - nie trzeba dowalać sobie jeszcze bonusu w postaci tygodnia stresu. Innym nawykiem godnym porzucenia jest przywiązywanie się do rzeczy. Z doświadczenia wiem, że gdy ulubiony szalik ginie w zatłoczonym barze, to zdecydowanie lepiej jest iść do sklepu po nowy szalik niż lecieć do baru, by topić smutki w setce czystej i w żałobnej atmosferze powtarzać, że "gdyby ten szalik był dzieckiem, szedłby właśnie do pierwszej klasy". Rzecz w tym, że żaden zgubiony bibelot, spalony garnek, pozostawiony bez odpowiedzi superważny mail, zalany kawą paszport, utopiony w jeziorze telefon, ani pozostawiony w zamku klucz nie jest powodem, by umierać z nerwów ani, tym bardziej, na siebie krzyczeć. Nie jest i już. Więc weź głęboki oddech, bo w przeciwieństwie do tego co mówi ci mama, szef, spojrzenie przyjaciółki albo twoja własna głowa - to naprawdę nie koniec świata.