Optymalizacja działań - dobre rozwiązanie czy prosta droga ku psychozie?

Planowanie swoich poczynań, by jak najmniej wydatkować energii i nie tracić czasu, czyli optymalizacja. Niby dobrze, tylko czy nie zakrawa o lekką psychozę planowanie sobie życia minuta po minucie?

Masz do załatwienia kilka spraw. Poczta, coś w urzędzie, zakupy - mięso w sklepie X, warzywa na straganie Y i jeszcze trzeba wpaść do drogerii. Poza tym chciałaś pójść na paznokcie, bo przekładasz to już któryś tydzień, a obiecałaś sobie, że na ten luksus sobie raz w miesiącu pozwolisz. No i buty do szewca czas oddać, bo zima się skrada, ale w końcu się pojawi (i czemuż nie oddałam ich PO sezonie, głupia ja!). W tym wszystkim należy jeszcze upchnąć dzień pracy, ale przecież damy radę.

Zwariowałabym, ale nie mam na to czasu w tym miesiącu Zwariowałabym, ale nie mam tego w planie w tym miesiącu

Ważne jest MIEĆ plan

Owszem, to się może udać, ale trzeba to dobrze zaplanować. Siadasz z karteczką i robisz rozpiskę - jak to wszystko upchnąć w nierozciągalnej dobie. Albo układasz to sobie w głowie, jeśli tak potrafisz - ja jednak wolę posiłkować się kalendarzem, nawet do codziennej bieżączki. Plan jest więc taki: wstać bladym świtem i jeszcze przed pracą podjechać do urzędu, jeśli będziesz tam stosownie wcześnie, może pierwsza pobierzesz numerek. Po drodze do pracy akurat jest poczta, wiec nadajesz tam polecony i lecisz do roboty. Obok pracy jest drogeria, więc w przerwie na lunch udaje ci się kupić potrzebne rzeczy. Wracając do biurka dzwonisz do swojej pani od pazurków z pytaniem, czy nie miałaby może czasu dziś o 20. Na szczęście ma. Sprężasz się z robotą tak, by wyjść z pracy przed 18, dzięki czemu zdołasz jeszcze podskoczyć do sklepu mięsnego. Niestety stragan już zamknięty, nie będzie dobrych warzyw... Kupujesz te lekko wątpliwe w sklepie osiedlowym, a wracając do domu wpadasz w kałużę, co ci przypomina, że zapomniałaś o butach do szewca. Były w rozpisce przed mięsem... No ale i tak całkiem nieźle ci poszło. Dobrze to zaplanowałaś. Osz... Dochodzi 20. Paznokcie same się nie zrobią.

Jak sobie pomyślę, że do tej układanki przyjdzie mi w którymś momencie dołożyć dzieci, które są zmienną nieprzewidywalną - mogą się nagle rozchorować, rozbić kolano w przedszkolu i wymagać wcześniejszego odebrania, albo COKOLWIEK, to ogarnia mnie przerażenie i oblewa zimny pot. Choć podobno tak naprawdę wtedy człowiek robi się jeszcze bardziej wydajny. Każda sekunda jest droga. Warto jednak nauczyć się planować codzienność tak, by nie tracić czasu na bezsensowne przestoje. Wydawało mi się zawsze, że to takie nudne, "starcze" myślenie. Ale prawdopodobnie już się na tyle zestarzałam, by nie lubić tracić czasu na gorączkowe łapanie srok za ogony. Wolę czuć, że trzymam je wszystkie i mądrze nimi zarządzam. Albo tak mi się chociaż zdaje...

Logistyka dnia codziennego z wiekiem się tylko komplikuje. Gdy jesteśmy dziećmi wiele rzeczy dzieje się poza nami, a są zrobione. Naszym zadaniem jest odrobić lekcje i ładnie zjeść rosołek. Z czasem przybywa obowiązków, a gdy już jesteśmy "na swoim", nagle się okazuje, że jest tyle drobiazgów, o których wcześniej nie myśleliśmy, bo ktoś robił to za nas. I że trzeba o tym wszystkim pamiętać - trzeba mądrze planować, bo doba jest zaskakująco mało pojemna. A potem dochodzi do tego troska o dzieci, o dziadków, starzejących się rodziców.

Zaplanowałam, że poleżę (hahahaha, nieprawda!) / fot. pexels.com CC0 Zaplanowałam, że poleżę (hahahaha, nieprawda!) / fot. pexels.com CC0

Jak TO zrobić?

Bardzo imponują mi ludzie, którzy poza pracą mają czas na pasję, na sport, prowadzą intensywne życie towarzyskie, są na bieżąco z repertuarem kin i teatrów, co niedziela jedzą rodzinny obiad i, jakby tego było mało - mają jeszcze na przykład psa, którego muszą wyprowadzać trzy razy dziennie, czyli muszą mądrze planować swój rozkład dnia. Dla mnie zawsze doba jest za krótka, niemal każdy dzień kończę z poczuciem, że znowu coś przełożyłam na jutro. Mam satysfakcję, gdy to jest tylko jedna z rzeczy z listy.

Kolorowe magazyny zalecają, by znaleźć spokój, wyciszenie i... potrafić być spontaniczną. (Na ogół wykluczające się nieraz rady funkcjonują na sąsiednich stronach, w ramach różnych artykułów, wiadomo). Zaleca się więc być uporządkowaną i świetnie planującą panią swego życia (i swego domu). Taką, co to potrafi grać na wielu instrumentach na raz, niestraszne dla niej aktywne życie zawodowe ("to na jutro!? Nie ma sprawy, wezmę pracę do domu i dokończę!"), dbałość o dzieci ("nie chcesz zupy? Dobrze, mama ci zrobi grzaneczkę"), partnera ("może dziś cię uwiodę w naszej sypialni" - sms-ik wysłany w ciągu dnia podgrzewa temperaturę waszego udanego związku) czy samą siebie ("jeszcze tylko 100 brzuszków i przebieżka 10 kilosków" kontra "przeczytam dziś do końca tę wciągającą książkę, którą czytam od dwóch tygodni").

Trzeba mierzyć siły na zamiary, nie obarczać się tym, z czym nie jesteśmy w stanie się zmierzyć, planować z głową. No właśnie. Planować. I tu dochodzimy do optymalizacji działań, która niezwykle mnie pociąga, ale z drugiej strony budzi we mnie lęki. Czy nie jest bowiem trochę przerażająca taka wizja, w której w poniedziałek już wiem, jak będzie wyglądał cały mój tydzień, mam poplanowane wszystkie mniej i bardziej istotne wydarzenia i sprawy do załatwienia, a wszystko wedle tego klucza, by mieć po drodze - pamiętacie: urząd, poczta, praca, drogeria, praca, szew, mięso, paznokcie.

Jest w tym jednak i ryzyko, bo trochę człowiek zaczyna przypominać robota, który został zaprogramowany na sekwencję działań. Z drugiej strony - jeśli coś z tego łańcuszka zadań się posypie, można przypłacić to po pierwsze wykrzaczeniem się pozostałych działań, po drugie - znacznie gorsze: dołem, że się nie podołało ("czy ja serio nie potrafię zapamiętać, że trzeba kupić mleko?!").

Zapomniało ci się wczoraj wstąpić do sklepu, to dziś wypijesz czarną kawę! / fot. pexels.com CC0 Zapomniało ci się wczoraj wstąpić do sklepu, to dziś wypijesz czarną kawę! / fot. pexels.com CC0

Nie zastanawiałam się dotąd zbyt głęboko nad tym, czy mądrze optymalizuję moje działania, czy raczej płynę sobie w zgodzie z zasadą "jakoś to będzie". Od kiedy jednak mieszkam zagranicą i bywam w Warszawie co miesiąc na kilka dni - stanęłam przed wyzwaniem. Muszę upchnąć tak wiele spraw w tak krótkim czasie, że bez porządnej logistyki nie jestem w stanie zrobić nawet połowy z tego, co chcę i powinnam. W dni powszednie - normalna praca, poza tym spotkania z rodziną, przyjaciółmi, sprawy urzędowe, wizyty u lekarza (wiecie, nie ma to jak polski dentysta czy ginekolog, zwłaszcza gdy chodzi o ceny za wizytę ) - ciągle coś, a doba, mam wrażenie - złośliwie się kurczy. Po takim maratonie jestem wyczerpana, jakby naprawdę przebiegła ponad 40 kilometrów...

Dlatego tworzę listy działań, optymalizuję - układam je w rozsądne sekwencje tak, by jak najmniej czasu tracić na dojazdy, by jak najwięcej móc załatwić "po drodze" i "przy okazji". Pocieszam się, że może dobrze mi zrobi, gdy taka kalkulacja wejdzie mi w krew. Ale z tyłu głowy wciąż mam myśl, że to okropne, że takie tempo ma życie (nie tylko moje, większości ludzi, których znam), że ciągle trzeba się gdzieś śpieszyć i o czymś pamiętać. Przypominają mi się różni psychopatyczni mordercy z filmów, których cechą wspólną było zawsze to, że mieli wszystko precyzyjnie poukładane i zaplanowane. Na szczęście mam za mało czasu, by się nad tym głębiej zastanowić...