Kosmetyczne opowieści grozy, czyli o koszmarnych wizytach u kosmetyczki

Chodzicie do kosmetyczki? Pewnie większość z was - tak. Niezależnie, czy wybierzemy zabieg relaksujący, oczyszczający czy depilację, robimy to aby czuć się i wyglądać lepiej. A jednak, czasem coś idzie nie tak i zamiast się relaksować - cierpimy, a zamiast wyglądać lepiej - po prostu wyglądamy.

Pięknie, ale czy bezpiecznie? (fot. Agencja Gazeta)Pięknie, ale czy bezpiecznie? (fot. Agencja Gazeta)

Jest taka zasada, zapewne naszych babć, która mówi, że przed wielkim wyjściem nie należy eksperymentować z nowymi kosmetykami. Zasadę tę powinno się uzupełnić o zakaz robienia sobie zabiegów pielęgnacyjnych. Z przerażeniem wspominam historię pewnego młodego człowieka, który wybrał się w sylwestrowy poranek na zabieg manualnego czyszczenia twarzy. Nie bardzo rozumiem, dlaczego kosmetyczka nie próbowała go przekonać do zmiany terminu zabiegu. Może wyszła z założenia, że wygląd nie ma dla niego aż takiego znaczenia. Cóż, założenie było błędne. W sylwestrowy wieczór młodzian zawędrował w okolice nóg stołowych, zanim jeszcze zdążył się porządnie upić. W cieniu stołu, mocno zaczerwieniona, wygnieciona dłońmi kosmetyczki twarz, nie prezentowała się aż tak upiornie.

Powiecie pewnie, że kosmetyczka nie powinna zamieniać twarzy w worek treningowy? Ano, nie powinna, ale osobiście jestem przykładem tego, że niektóre panie podchodzą do sprawy oczyszczenia z nadmierną siłą. Otóż zdarzyło mi się wyjść z gabinetu z siniakami i strupami, jakby ktoś mnie tam pobił. To, jak wyglądałam zrobiło chyba ogromne wrażenie na starszym bracie.  Natychmiast zaprowadził mnie z powrotem do kosmetyczki z uprzejmą prośbą o wyjaśnienia. A ponieważ ani wyjaśnienia, ani zwrócone pieniądze nie chciały przyspieszyć gojenia twarzy, schodzenia opuchlizny i wybroczyn, pojechaliśmy sobie z bratem na tygodniowy relaks w górach (tak, to były czasy).

Może nie zdajecie sobie sprawy, ale niezłych siniaków (na udach) można się też nabawić, jeśli ktoś z nadmiernym temperamentem i niewątpliwie ułańską fantazją, będzie wam wykonywał masaż odchudzający. Chociaż to i tak nic w porównaniu z biczami szkockimi (wykonywanymi w bardzo znanym i popularnym SPA). Redaktor Monika porównała je do zabiegu (ale nie upiększającego) wykonywanego alkoholikom (a mnie się tłucze po głowie skojarzenie z armatkami wodnymi i torturami). I o ile wiem o miłości Moniki do rozmaitych, w tym i bolesnych zabiegów, to doprawdy nie mam pojęcia skąd czerpie wiedzę na temat traktowania ludzi na izbie wytrzeźwień...

Z renomowanymi gabinetami i SPA już tak czasem bywa, że nie każdy, kto w nich pracuje, dba o czystość. Dłoni. W trakcie zabiegu. I dlatego zdarza się, że po opuszczeniu salonu swe kroki trzeba skierować do dermatologa. Bo to albo wyskoczy liszaj, a to zalegną się jakieś paskudne bakterie objawiające swą obecność wysypem ropnych krostek, a to zagnieździ się gronkowiec.

Nie zabiegi wszystkie są upiększającymi naprawdę (fot. Agencja Gazeta/Mateusz Skwarczek)Nie wszystkie zabiegi są upiększającymi naprawdę (fot. Agencja Gazeta/Mateusz Skwarczek)

Wydawało by się, że na tle tych wszystkich "pobić" i powikłań po pielęgnacji twarzy, manicure jest spokojnym i niegroźnym zabiegiem. Do czasu. Do czasu, aż ktoś przypadkiem nie wytnie ci wraz ze skórką kawałka palca (to nie żarty, to wybitnie krwawa historia redaktor Agnieszki). Zresztą nieumiejętne, czy też może zbyt gorliwe walczenie ze skórkami może zakończyć się i głębszymi obrażeniami, a mianowicie uszkodzeniem macierzy, czego dowodem jest falujący paznokieć redaktor Anny.

Sama też doświadczyłam tego, jak katastrofalny wygląd mogą mieć dłonie zatraceniu się manicurzystki w walce ze skórkami. Pechowo, postanowiła wycinać mi skórki do pierwszej krwi, dzień przed moim ślubem. W zasadzie należało ślubną kreację uzupełnić o rękawiczki, bo jeśli chodzi o manicure, to nie było czym się chwalić.

Odrębną, mniej niebezpieczną, ale i tak bardzo nieprzyjemną kategorię zabiegów stanowią te, które nie przynoszą obiecywanych efektów. Na przykład delikatny, nawilżający zabieg na twarz, który - jak to wdzięcznie ujęła redaktor Durska - był TAK DELIKATNY, że skóra była po nim sucha jak wiór. Jeśli myślicie o opisywanym jako "bezbolesny" zabiegu prasowania zmarszczek żelazkiem, to w ramach babskiej solidarności uprzedzimy was: zabieg jest wręcz wyjątkowo nieprzyjemny i bolesny. Co gorsza, cierpienie jest kompletnie nieopłacalne, bo efektów zabiegu brak.

I na koniec, aby wystraszyć was do cna zamiast "Opowieści z krypty" mamy "Opowieści z depilacji woskiem". Nie jestem pewna, czy nie powinnam włożyć między bajki historię zasłyszaną kiedyś w gabinecie ginekologicznym, o tym, jak to pani zaraziła się wirusem HPV przeniesionym prawdopodobnie na szpatułce do nakładania wosku... Stawiam tu spory znak zapytania, szczególnie, że łatwiej roztoczyć przed partnerem wizję zakażonej szpatułki niż zakażonego członka. Nie należącego do partnera, tylko zgoła do kogoś innego.

No to jak, kto w Nowym Roku raźnym krokiem pierwszy ruszy do salonu kosmetycznego? Spośród redakcyjnych koleżanek stawiam na Monikę, która choćby wiatr w oczy i śnieg po kolana, w dalszym ciągu będzie testować kolejne zabiegi.

Więcej o: