Czy w hejtowaniu hejterów nie poszliśmy za daleko? Rzecz o braku dystansu

Coraz częściej wyrażenie opinii odmiennej od mojej czy jakakolwiek krytyka w internecie klasyfikowana jest jako hejt. A co ze swobodą wygłaszania własnego zdania? Gdzie biegnie ta cienka linia graniczna?

Manifest Sjany Earp (fot. screen Instagram Sjany Earp)Manifest Sjany Earp (fot. screen Instagram Sjany Earp)

Gwiazda instagramu, joginka Sjana Earp w manifeście piętnującym hejterów napisała, że "blokuje wszystkich, którzy krytykują jej zdjęcia i kasuje negatywne komentarze". Tyle że "złe" komentarze ograniczają się do wytknięcia Sjanie, że jest np. za chuda. Czy już straciliśmy dystans do opinii?

Ja też mam kilku(nastu) hejterów. Są mi wierni jak czterej pancerni. Bardzo się z tego cieszę, bo ich reakcje oznaczają, że to, co piszę, czasem kogoś obchodzi. Każdy, kto publikuje cokolwiek w internecie (niezależnie od tego, czy są to felietony, nagie zdjęcia czy osobiste statusy na Facebooku) naraża się na negatywne komentarze. W nagonce na internetowych hejterów, trolli i zwyczajnych oszołomów zapomnieliśmy chyba, że każdy kto codziennie rano wychodzi z domu, ryzykuje bycie ocenionym, skrytykowanym, poniżonym.

Zaczyna się to już w przedszkolu, a kończy w domu starców. I nie, nie zgadzam się z Matthew Tyrmandem, który tydzień temu obwieścił, że mowa nienawiści jest potrzebna, bo otwiera dyskusję. Nazywanie kogoś czarnuchem, debilem czy świnią to podszyte głębokimi kompleksami prymitywne chamstwo. Co nie zmienia faktu, że powłoka politycznej poprawności chroni przed hejtem równie skutecznie jak krem z retinolem przed zmarszczkami. I tak się tworzą, bo to naturalne, ale trochę mniejsze, żeby uśpić naszą czujność.

O granicach politycznej poprawności opowiada nowy, dziewiętnasty już sezon serialu "South Park". W odcinku "Safe Space" Cartman (dla tych, którzy nie oglądają, Cartman to diaboliczny dzieciak, który mówi o sobie, że ma "grube kości") wrzucił do sieci swoje zdjęcie po wuefie, podpisane hasztagiem #ripped (w wolnym tłumaczeniu #patrzcienamojemięśnie). Posypał się hejt. Że grubas. Że z tymi mięśniami to chyba żartuje. Że powinien przestać się objadać. Odpowiedzią ma problem Cartmana uczyniono program (pod postacią biednego Buttersa, kolegi Cartmana) "Safe Space", który "do bezpiecznej sfery zabrania wstępu rzeczywistości", a konkretnie - kasuje wszystkie negatywne komentarze, pozostawiając tylko spijanie z dzióbków, wyznania miłości i zachwyty. W ślady Cartmana poszli wyczuleni na swoim punkcie celebryci - Demi Lovato, Steven Seagal i Vin Diesel. Błyskotliwe i na czasie.

Przyjęłam zasadę, że tam, gdzie wystawiam się na publiczną ocenę, jestem gotowa ją przyjąć (w internecie, w pracy, wśród przyjaciół), ale nie wrzucam na Facebooka prywatnych zdjęć, nie piszę o swoich "sukcesach", nie żalę się na niesprawiedliwość. Jasne, że większość komentarzy w mediach społecznościowych ogranicza się do głasków w stylu: "słodcy jak gołąbeczki". Ale należy wliczyć w koszty okazjonalnego "prowokatora", który napisze, że mamy brzydkie buty, zero talentu i ojca ubeka. Sieć bez hejtu to idea utopijnie piękna - jak Partia Razem u władzy czy ciało Kate Upton bez codziennego treningu i diety - ale póki jest osiągalna mniej więcej w takim samym stopniu jak pokój na świecie, zaakceptujmy, że dostarczając kontentu, ułatwiamy pracę tym, którzy nas inwigilują, a wrzucając zdjęcie w bikini narażamy się na okazjonalnego "paszteta".

Chciałabym, żeby wszyscy mnie lubili, ale nigdy tak nie będzie. Chciałabym wrzucać do sieci zdjęcia Aniołków Victoria's Secret i podpisywać "z mężusiem w tropikach", ale jestem skazana na moje ciało. Chciałabym, żeby wszyscy mieli dobre intencje, obiektywne oceny i cieszyli się z sukcesów innych, ale póki te uczucia mieszają się z Schadenfreude, kompleksami i zawiścią, nie oczekujmy, że z hejterzy nas pokochają. Blokując ich profile i udając, że negatywne komentarze nie istnieją, uciekamy z rzeczywistości do Matrixu. I nie o to chodzi, żeby wczytywać się w nienawistne wiązanki po to, by wyciągać z nich nauczkę. Większość nie przedstawia sobą żadnej wartości edukacyjnej, jest napisana z błędami i rozmija się z prawdą. Nie o to chodzi, żeby chudnąć, gdy ktoś nazwie nas grubasem. I na pewno nie o to, żeby odpłacać pięknym za nadobne. Wszyscy oceniają wszystkich. Nie wszyscy mają potrzebę wyrazić opinię na piśmie. Ale nie wszyscy chcą też, żeby każde ich ziewnięcie było obserwowane przez innych. Trzeba zadać sobie pytanie, czy warto za milion lajków zapłacić cenę tysiąca "nie lubię". Ja uważam, że nie. Ale paniom instagramerkom i innym it-girls stan konta się chyba zgadza, więc i tak mogą mieć w nosie hejterów. Nie bójmy się krytyki. Nie bójmy się rzeczywistości. Nie bójmy się siebie.