"Makijaż to nie przymus"? Przestańmy kłamać sobie prosto w wytapetowaną twarz!

Kobiety malują się bo lubią, a nie muszą? Bez żartów! Lubienie lubieniem, ale jeśli nieumalowana kobieca twarz budzi medialną sensację, firmowy dress-code wymaga makijażu, a patrząc na swoją twarz bez tapety myślimy "rety, wyglądam jak facet", to gdzie tu jest miejsce na wolny wybór?

"Maluję się, bo sprawia mi to przyjemność. Nikt mnie nie zmusza!” - mówią miłośniczki makijażu. No i z głowy! Trudno o lepsze źródło komfortu psychicznego niż poczucie swobody i wolności wyboru. Przecież robisz wyłącznie to, na co masz ochotę, a tak się składa, że masz akurat ochotę podkreślić oko i optycznie wysmuklić buzię. Wiadomo, że nikt cię nie zmusza. Nie istnieje przecież akt prawny, który nakazywałby obywatelkom maskować wory pod oczami przed każdym wyjściem z domu. Nikomu nie grozi grzywna za blade usta. Problem w tym, że to całe "muszenie” to cholernie rozmyte pojęcie, a świat potrafi zmuszać nas do rzeczy na milion sposobów. I nigdy nie krzyczy przy tym "Hej! patrz! właśnie jesteś zmuszany!”

foch.pl

Chyba powinnam zacząć od wyjaśnienia - nie należę do drużyny bojkotującej makijaż. Nie mogę sobie pozwolić na taki brak lojalności, bo make-up zawsze był moim sprzymierzeńcem. Mam jedną z tych twarzy, na których dokładnie widać wszelkie zło jakie im wyrządzono. Jeśli tańczę lub haruję całą noc, to rano wyglądam jak wyjęta z krypty. Ale! Dwa machnięcia pędzlem do różu to doraźny substytut siedmiu godzin snu. Odrobina pudru i można by uwierzyć, że poprzedniego wieczora zamiast whisky sour lałam w gardło świeży sok z marchewki. Nie jestem mistrzynią pędzla, ze spluwą przy skroni nie zrobiłabym sobie przyzwoitej kreski eyelinerem i zazwyczaj ograniczam się do kremu BB, różu i jednego pociągnięcia tuszem, ale faktem jest, że maluję się codziennie - odruchowo i bezrefleksyjnie. A nowa szminka działa na mój nastrój lepiej niż pół blachy szarlotki.

Lubię się malować, ale nie oszukujmy się - to nie lubienie jest istotą rzeczy. To nie lubienie sprawiło, że w wieku trzynastu lat wydałam połowę kieszonkowego na pierwszy, trzy tony za ciemny podkład. Zrobiłam to, bo instytucja makijażu została mi sprzedana jako podstawowy składnik kobiecości. Bo lalki barbie, którymi bawiłam się w dzieciństwie miały tak misterną tapetę, że gdybym chciała ją odtworzyć na własnej twarzy, potrzebowałabym trzech godzin i całego arsenału profesjonalnych gąbeczek i pędzli. Bo piękności spoglądające na mnie z okładek prasy kobiecej nie miały porów ani worów pod oczami. Bo gdyby ktoś mnie zapytał, czy znam jakieś kobiety, które wychodzą do ludzi bez makijażu, jedyną szczerą odpowiedzią byłoby: "bezdomne panie z Centralnego i sąsiadka-alkoholiczka, która snuje się po osiedlu i mamrocze do siebie”.

Olaszka umalowana (archiwum prywatne)Olaszka umalowana (archiwum prywatne)

Nawet dziś, w dobie kultu "naturalności”, definicją wpływowej kobiety sukcesu, jest Kim Kardashian, dla której wygląd jest pracą na pełen etat. Żeby nigdy nie wypaść z roli kobiety godnej pożądania, Kim śpi w tapecie, a po wstaniu z łóżka na długie godziny oddaje się w ręce makijażysty, który smaruje jej twarz mazidłami o łącznej wartości $1500. Za każdym razem, kiedy jakiś paparazzo przyłapie ją saute (bo na braku makijażu przyłapuje się jak na chwili słabości), towarzyszy temu prawdziwa medialna sraczka - twarz Kardiashian wzbudza więcej emocji niż ludzkie cierpienie i konflikty zbrojne. Showbiznes, rzecz jasna, rządzi się własnymi prawami, ale kariera przez makijaż niejedno ma imię. Z dala od Hollywood, zwyczajne dziewczyny udowadniają, że piękno z kosmetyczki to prawdziwa żyła złota. Bynajmniej nieodosobniony przypadek Zoe "Zoelli” Sugg pokazuje, że jeśli potrafisz charyzmatycznie opowiadać o tym, które tusze się nie kruszą i przyjdzie ci do głowy snuć tę opowieść w internecie, to jest spora szansa, że przed dwudziestym piątym rokiem życia dorobisz się willi z pięcioma sypialniami, książkowego bestsellera i czterech milionów dolarów na koncie w banku. Czy tym pogardzam? Czy uważam, że makijaż to strata czasu niegodna nowoczesnej kobiety? Nic z tych rzeczy! Wiem, że makijaż może być dobrą zabawą, a nawet formą artystycznego wyrazu, ale nie podoba mi się, gdy kobiety same cementują mit, że kobiecy sukces wymaga nieskazitelnego wyglądu.

Czy tyrania makijażu dotyczy normalnych kobiet? Oczywiście. Większość z nas czuje, że powinna się malować. Są zawody, które tego wymagają. Nie mam na myśli pracy na scenie lub przed kamerą, gdzie ten przymus dotyczy wszystkich niezależnie od płci. Myślę o stewardessach, recepcjonistkach, sekretarkach, kobietach na wysokich stanowiskach w korporacjach, kobietach u władzy. Tam gdzie od mężczyzn wymaga się schludności, od kobiet wymaga się schludności oraz dyskretnej tapety. Masz wyglądać elegancko, a elegancko znaczy bez przebarwień, krostek, popękanych naczynek, przerzedzonych brwi, jaśniutkich rzęs.

Znam kobietę, której szef wyszeptał na uszko, że jeśli zamierza przychodzić do pracy i wyglądać jakby trzy minuty wcześniej wyczołgała się spod kołdry, to może powinna sprzątać to biuro w nocy, a nie pracować w nim za dnia. Znam inną, która wylądowała na dywaniku u szefowej po tym jak trzy razy z rzędu stawiła się w pracy z niepodrasowaną twarzą. Zaniepokojona przełożona wezwała ją do siebie, żeby zapytać czy w domu wszystko okej i czy nie potrzebuje urlopu albo namiaru na psychoterapeutę. Podobne scenariusze powtarzają się w życiu prywatnym - spróbuj iść na byle imprezę (nie mówiąc już o weselu, gali, bankiecie) nieumalowana i zaraz się zacznie: "Czy jesteś chora?”, "Chyba się nie wyspałaś?”, "Kiedy jak kiedy, ale dzisiaj mogłaś się trochę postarać”. Bo kobiet bez makijażu nie postrzega się jako naturalnych, tylko jako takie, którym przestało się chcieć. Z naturalnością kojarzy się makijaż "nude” udający brak makijażu, naga twarz konotuje natomiast zaniedbanie, chorobę, życiową porażkę. Ten problem rzadziej mają kobiety, które nigdy się nie malowały i nikogo nie szokuje widok ich twarzy bez tapety. Mają one trochę inne zmartwienia - często postrzega się je jako leniwe "babochłopy” albo wieczne dziewczynki, które nie mają pojęcia jak podkreślić swoją kobiecość.

Nie brakuje oczywiście kobiet, które wcale nie czują potrzeby nakładania tych wszystkich smarowideł i nikt ich do tego nie zmuszą. Bo czują się dobrze we własnej skórze, bo mają pracę, do której mogą iść jak stoją, bo obracają się w kręgach, gdzie nikt nie komentuje ich wyglądu albo są na tyle pewne siebie, że puszczają mimo uszu wszystkie niepochlebne komentarze. Czy wobec tego można uogólnić, że kobiety nie są niewolnicami makijażu i malują się jedynie dla własnej przyjemności? Nie można. Bo jeśli świat dyktuje nam, że piękno jest czymś, co trzeba sobie domalować, to nie ma tu zbyt dużo miejsca na wolny wybór.

Jeśli własna nieumalowana twarz zaburza nasze poczucie estetyki, to "maluję się, bo lubię” jest wyparciem i półprawdą. Jeśli czujemy, że niektóre sytuacje po prostu wymagają makijażu, to nie wmawiajmy sobie, że wcale nie musimy się malować. Jeśli potrzebujemy makijażu, żeby czuć się pięknie, to nie udawajmy, że równie dobrze mogłybyśmy pieprznąć całą kolorówkę do śmieci i zacząć latać po ulicy au naturel. Łatwiej jest wierzyć, że za naszym makijażem stoi wyłącznie potrzeba duszy, ale nie oszukujmy się, dziewczyny! Przecież zdradza nas nawet język. Bo kiedy ktoś niespodziewanie staje w naszym progu i mówi: "Zabieram cię na imprezę życia!”, "Zróbmy sobie sesję zdjęciową!” albo "Zaraz będzie tu ten facet, w którym się podkochujesz!” mamy jedną, uniwersalną odpowiedź: "AAA! Daj mi trzy minuty! Muszę się umalować!” Ani słowa o chceniu i lubieniu.

Warto pamiętać, że dopiero świadome, że makijaż jest (zewnętrznym lub wewnętrznym) przymusem, możemy zacząć pracować nad światem, w którym rzeczywiście będzie wyborem. W pierwszej kolejności musimy jednak oswoić nieumalowaną kobiecą twarz - żeby zamiast budzić zgorszenie lub sensację, była czymś zupełnie normalnym.

Olaszka naga (archiwum prywatne)Olaszka naga (archiwum prywatne)

Więcej o: