Nie ucz córek odchudzania i podziwu dla chudości!

"Jaka mać, taka nać" - uczy przysłowie. Matka jest pierwszym wzorcem kobiecości z jakim obcuje córka, więc powinnyśmy uważać, by nie przekazać naszym dzieciom negatywnego stosunku do własnego ciała. Czy jednak naprawdę jest w naszej matczynej mocy, by je przed tym uchronić?

"Nie ucz córek odchudzania i podziwu dla chudości!" - takim okrzykiem moja koleżanka (hej Magda, bardzo Cię pozdrawiam!) skwitowała opisaną przeze mnie na Facebooku sytuację. Z sytuacji - przynajmniej moim zdaniem - zupełnie nie wynikało to, że moje dzieci żyją w jakimś kulcie chudości, ale ta poczyniona w dobrej wierze uwaga, choć początkowo mnie zirytowała, wydała mi się warta głębszej autorefleksji. Autorefleksja zawsze jest dobra, a i temat nie wdrukowywania dzieciom negatywnych wzorców jest mi bardzo bliski, więc myśli popędziły galopem, nawet bez szczególnej zachęty z mojej strony.

fot. Pexels, foch.plfot. Pexels, foch.pl

Po pierwsze - tak, z całego serca zgadzam się z tym postulatem. Wiele lat zajęło mi uwolnienie się od obsesji wagi oraz uniezależnienie mojego samopoczucia od tego, czy akurat ważę trzy kilo więcej czy pięć mniej. Od dobrych kilku lat po prostu NIE WIEM ile ważę, a innych parametrów takich jak obwody tu i tam nie kontroluje jakoś obsesyjnie. Mieszczę się w ciuchach? Czuję się dobrze? No to super. Ćwiczę, jem w miarę zdrowo (ale bez fanatyzmu - czekolada, wino, sery i o zgrozo! smażony bekon goszczą regularnie w mej diecie, nie wywołując poczucia winy ni lęku. Jedynie ukontentowanie), dbam o siebie.

Nie spędzam długich godzin przed lustrem, mierząc kolejne ubrania i wypatrując wyimaginowanych fałdek (nie mam czasu na takie brewerie, to dobre dla dwudziestolatek, które nie muszą odprowadzać dzieci na ósmą do szkoły), nie jestem na żadnej cudownej diecie. Nie desperuję przesadnie, gdy jakaś sztuka odzieży opina się na mnie bardziej niż zwykle. Jem to, co lubię, unikam rzeczy, po których czuję się źle lub za szybko tyję, ale nie odmawiam sobie niczego na co mam ochotę. Gotuję (choć nie lubię, ale dziewczyny lubią żebym robiła im "prawdziwe obiady". I omleciki. I racuchy z jabłkami). Chadzam z córkami do restauracji, cukierni i na lody. Zamawiam pizzę. Bardzo pilnuję, by nie mówić moim dzieciom, że są za chude lub za grube. Że patyczak albo pączuś. Chcę, żeby lubiły siebie takie, jakie są. Ale żeby były zdrowe. I zdrowo się odżywiały. I nie opychały się słodyczami. I uprawiały sporty.

Tu dochodzę do punktu drugiego: tak, ale. Żadnego kultu chudości, jako wartości samej w sobie, ale maleńki kulcik zdrowia i formy fizycznej to już tak. Bo głęboko wierzę, że łatwiej o akceptację własnego ciała, kiedy to ciało jest zdrowe, gibkie, silne, wysportowane. A żeby takie było, to nie może porosnąć tłuszczem ani nabawić się jakiejś koszmarnej choroby związanej z metabolizmem (cukrzyca w mojej rodzinie ma się świetnie).

Możliwe więc, że w jakimś sensie żyję w kulcie chudości. Takiej zdrowej, ale jednak. Nie wydzielam dzieciom słodyczy, nie wmuszam w nie brokułów (z młodszą wygrałam szczęśliwy los na loterii - od zawsze przedkłada brokuły nad wszystko inne), nie dręczę prozdrowotną dyscypliną. Ale ględzę na temat tego, że coś zdrowe a coś nie, że od tego cukrzyca murowana i po moim trupie takie świństwa będziesz jadła (albo jak kochający dziadkowie dadzą). Widzą też jak ćwiczę, macham ciężarkami, jak cieszę się z własnej fizycznej krzepy (bo choć w przeciwieństwie do kochanej Rączki nie ćwiczę, by wyrzeźbić sześciopak - uznałam to za dawno przegraną sprawę - to cieszy mnie gdy rosną bice, czy gdy okaże się, że jestem w stanie fizycznie dorównać osobie dużo młodszej i bardziej wysportowanej) i jak podziwiam cudzą dobrą formę fizyczną. Także ich - że świetnie na tej hulajnodze, rowerku, że ależ ty jesteś zwinna córko, a jak ty tę piłkę kopiesz, O RANY!!!

Jasne, to są pozytywne wzmocnienia, nie ma w tym krytyki (ale maleńka presja może być, choć staram się niczego im nie narzucać i same sobie wybierają formy aktywności, które im pasują). Jest jednak niezbyt mocno ukryte oczekiwanie, że będą aktywne, fit, zdrowe i szczupłe. Zupełnie jak ja. Bo skoro ja, to one też powinny.

Niestety z mojego doświadczenia nie wynika, że matczyny przykład (ani matczyny wykład) przekłada się jakoś pozytywnie na życie córek. I to jest punkt trzeci - taka moja wątpliwość. Moja mama - szczupła z natury, nigdy w życiu na żadnej diecie nie była, nie uprawiała też żadnych sportów (bo po co? bez sensu), a o jej niewzruszone przekonanie o doskonałości własnego ciała (i umysłu) mogłyby się rozbijać czołgi i samoloty. I statki kosmitów. Przedstawiam to kpiarsko, ale naprawdę nie spotkałam chyba drugiej tak mocnej wewnętrznie osoby, tak zupełnie niepodatnej na opinie otoczenia i pozbawionej kompleksów. I co? I pstro. Wychowała córkę pełną kompleksów, niepewną siebie, zaliczającą w procesie dojrzewania wszelkie przystanki z napisem "autodestrukcja". Między innymi dlatego, że jako osoba mocna kompletnie nie rozumiała tych moich słabości, tej wiecznej niepewności siebie i swojego ciała. Że jak to się tak można martwić, że za chuda za gruba, idiotyzmy jakieś, jedz zupę dziecko i nie marudź.

Nie chcę, by to zabrzmiało jak pretensja - proces mojego dorastania jest już na tyle zaawansowany, żebym przestała obwiniać rodziców za wszelkie swoje porażki, deficyty, niedomagania. Tak, pewnie czasem coś spieprzyli - jak to ludzie - ale to koniec końców ja odpowiada za to jaka jestem i za wybory, których dokonuję. A jestem inna niż moja mama. Inaczej chcę żyć, inaczej myślę o świecie i o swoim w nim miejscu, swoje ciało też traktuję inaczej. I dobrze, dzięki tej inności mogę ją bardziej kochać i lepiej rozumieć, gdy uwalniam się z tej (pozornej) zależności mać-nać. Mam nadzieję, że moje córki znajdą swoją wolność, a ja zdołam ją zaakceptować - jaka by nie była.

Grunt, by się dobrze czuły ze sobą fot. KNGrunt, by się dobrze czuły ze sobą (fot. KN)

Więcej o: