Jak rozmawiać z dzieckiem na trudne tematy?

Nie unikaj, nie uciekaj, nie gadaj głupot. Po prostu porozmawiaj z dzieckiem, kiedy tego potrzebuje. Kiedy cię pyta. I nie mów mu, że jest za małe, żeby się czegoś dowiedzieć, nawet jeśli to mało wygodna prawda. Choć może nie zawsze jest sens tłumaczyć wszystko do końca?

Magda Danaj

Pamiętam jeszcze te czasy, kiedy dorośli mówili: "Dzieci i ryby głosu nie mają" i mieli problem z głowy. Kiedy pytania dzieci traktowało się machnięciem ręki, jak wkurzającą muchę. Nie gadało się z nimi, nie dyskutowało, bo na ogół były do jakiegoś tematu za małe. "Później się dowiesz". "Jak będziesz starszy/a to porozmawiamy". Nikt się wtedy za bardzo nie przejmował psychologią rozwojową, nie było poradników, dzieci nie traktowało się za bardzo serio. Dorośli mieli swoje sprawy, a dzieci swoje zabawki.

Rodzice chyba strasznie dużo wtedy tracili. Uwielbiam pytania, które zadaje moja czteroletnia córka (pytania nastolatka też bym pewnie lubiła, ale on nie lubi gadać). Nawet te dotyczące bardzo trudnych - nawet dla dorosłych - kwestii.

Rozmawiałyśmy w dniu, w którym "wydarzył się Paryż", więc w naszych rozmowach pojawiły się słowa "terroryści", "bomby", "ataki", "ofiary". Oczywiście, że dziecko natychmiast pyta o słowa, których nie zna - te je najbardziej interesują. I znowu trzeba było tłumaczyć, opowiadać historie o złych ludziach, którzy chcą zabijać innych. Straszne te historie, choć mam wrażenie, że słowo "zabijać" jeszcze nie do końca jest rozumiane. Muszę przyznać, że rozmowy o śmierci są dla mnie najtrudniejsze. Nawet z rozmnażaniem radzę sobie lepiej. W całej tej mojej wizji świata bez Boga najtrudniejsze są właśnie rozmowy o śmierci z małym dzieckiem. Bo jeśli jest Bóg, wszystko jest proste. Są aniołki, jest dusza, jest niebo. "Nie wszystek umrę", te sprawy, "kiedyś wszyscy się spotkamy i będzie nam wspaniale, najlepiej, jak nigdy na ziemi". OK. Niestety, ja w to nie wierzę. Nie ma dla mnie życia po życiu, nie ma duszy. Nie ma nieba, nic nie ma. Umiera się i już. Nie ma żadnego potem, żadnego raju, czy innej wędrówki dusz. Żyje się przecież po nic.

Dopiero teraz, w konfrontacji z czterolatką zrozumiałam, jak straszna to wizja (oczywiście dla niej, bo ja się już do tego przyzwyczaiłam i zupełnie mi to nie przeszkadza). To taka wizja, która nie może tej śmierci oswoić, obłaskawić. I ja tej wizji na razie dziecku nie sprzedałam, bo jakoś nie mam serca. Oczywiście nie ma tu żadnej pustki, są przecież wierzące babcie, które doskonale potrafią dziecku świat wytłumaczyć. Jeden dziadek przecież od lat nie żyje, odwiedzamy jego grób, jest w niebie, "razem z aniołkami i kiedyś się z nim spotkamy". I choć uważam, że to bzdura, nie jestem w stanie tłumaczyć tego dziecku. Jeszcze nie teraz. Na razie nie wiem jak.

Koleżanki co prawda radzą, żeby tłumaczyć, że są różne wizje świata i ludzie w różne rzeczy wierzą. Jedni w niebo i pana Boga, inni w nic. Ale i tak z pewnością musiałabym wtedy powiedzieć, w co ja wierzę. A właściwie - w co nie wierzę. I pewnie w końcu będę musiała się z tym zmierzyć. Szczególnie że córka twierdzi, że wierzy w Boga i lubi chodzić do kościoła. "Byłam tam przecież już raz, kiedyś, z babcią". No tak. Niech sobie wierzy. Tak jest przecież łatwiej.

Na szczęście zdarza się nam poruszać także i łatwiejsze tematy. Sami posłuchajcie: "Mamusiu, a czy kolega A ma żonę?" Kolega A jest totalnie wyautowanym gejem i ma narzeczonego. Więc odpowiadam zgodnie z prawdą: "Kolega A nie ma żony, ale ma narzeczonego". Córka patrzy na mnie i nie dowierza. Myśli, że się zgrywam, bo w naszym domu często się zgrywamy. Jeszcze nie rozmawiałyśmy na ten temat, ale to było tylko kwestią czasu - mam wielu kolegów gejów i wiele takich koleżanek. Skoro oni nie mają ze swoją orientacją problemu, nie mam i ja, i muszę przyznać, że w tym samym duchu wychowuję swoje dzieci. Syna już chyba się udało, z córką dopiero zaczynamy.

Szykuje się więc wykład o tym, że dziewczynki czasem zakochują się w dziewczynkach, a chłopcy w chłopcach. Córka słucha, przyjmuje do wiadomości, ale od razu włącza się jej słynna przenikliwość. Ponieważ w tej chwili najbardziej na świecie kocha małe dzieci i chciałaby mieć kolejną siostrę albo brata, z największym smutkiem stwierdza, że: "Ojej, to znaczy, że nie będą mogli mieć dzieci", bo wie już, że do zrobienia dziecka potrzebny jest mężczyzna i kobieta. Tak, wiem, są z tym związane pewne zawiłości, ale nie wszystko na raz. Żeby jednak nie opowiadać jej kompletniej nieprawdy o świecie, muszę zrobić kolejny wykład - o adopcji, niechcianych dzieciach i domach dziecka. To już mój drugi wykład na ten temat, pierwszy córka strasznie przeżyła, kiedy powiedziałam jej, że są rodzice, którzy nie kochają swoich dzieci i nie chcą ich mieć. Bardzo się tuliła, pytała, czy na pewno ją kocham, potem przez długi czas była nadzwyczaj grzeczna i miła (ha!). Tym razem stwierdziła, że nie jest tak źle, skoro te dzieci mają jednak dom (dom dziecka) i skoro jest tam trochę tak, jak w przedszkolu, tylko "na cały czas". W każdym razie kiedy okazało się, że pary dziewczyna - dziewczyna lub chłopak - chłopak jednak mogą mieć dzieci, dyskusję zakończyła wesołym: "To ja w takim razie zakocham się w Tosi (ulubionej koleżance z przedszkola)".

Tym razem nie opowiadałam jej jeszcze o zawiłościach polskiego prawa i o tym, że u nas adopcja dziecka przez pary homoseksualne właściwie nie jest możliwa, ale mam nadzieję, że do czasu, kiedy podrośnie to się jeszcze zmieni (sama nie wierzę, że w to wierzę).

BlindblogerRozmawiamy. Ja jestem zadowolona, ona nie do końca. Fot. Blindbloger

Więcej o: