Bowie nie zostanie zapomniany. Mural w Warszawie i inne hołdy

Świat opłakuje Davida Bowiego, pojawiają się też ciekawe, dziwne i wspaniałe pomysły uczczenia jego pamięci. Jest m.in. projekt, by w Warszawie powstał mural upamiętniający wizytę muzyka w naszej stolicy. Czy popieram tę inicjatywę? Sercem, głową i wszystkim!

Śmierć Davida ujawniła jak wielu miał fanów, dla jak wielu - zarówno artystów jak i zwykłych ludzi - stanowił ważny punkt odniesienia. Zewsząd płyną wspomnienia, pożegnania, hołdy. Światowa i polska prasa pełna jest Bowiego - i dobrze, bo zasłużył na tę pamięć całym swoim niebanalnym, wypełnionym sztuką życiem.

Pojawiają się też rozmaite spontaniczne inicjatywy uczczenia jego pamięci. Pod jego apartamentem w Nowym Jorku czy rodzinnym domem w londyńskim Brixton gromadzą się fani - składają kwiaty, zapalają świeczki, tańczą, śpiewają... Nie umiem oglądać relacji z tych miejsc bez guli w gardle. Zwłaszcza Glen Hansard (pamiętacie go z pięknego filmu "Once"?) śpiewający "Ashes to Ashes" powoduje wzmożone łzawienie.

Mural w Brixton, przy którym gromadzą się fani, zainspirował Beatę Chomątowską ze Stacji Muranów, by podobne malowidło stworzyć i w Warszawie - na pamiątkę wizyty Bowiego w naszej stolicy, która to wizyta prawdopodobnie miała miejsce w kwietniu 1976 roku. Mural dla Davida miałby powstać w okolicach Dworca Gdańskiego lub na trasie spaceru przez Żoliborz, który David Bowie rzekomo* odbył, kupił płytę zespołu Śląsk na Placu Komuny Paryskiej (obecnie Wilsona), a folkowe zaśpiewy z utworu "Helokanie" tak go zainspirowały, że stworzył piosenkę "Warszawa".

Jako fanka Bowiego, mieszkanka Żoliborza i polska patriotka popieram ten projekt wszystkim, czym mogę: sercem, głową, paluszkami stukającymi w klawisze. Wierzę, że powstanie, bo budzi wiele dobrej energii - David nam sprzyja z kosmosu i mruga zza gwiazdy.

Nie jest to jedyna inicjatywa, którą wspieram: od kilku dni podpisuję rozmaite - mądre, śmieszne i dziwaczne petycje, zgłaszane przez fanów. Zwłaszcza ta skierowana do Międzynarodowej Unii Astronomicznej, by zmienić nazwę Mars na David Bowie oraz druga - do Boga, by oddał na nam Davida szczerze mnie urzekły - choć żadna nie ma szans powodzenia, niestety.

Na koniec znów uderzę we łzawą nutę - wybaczcie, proces opłakiwania trwa i jeszcze potrwa. Okazuje się, że Bowie z tą swoją czarną gwiazdą znów zbudował misterną konstrukcję znaczeń i odniesień, które będziemy odkrywać latami. Na razie fani wyniuchali, że jest taka mało znana piosenka Elvisa Presleya pt. "Black Star". Mówi o śmierci. O naznaczeniu czarną gwiazdą. Bowie i Elvis dzielili dzień urodzin - 8 stycznia. David, czuję jak chichrasz się zza grobu - udał Ci się żarcik. A piosenka jest piękna.

*Czemu "rzekomo"? Bo wiele wskazuje, że ta historia to tylko piękny apokryf. Pisałam o tym kilka lat temu w tekście, który ukazał się w "Przekroju", posłużę się więc obszernym autocytatem: "Bowie w Warszawie. Ta historia rozpala wyobraźnię rodzimych bowie-logów. Wiadomo bowiem (!), że na wydanym w 1977 roku wybitnym albumie „Low”, wchodzącym w skład słynnej trylogii berlińskiej, znalazł się utwór zatytułowany „Warszawa”. Piosenka następnie zainspirowała niejakiego Iana Curtisa do założenia zespołu Warszawa, który nieco później dał się poznać jako Joy Division. Już ta część historii jest piękna i napawa nas słuszną dumą, jednak może być jeszcze lepiej. „Warszawa” jest zapisem przemożnego, choć raczej ponurego wrażenia jakie na artyście zrobiła nasza stolica w latach 70., a stylizowana na ludowe pienia partie wokalne zostały zaczerpnięte z kompozycji „Helokanie” Stanisława Hadyny w wykonaniu zespołu Śląsk. Płytę ową miał Bowie kupić sobie sam na Pl. Wilsona (wówczas Komuny Paryskiej), dokąd udał się ponoć spacerkiem podczas postoju pociągu na Dworcu Gdańskim. I tutaj w tej pięknej historii zaczynają się schody. Bowie przejeżdżał przez Warszawę dwukrotnie: na przełomie kwietnia i maja 1973 roku wracając z trasy koncertowej po Japonii (ze względu na niechęć do latania wybrał dość okrężną trasę: łodzią do Władywostoku, stamtąd koleją transsyberyjską do Moskwy, a po kilku dniach w stolicy ZSRR znów pociągiem do Paryża) oraz w kwietniu 1976 roku, gdy wraz z Iggy'm Popem jechał z Zurychu do Helsinek via Związek Radziecki (z niesławnym incydentem na przejściu granicznym w Brześciu, gdzie radzieccy celnicy skonfiskowali mu książki poświęcone Goebbelsowi - do tego wątku zresztą jeszcze wrócimy). Kiedy więc spacerował i kupował polskie płyty? Nie wiadomo: ponoć nie mogło to być w 1973 r.bo podczas postoju trwała kontrola paszportowa, zaś w 1976 ze względu na otwarcie w 1975 roku Dworca Centralnego zmieniły się trasy połączeń międzynarodowych i pociągi nie zatrzymywały się już na Gdańskim. Możliwe więc, że wspomniane polskie płyty nabył już w Berlinie Zachodnim, choć w dwóch wywiadach udzielonych polskiej prasie w 1997 r. (dla „Machiny” rozmowę przeprowadził Filip Łobodziński zaś dla „Gazety Wyborczej” Maciej Chmiel) Bowie częściowo potwierdził teorię o płytowych zakupach podczas postoju, choć jak sam przyznawał jego wspomnienia były dość mętne. Niestety w literaturze źródłowej nie ma wzmianki ani o spacerze po płyty, ani nawet o polskich korzeniach muzycznych inspiracji Bowiego. We wspomnieniach producenta Tony'ego Viscontiego oraz w uchodzącym za Bowie-logiczną biblię opracowania „The Complete David Bowie” Nicholasa Pegga, gdy mowa o nagrywaniu "Warszawy" to jako źródło inspiracji dla tych ludowych śpiewów podany jest enigmatyczny "bałkański chór". Aczkolwiek to samo w sobie nie znaczy jeszcze nic, bo w innym miejscu Visconti określa Warszawę mianem stolicy Czech, więc uznajmy że legendarny producent generalnie słabo się orientował w słowiańszczyźnie..."

Więcej o: