Niemiecki fizyk próbuje zmierzyć wiarę. ''Dozowana prawidłowo to lek, przedawkowana - narkotyk''

Ulrich Schnabel, niemiecki fizyk i dziennikarz naukowy tygodnika "Die Zeit", w książce "Zmierzyć wiarę" rozprawia się m.in. z przekonaniem, że wierzący są lepsi niż niewierzący. - Z badań wynika, że terroryści działający z motywów religijnych są bardziej brutalni i pozbawieni skrupułów niż zamachowcy świeccy - mówi.

Czym jest dla pana wiara?

- Większość ludzi utożsamia wiarę z konkretną religią, ja rozumiem ją szerzej. Dla mnie to przekonanie o tym, że istnieją rzeczy, których nie można dotknąć, pojąć ani wytłumaczyć. Fundament kapitalizmu stanowi choćby wiara w to, że pieniądze dają szczęście. A to przecież niefalsyfikowalna teza.

Z wiarą religijną mam problem, bo bardzo łatwo zmanipulować ludzi wierzących do tego, żeby w imię przekonań postępowali wbrew zdrowemu rozsądkowi. Jestem z wykształcenia fizykiem, więc bliższy jest mi eksperyment niż ślepa wiara. O ile jest to możliwe, wolę sprawdzić, jak coś działa, zanim w to uwierzę. Może dlatego dla mnie drogą do religii nie była wiara, a praktyka.

Ulrich Schnabel (fot. Martina van Kann) Ulrich Schnabel (fot. Martina van Kann)

Fizykom trudniej uwierzyć w Boga?

- Wśród fizyków zawsze było sporo wierzących, bo ta nauka odpowiada na pytanie, jak działa wszechświat, ale nie pomaga zrozumieć, jak mamy żyć. Co nie zmienia faktu, że Kościół katolicki na przestrzeni dziejów wchodził często w konflikt z nauką, jako że próbował budować całościowy obraz świata. Gdy naukowcy odkryli, że świata nie stworzono w siedem dni, powstał problem. Teraz wiemy już, że wiara zawsze pozostanie tajemnicą, a nauka nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania.

Czyli gdybyśmy pokroili mózg na drobne kawałki, nie znaleźlibyśmy wiary?

- Ani Boga. Ale to nie słabość nauki, tylko siła wiary. Mówię wiary, a nie Kościoła, bo on nie jest w tej dziedzinie monopolistą. Bóg jest wszędzie, nawet w życiu ateistów.

Pisząc o wierze, posługuje się pan konkretnymi, matematycznymi wyrażeniami. Można zmierzyć wiarę?

- Nie, ale wielu naukowców, neurobiologów czy ewolucjonistów wierzy, że się da. Postanowiłem napisać książkę, posługując się pojęciami zapożyczonymi z innego porządku, żeby spojrzeć na wiarę z zewnątrz. Ta książka ma być równie krytyczna wobec nauki, co wobec wiary. Piszę o tym, jak próbuje się kategoriami naukowymi opisać procesy zachodzące w mózgu osoby wierzącej. Teorie naukowe często są modelami zbliżającymi się do prawdy, ale rzadko bywają prawdą objawioną. Świat jest zbyt skomplikowany, żeby według jednej formuły opisać wszystko. Ale to oczywiście kuszące, bo ludzie potrzebują pewności co do tego, co jest dobre i złe, prawdziwe i fałszywe. A można przecież być wierzącym sceptykiem.

Poznając nową osobę, "mierzy" pan jej wiarę?

- Nie, bo poznałem wystarczająco dużo ludzi o różnych poglądach, żeby wiedzieć, że religia nie czyni człowieka. Znam zestresowanych buddystów i zakochanych w sobie chrześcijan. Patrzę na człowieka, nie na etykietki.

Pana książka wychodzi w Polsce w momencie, gdy publicyści straszą nową wojną religijną między chrześcijanami i muzułmanami. Także w Europie obserwujemy narastający niepokój [wywiad został przeprowadzony jeszcze przed zamachami w Paryżu - przyp. red.].

- Uważa się, że Państwo Islamskie ma bardzo średniowieczne podejście do wiary. To szokujące, że konfrontujemy się z tym w XXI wieku. Zmusza nas to do podważenia naszej własnej wiary i zastanowienia się nad tym, co daje nam poczucie pewności. Nie sądzę, żeby w związku z tzw. wojną religijną kościoły ponownie się zapełniły. Nie będziemy nagle gotowi umierać za wiarę. Ale może zastanowimy się nad tym, czy wolny rynek zapewnia nam stabilność, której potrzebujemy.

W wierze jest stabilność? Złośliwi twierdzą, że raczej odrobina szaleństwa.

- Cóż, to szaleństwo daje siłę, ale stanowi też ryzyko, bo może prowadzić do arogancji. Ale widząc zagrożenie, unikamy go. Nie uświadamiając sobie tego zagrożenia, wpadamy w pułapkę.

A czy przeżycia mistyczne mogą być udziałem także niewierzących?

- Tak, pomyśl choćby o kobietach, które w chwili narodzin dziecka, choć są przerażone, muszą zaufać naturze, założyć, że natura wie, co robi. Tej ufności we wszechświat warto się nauczyć.

Brzmi to trochę naiwnie.

- Tak, ale działa.

Zgodnie z pana teorią cudowne uzdrowienia to nie żadne wudu, tylko "efekt biochemicznych zmian zachodzących w mózgu". Wierzy pan w takie cuda?

- Przeżycia mistyczne to małe, osobiste cuda, niewidoczne dla oczu. Większość ludzi woli "cuda" materialne, takie, których można dotknąć, a najlepiej kupić. Kościół dostosowuje się do tych potrzeb, traktując wiernych jak dzieci, które trzeba nęcić kolorowymi zabawkami.

Ale ma pan przekonanie, że uzdrowienia się zdarzają.

- Tak, ale dzięki wewnętrznemu przekonaniu chorego, że wiara może leczyć. To siła z wewnątrz, a nie od Boga siedzącego w niebiosach.

Pisze pan, że wiara to "wyjątkowo silny środek medyczny". Lek czy narkotyk?

- Dozowana prawidłowo - lek, przedawkowana - narkotyk.

Cudowne uzdrowienia to według Ulricha Schnabela nie boskie działanie, a siła wewnętrznego przekonania chorego, że wiara może leczyć (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta) Cudowne uzdrowienia to według Ulricha Schnabela nie boskie działanie, a siła wewnętrznego przekonania chorego, że wiara może leczyć (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Porównuje pan wiarę także do placebo.

- Statystycznie rzecz biorąc, wierzący żyją dłużej. Działanie efektu placebo opiera się na zrozumieniu ścisłego współdziałania ciała i umysłu. To naczynia połączone. Działa to nawet na najprostszym poziomie: gdy za długo siedzę przy biurku, tracę chęć do pisania. Wystarczy że przejdę się na spacer, a przychodzą mi do głowy lepsze pomysły. Z (samo)uzdrawianiem też tak jest. Gdy odwiedzamy zaufanego lekarza, nasze ciało się uspokaja i czujemy się lepiej. Co nie znaczy oczywiście, że chorzy na raka powinni zrezygnować z terapii i czekać, aż sami siebie uleczą.

Dlatego tak ważne są cielesne elementy rytuałów religijnych - śpiew gospel, klęczenie przy zapachu kadzidła, dźwięk organów?

- Tak, i wszystkie religie sprytnie to wykorzystują.

Sekty jeszcze sprytniej.

- Czasem granica między Kościołem a sektą jest cienka. Niebezpiecznie robi się wtedy, gdy zgromadzenie religijne żywi się ludźmi - ich pieniędzmi, pracą, życiem. Ryzykowne jest też podporządkowanie jednemu liderowi, który przedstawia się jako wszystkowiedzący. O papieżu też można by tak powiedzieć, ale Franciszka podziwiam za jego skromność. Jawi się jako pasterz, a nie guru, który jako jedyny zna właściwą drogę.

W pana rodzinie misjonarze i pastorzy. W swoich poglądach dotyczących wiary przeszedł pan daleką drogę?

