Łabędziem być - czy telewizyjna metamorfoza odmienia życie na lepsze?

Popularne telewizyjne programy oferujące metamorfozę z brzydkiego kaczątka w sexy lalę są metodą na trwałe obniżenie własnego poczucia wartości.

rys. Magda Danajrys. Magda Danaj

Metamorfoza, czyli tzw. "makeover" to jeden z popularniejszych i najchętniej oglądanych telewizyjnych formatów. Wszyscy znamy ten scenariusz: projektant trafia do zapuszczonego domu i robi wielki remont w dwa dni, spec od ogrodów zamienia wydeptany trawnik w romantyczne oczko wodne. Ludzie kochają programy o wielkich metamorfozach. I super. Problem zaczyna się wtedy, gdy takiej przemianie na ekranie poddawani są ludzie, głównie kobiety. Scenariusz bez zmian, czyli: be zmieniamy w cacy. Różnice? Domu nie można upokorzyć - człowieka, owszem.

Stacy London, Gok Wan, a u nas - Maja Sablewska, zaczynają każdy odcinek od krótkiej prezentacji Brzydkiego Kaczątka, które chce się poddać przemianie. W naszej rodzimej produkcji Kaczątko przychodzi do eleganckiego atelier stylistki, którego wystrój brutalnie kontrastuje z jego burym wyciągniętym swetrem i nieumiejętnie farbowanymi włosami. Mówi o tym, że: jest samotną matką/ ma nadwagę/ nie ma chłopaka/ jest ciężko chore (wyższa oglądalność). Jednym słowem, telewidzu: Brzydkie Kaczątko się zapuściło. Albo po prostu zawsze takie było, byle jakie. Niekobiece. Nieseksowne. Do naprawy!

Następuje więc szereg przemian, od doboru nowych ubrań, modnych, choć niespecjalnie praktycznych czy pasujących do stylu życia Kaczątka ("Nie lubisz czerwonego? To polubisz!"). Następnie makijaż, doczepiane rzęsy, fryzjer. W ekstremalnych przypadkach - wizyta w gabinecie chirurgii plastycznej. Wszystkie zabiegi Kaczątko znosi biernie, w końcu - ONI wiedzą lepiej. Nareszcie efekt końcowy - przemiana w Łabędzia. W pięknych ciuchach, wyrafinowanym makijażu, po odsłonięciu lustra nie może uwierzyć, że ta piękna pani z telewizji to ono. Płacz ze szczęścia. Oklaski. Kurtyna.

Zawsze podczas napisów końcowych zastanawiam się, co się działo dzień po finale? Jak się czuło Kaczątko/Łabędź, czy było wciąż pełne energii? Czy rozczarowane, że nie umie tak ładnie samo ułożyć włosów czy zrobić smokey eye? I co ze szpilami, przecież nie włoży ich, by pognać z dzieckiem do przedszkola?

Według badań ludzie, którzy wygrali szóstkę w lotka w rok po wygranej są w gorszym stanie psychicznym niż przed kupnem zwycięskiego losu. Zastanawiam się, czy makeovers nie działają podobnie. Uczestniczki są najpierw upokorzone, potem nagle wyciągnięte na piedestał i po nagraniach równie szybko z niego zrzucone. Po programie, który miał "zmienić życie", zostają dwie rzeczy: hiperelegancka sukienka, niepasująca do niczego w szafie. I dojmujące poczucie utraconej szansy na pozostanie w piórkach Łabędzia.

Problem w tym, że na dłuższą metę Łabędziem być się nie da - chyba, że jest się Beyonce bądź żoną z Hollywood. Pozostałe 90% kobiet potrzebuje po prostu ciuchów zgodnych z ich trybem życia, w których będzie się czuć super, fryzury, której nie trzeba układać godzinami i samoakceptacji. Tej ostatniej w programie Sablewskiej nie znajdziemy. Wpychanie się w wymyślony odgórnie, oderwany od rzeczywistości, wizerunek nie ma prawa podnieść nam, Brzydkim Kaczątkom, poczucia własnej wartości.

Nie twierdzę, że wszystkie poradniki modowe są złem wcielonym. Na pewno pomogły dobrać niejednej "gruszce" sukienkę idealną i wyeksponowały elegancko niejeden dekolt. Łatwo je poznać po tym, że wizerunek uczestniczek "przed" i "po" nie budzi wątpliwości, że mamy do czynienia z tą samą osobą.

Niestety, nadawane w Polsce "Łabędziem być" czy "Mai Sablewskej sposób na modę" są w rzeczywistości sposobem na wszystko inne: kompleksy, niskie poczucie wartości i uprzedmiotowienie. Ale trudno, by było inaczej - prawdziwa moda w końcu służy temu, by czuć się świetnie we własnej skórze, jakkolwiek niemedialna by ona była.