Święto Zmarłych? Nie jeżdżę na groby i nie mam zamiaru

Od kilku dni słyszę w pracy i w okolicy ponure wyrzekania: trzeba nabyć znicze, spakować się do samochodów i wyruszyć w rytualną podróż do grobów, tu zmarznąć, tam zmoknąć, do reszty stracić humor i życiową energię. Zachowuję spokój i pogodę. Nigdzie nie jadę.

Cmentarz nad morzem oferuje przynajmniej dobre widoki (fot. Wikimedia Commons)Cmentarz nad morzem oferuje przynajmniej dobre widoki (fot. Wikimedia Commons)

Nie jadę, ale nie dlatego, że rodzina spoczywa na cmentarzach Warszawy. Wręcz przeciwnie, moi rodzice są pierwszym pokoleniem, które tu mieszka - powinnam więc udać się do Mińska Mazowieckiego, do Końskich i innych miejscowości na Mazowszu i Kielecczyźnie, których nekropolie kryją szczątki krewnych. A jednak, jak co roku, zostanę w domu i nie mam z tego powodu najlżejszych nawet wyrzutów sumienia.

Nie jestem przekonana do masowego, sterowanego kalendarzem okazywania uczuć, szczególnie w kierunku najbliższych. Nie obchodzę Walentynek, niechętnie celebruję dni matki, babci, ojca i dziecka. Zawsze mam nieodparte wrażenia, że ww. uczucia są tylko pretekstem. Z jednej strony do kupowania nikomu niepotrzebnego badziewia. Nie wystarczy przecież, że pojadę do babci i dam jej całusa, bez czekoladek jakoś się nie liczy. Nie wystarczy, że zabiorę córkę na plażę i będę bawiła się z nią do upadłego we wszystkie głupoty, które lubią trzylatki - bo inne dzieci dostały klocki, może jest jej przykro? Kupię i ja, a co mi tam!

Z drugiej strony, w przypadku takich okazji jak Święto Zmarłych właśnie (jako ateistka wolę tę nazwę od "Wszystkich Świętych") dzwonią w innym kościele - wszakże, jak pisał mistrz Vonnegut, jak ktoś umarł, to nie żyje, i zapewne jest mu wszystko jedno. Przyjechałam na grób czy nie przyjechałam, kupiłam brzydki znicz czy schodziłam trzy pary żelaznych trzewików, żeby znaleźć znicz ładny. Dla zmarłego trzy lata temu dziadka nie ma to znaczenia. Więc o co chodzi? O pamięć? Owszem, ale o pamięć tych wszystkich osób, które gromadzą się w oznaczonej dacie na cmentarzu, szczególnie w małych miasteczkach. Oraz o pamięć członków rodziny, którzy do mogiły przykładowego dziadka także stawią się karnie.

Mało jest lepszych okazji do oceniania, oglądania, porównywania. Rzadko spotykamy się w pełnym gronie w święta, ale przed terrorem zmarłych mało kto się uchowa. Ta ciotka ma futro, tamta przyjechała nowym autem, kuzynka fatalnie się zestarzała, a gdzie jest jej mąż? Nie ma, minus do dzienniczka, jesteś u pani. Patrzcie na grób tamtych sąsiadów zza rogu: ale pomnik wystawili! (opcjonalnie: ale nie wystawili pomnika!) - a wiadomo, że on był pijak, dziwkarz i za życia nikt by dobrego słowa o nim nie powiedział. Ci kładą brzydkie wieńce. Tamtych jeszcze nie było, phi. Ty mi tu nie stawiaj znicza, tu będzie mój znicz. Pochlapałaś wieńce stearyną? Przecież wiadomo, że zaraz ukradną jak nie pochlapiesz. I tak dalej. Może trochę przesadzam, malując te dulskie obrazki polskich obyczajów funeralnych. Jednak rzadko widuję inne i rzadko o innych słyszę. Mało kto opowiada mi potem o zadumie nad mogiłą, częściej słyszę, że było zimno i rodzina wkurzyła go do łez, za rok nie pojedzie, nie ma bata. Pojedzie, spokojna głowa. Przecież opinia widzianej raz w roku stryjenki jest bardzo ważna i szkoda byłoby narażać się na potępienie tak znakomitej osoby. Trudno też wymyślić własny sposób pamiętania o zmarłych, zresztą po co - jest już znakomicie skonwencjonalizowany i wygodny 1 listopada.

Płyta nagrobna znanego architekta Johna Douglasa z czasów wiktoriańskich (fot. Wikimedia Commons)Płyta nagrobna znanego architekta Johna Douglasa z czasów wiktoriańskich (fot. Wikimedia Commons)

Nie przepadam za samymi cmentarzami. Są nekropolie ładne: warszawskie Powązki, prawosławny cmentarz na Woli, Pęksów Brzyzek, pewnie kilka innych. Kamienne nagrobki, wysokie drzewa, mech, melancholijna zaduma pośród wąskich alejek. Ale są takie cmentarze jak w moim rodzinnym Mińsku - rachityczne tuje, kostka Bauma, groby wyglądające jak mydelniczki z wypolerowanego na błysk marmuru (to chyba marmur?) oraz nowa, upiorna moda - laserowe grawerunki na tych śliskich bryłach. Może w takim miejscu wypadałoby odłożyć na bok estetyczne rozkminy, ale nie potrafię tego zrobić. Przygnębia mnie też myśl o ciałach zmarłych - i nie jest tak, że odcięta od choroby i śmieci przez nowoczesne społeczeństwo wypierające te tematy (bla, bla) wzdrygam się na myśl o rozkładzie i poczciwym kościotrupie z robakiem w oczodole. Nic podobnego. Jestem pogodzona z myślą, że wszyscy umrzemy, ba! - jako ateistka nie mam złudzeń co do tajemniczego "potem". Natomiast nieswojo czuję się nad grobem, w którym mój dziadek nadal JEST, w dębowej, zakręconej na amen trumnie, w pustej, betonowej przegródce rodzinnej kwatery. Kremacja, rozumiem. Ciało w całun i do ziemi, rozumiem. Jestem w stanie wyobrazić sobie proces jego rozkładu i ta myśl nawet mnie pociesza. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz, koło życia, wszystko wraca do ziemi. Współczesne wybetonowane i wymarmurowane cmentarze nie dają przestrzeni na takie refleksje.

Bliższa mi jest wizja wiktoriańskiego cmentarza - ogrodu pamięci, swoistego parku, po którym żywi mogli spacerować i oddawać się rozważaniom o wieczności. Jeszcze bliższa - przemykająca od jakiegoś czasu w serwisach ciekawostkowych opcja przerobienia ciała zmarłego na, pardon le mot, zgrabną kostkę nawozu, w którym można zasadzić drzewo. Czy to nie byłoby piękne? Czym chcesz być po śmierci? Bo ja - głogiem lub jarzębiną, objadaną przez jemiołuszki czy inne gile. Ale nieeee, za proste, za ładne, za pogańskie. Trzeba zapakować nieboszczyka w marmurową mydelnicę i szorować ją sumiennie raz w roku, bo przez pozostałe dwanaście miesięcy - niekoniecznie.

Nie przeczę - są groby godne obejrzenia. Tyle że niekoniecznie w Polsce (fot. Wikimedia Commons)Nie przeczę - są groby godne obejrzenia. Tyle że niekoniecznie w Polsce (fot. Wikimedia Commons)

Nie chcę się chełpić własną bezkompromisowością, ale zerwanie się ze smyczy kalendarzowego konwenansu jest naprawdę odświeżające i nie takie trudne. Są lepsze sposoby pamiętania o zmarłych niż pozorna i odbywana w konkretnym dniu zaduma nad płytą. Kiedy odszedł mój dziadek, nie mogłam jechać na pogrzeb (i nie bardzo miałam ochotę). Zamiast tego zrobiłam sobie wolny dzień i przeznaczyłam go na rysowanie rzeczy, które dziadek lubił (pomidory, sikorki, heble i inne narzędzia) przy wtórze jego ulubionych piosenek. Batumi, ech Batumi, wspomnienia, ech wspomnienia. Moja córka jest coraz większa, oglądam z nią zdjęcia rodzinne, opowiadam o osobach, których już nie ma. 1 listopada zapalamy symbolicznie znicze w okolicznych miejscach pamięci (samo zapalanie znicza to ładny gest, nie umiałabym się z nim rozstać).

Wydaje mi się to lepszym sposobem na spędzenie wartościowego czasu niż ciągnięcie jej godzinami w zimne, obce miejsca, które nie mają dla żadnej z nas znaczenia i powierzchowne opowiadanie o swoim życiu osobom, z którymi nie mam przez większość życia kontaktu. Byłoby miło, gdyby Święto Zmarłych było wehikułem dla żywych, okazją do zacieśnienia więzi, ciepłych wspomnień o tych, którzy kiedyś nam towarzyszyli. Jednak, z ręką na sercu, w ilu rodzinach tak to wygląda? Ile osób wraca z takiej wyprawy zniechęcona i zmęczona wciąż żyjącymi członkami familii?

Dlatego rozważmy, co zapewnia nam lepsze warunki do zadumy, która jest istotą tego święta - spokojny dzień z najbliższymi czy stanie w cmentarnym korku i aranżowanie wstęg na wieńcach oraz futra na ramionach?