- W dzieciństwie wiara była mi wtłaczana jak tabliczka mnożenia na lekcji matematyki. Może dlatego nigdy nie chciałem zostać księdzem. Potem toczyłem ze sobą wewnętrzny spór, bo szybko zrozumiałem, że to, o czym się w Kościele mówi, pozostaje w sprzeczności z tym, co się robi. To mit, że ludzie wierzący są lepsi niż ludzie niewierzący. W książce piszę, że z badań wynika, że terroryści działający z motywów religijnych są bardziej brutalni i pozbawieni skrupułów niż zamachowcy świeccy. Ale nie musimy nawet sięgać do przykładu terrorystów. Na co dzień wiele osób wierzących wcale nie czuje chęci bycia dobrymi bliźnimi, ale zmusza się do tego w imię odgórnie narzuconych zasad. A ja nie lubię hipokryzji. Może dlatego moją drogą okazała się być medytacja.

Pisze pan, że "duchowość to bezwarunkowe dążenie do prawdy". Medytacja zastępuje modlitwę?

- Tak, to, co przeżywam w trakcie medytacji, można porównać do doświadczenia mistycznego. W książce przytaczam rozmowę z panią pastor, która powiedziała mi, że najważniejsze jest to, żeby życie prowadziło do czynienia dobra - w wyniku wiary albo praktyki. Jeśli ktoś traktuje praktykę poważnie, nie wystarczy mu pójście na godzinną mszę świętą w niedzielę po to, żeby inni zobaczyli, że jest dobrym wiernym.

Terroryści działający z motywów religijnych są bardziej brutalni i pozbawieni skrupułów niż zamachowcy świeccy. Na zdjęciu: Bojownicy Hamasu (fot. Piotr Janowski / Agencja Gazeta) Terroryści działający z motywów religijnych są bardziej brutalni i pozbawieni skrupułów niż zamachowcy świeccy. Na zdjęciu: Bojownicy Hamasu (fot. Piotr Janowski / Agencja Gazeta)

Ludzie wierzący są szczęśliwsi: prawda czy fałsz?

- Prawda. Są na pewno bardziej wytrzymali w cierpieniu. Bo w trudnych chwilach ani stan konta, ani stan posiadania nie dadzą ukojenia, tylko poczucie umocowania w rzeczywistości, gwarantowane przez wiarę.

Ateiści mogą być szczęśliwi?

- Oczywiście. Najbardziej uwalniająca jest akceptacja śmierci. Wiesz, jak to zrobić? Stwórz swoją mowę pogrzebową. Napisz o sobie takim, jakim jesteś, a nie jakim chciałbyś się widzieć. To daje perspektywę, wystawia na próbę i pozwala sprawdzić, czy naprawdę robimy to, co kochamy.

Wierzący mniej się boją śmierci?

- Wierzący, niewierzący - w Niemczech temat śmierci jest tabu, bo nie pasuje do kultu rozwoju, wzrostu, udoskonalania.

To ciekawe, zważywszy na to, że Niemcy są starzejącym się społeczeństwem.

- Mój ojciec ma 94 lata, powinien umieć rozmawiać o śmierci, ale broni się przed tym rękami i nogami. Wypiera temat śmierci, bo się boi. Na pewno sporo o tym myśli, ale to nie jest wątek do obgadania z synem. Pewnie będzie się przed tym wzbraniał, dopóki nie trafi do szpitala.

Może to "wina" postępu medycyny?

- Tak, starsi ludzie traktują szpital jak warsztat, a swoje ciało jak samochód, w którym wciąż można naprawiać kolejne usterki. Taki przekaz płynie od lekarzy - można starzeć się później i dłużej. Zupełnie inne życie prowadzi człowiek pogodzony ze śmiercią albo ten próbujący sobie ze śmiercią radzić, niż osoba, która spycha tę myśl głęboko w nieświadomość.

A jakie jest dzisiaj wyobrażenie Boga?

- Na szczęście nie widzimy go już jako starego człowieka z brodą. W Biblii napisano, żebyśmy nie tworzyli przedstawień Boga; teraz wracamy do źródeł. Dla mnie Bóg nie jest osobą, Bóg to jest tu i teraz, bo wszystko poza teraźniejszością jest iluzją.

Ulrich Schnabel, "Zmierzyć wiarę" Ulrich Schnabel, "Zmierzyć wiarę" (fot. Martina van Kann / materiały promocyjne)

 

Ulrich Schnabel (ur. 1962). Z wykształcenia fizyk, redaktor działu naukowego w prestiżowym niemieckim tygodniku "Die Zeit", autor książek "Sztuka leniuchowania" i "Zmierzyć wiarę". Mieszka z rodziną w Hamburgu. Praktykuje buddyzm.

Więcej o: