10 rzeczy, które robisz, choć wiesz, że to bez sensu

Zdarzyło ci się otworzyć lodówkę, przyjrzeć się jej zawartości, stwierdzić, że nic tu dla ciebie nie ma, zamknąć ją, a następnie - po paru sekundach - otworzyć i zacząć cały proces od początku? Jeśli tak, to ten tekst jest dla ciebie.

W teorii wiemy, że to głupie i nic nie zmienia. Ale jesteśmy jakoś tak spokojniejsi, gdy zrobimy znów to samo. Bezsensowne działania i zachowania, które zupełnie nic nie wnoszą w nasze życie, nic nie zmieniają, ale i tak, z uporem maniaka, powtarzamy je. Bo daje nam to poczucie pewności, wypełnia czas, który akurat jest jakiś nieznośnie opieszały, funkcjonuje to jak tik - po prostu to robimy. Niektóre działania ocierają się już o natręctwa, inne wykonujemy totalnie machinalnie, często nawet przyłapani na nich, chwilę później nie wierzymy, że znów to robiliśmy. Oto lista zachowań, które - jak świat długi i szeroki - ludzie robili, robią i będą robić. Choć to zupełnie bez sensu.

A nuż zadziała? A nuż zadziała?

Gdy już wiesz, że padła bateria - w pilocie, telefonie, depilatorze, CZYMKOLWIEK, czego tam sobie używałeś akurat - ale jeszcze włączasz, wyłączasz, potrząsasz siedem razy, uderzasz o kolano - bo, a nuż, zadziała! Wciąż nie działa. Co za pech.

Podobnie wyżywamy się na kalkulatorze. Gdy po wykonaniu jakichś obliczeń, chcemy wrócić do zera, wciskamy guzik zerujący kilka-kilkanaście razy. Bo wtedy większa gwarancja, że się wszystko wyzeruje, prawda?

Albo sytuacja w plenerze. Chcemy przejść przez jezdnię, sygnalizator jest wyposażony w guzik do zmiany świateł. Przed chwilą naciskała go pani, która czekała tu już przed nami. No to i my naciśniemy, bo przecież naciskanie przycisku przy przejściu dla pieszych kilka razy, raz po raz, gwarantuje szybszą zmianę świateł, PRAWDA? Nie.

Podobnie z windą - ona też przyjedzie znacznie szybciej, gdy kompulsywnie wciśniemy świecący się już guzik jeszcze raz, i jeszcze. Im bardziej się śpieszymy, tym bardziej i mocniej naciskamy. Rzadko kiedy śpieszymy się tak bardzo, by zbiec po schodach.

Gdy wysyłasz maila, też klikniesz czasem kilka razy, choć widzisz komunikat, że wiadomość się wysyła, ale trwa to te upiorne kilkanaście sekund, bo przecież dowaliłeś kawał dobra w załącznik. Ale tak jakoś pewniej się człowiek czuje, gdy maszynę pośpieszy.

Gdy piszesz coś ważnego na komputerze i boisz się, że nagle szlag wszystko trafi i cała pisanina przepadnie - sejwujesz co sekunda, dla pewności nawet kilka razy przy każdej okazji.

Przyznaj się - czy pijąc przez słomkę - wciągasz powietrze na koniec, by złapać tę ostatnią, telepiącą się po dnie kubeczka kroplę? Taki smaczny ten sok, że aż się chce go wychłeptać do ostatniej kropelki. Złe wieści. Ona tam zawsze zostanie. Bez względu na to, ile razy siorbniesz.

Skrolujesz fejsa, bo się nudzisz. Jedziesz autobusem, może czekasz na przystanku. Wytracasz czas, więc włazisz na tego pochłaniacza czasu pod pozorem utrzymywania kontaktu ze znajomymi i czerpania wiedzy o świecie. Skrolujesz. Nic ciekawego. Wychodzisz. Za 7 sekund włazisz na fejsa jeszcze raz. Bo może coś się zmieniło. Możliwe, że wyskoczył nowy post. Prawdopodobnie równie mało ciekawy, jak te wszystkie, które przy poprzednim skrolowaniu olałeś.

Sprawdzasz siedem razy, czy na pewno masz spakowany paszport - gdy właśnie wybierasz się w podróż. Przed chwilą był w wewnętrznej kieszonce plecaka, który przecież od tego czasu (48 sekund) nie był otwierany, ale Nie zaszkodzi spojrzeć jeszcze raz. Takie sprawdzanie tyczy się także codziennych wypraw z domu - czy na pewno masz telefon, portfel, klucze? Klepanie się po kieszeniach i macanie torebki po wewnętrznej kieszeni - kto tego nie robi?

Nie wiesz, co chcesz zjeść, a trochę w brzuchu burczy. Idziesz więc do lodówki, a w niej światło, mleko i musztarda. I stara zapomniana cytryna, taka już lekko sztywna. Zamykasz lodówkę z poczuciem rozczarowania. Kręcisz się chwilę po kuchni i Otwierasz lodówkę. Bo może coś się zmieniło? Może jednak da się coś z tego spreparować?

Wyłączyłam żelazko? Zgasiłam światło? Zamknęłam drzwi? O, małe natręctwa są takie cudowne. Można obejść mieszkanie kilka razy, a i tak nie mieć pewności, czy wszystkie niebezpieczeństwa zostały zażegnane. Można szarpać za klamkę zamkniętych drzwi kilka razy, zjechać windą na dół - a potem i tak cierpieć męki niepewności, czy się na pewno przekręciło klucz. Podobnie jak z zamykaniem auta na pilota. Trzeba otworzyć i zamknąć ponownie - przynajmniej raz. Ale tym razem, wiecie - tak na serio.

Na czym jeszcze łapiecie siebie czy swoich bliskich?