Pięć pozytywnych zmian w życiu, które są skutkiem strasznych poranków z dziećmi

Poranek nie jest moją ulubioną porą dnia. Zwłaszcza odkąd muszę na ósmą rano dostarczyć dzieci do instytucji edukacyjnych. A jednak zauważyłam, że są i pozytywy. Pollyanna!

rys. Magda DanajPrzekupstwo, szantaż, zastraszenie - podstawowe metody wychowawcze! rys. Magda Danaj

Skowroneczkiem ci ja nie jestem - widzę się raczej, jako puszczyka mszarnego, w najlepszym razie lelka kozodója. Mniejsza o ornitologiczne metafory: wstawanie rano nigdy nie było moją mocną stroną, a odkąd oprócz wstania siebie muszę też wstać dwójkę dzieci i doprowadzić do tego, by odziane, z umytymi zębami i zjadłszy cokolwiek, znalazły się o godzinie ósmej w bezpiecznych ramionach placówki oświatowej, to strona ta jeszcze nieco osłabła.

Poranki z dziećmi bywają dość straszne - co barwnie i jakże prawdziwie odmalowała ostatnio Ania Rączkowska - i wymagają nadludzkiej cierpliwości. A ja jestem cierpliwa mniej więcej, jak szarżujący tygrys bengalski, tudzież rozjuszona samica hipopotama. Osobom zniecierpliwionym tymi zoologicznymi wycieczkami wyjaśniam: nie jestem cierpliwa wcale i bardzo łatwo doprowadzić mnie do ślepej furii.

Jednak przed rozpaczą, zgorzknieniem i chęcią amputowania sobie głowy, gdy budzik dzwoni o nieludzkiej porze, na dworze ciemno, zimno i grasują wilki, ratuje mnie uświadomienie sobie, że widzę też kilka niebagatelnych pozytywów tej porannej mordęgi. Oto one: pięć pozytywnych zmian w życiu, które są skutkiem strasznych poranków z dziećmi. Może jakaś inna udręczona duszyczka znajdzie w nich pocieszenie.

1. Nauczyłam się ubierać w minutę

Tyle bowiem udaje się wygospodarować czasu pośród porannej krzątaniny: mniej lub bardziej udanych prób zwleczenia córek z łóżka, dopilnowania, by wykonały wszystkie przewidziane protokołem czynności i nie przekroczyły napiętych harmonogramów, a tak się składa, że dziewczyny mają o tej porze większą niż zwykle skłonność do zamyślenia i zastygania w pół ruchu (starsza) lub kontestacji, buntu i odmowy (młodsza). Wyczerpujące negocjacje oraz konieczność stałego motywowania (załóż te rajstopy, proszę. Na drugą nogę też, tak. Nie, nie możesz iść w tej sukience z Krainą Lodu. Bo byłaś w niej wczoraj i zalałaś ją pomidorówką. Co znaczy, że inne sukienki są ohydne i w życiu ich nie założysz? Dobrze, wyjmij tę z pojemnika na brudy. I załóż te rajstopy. Na drugą nogę też.) sprawiają, że na realizację własnych potrzeb zostaje niewiele czasu - nie ma więc sensu trwonić go na wybieranie garderoby. Musiałam więc nauczyć się ubierać szybko i skutecznie.

Odkąd wprowadzam w życie zasady slow fashion i przetrzebiłam szafę ograniczając jej zawartość do ciuchów, które lubię i które pasują do mojego stylu i siebie nawzajem (tzn. tę podstawową szafę, którą rano otwieram. Wszystkie tiule, koronki, falbanki i atłasy w najdziwniejszych kolorach i fasonach kłębią się bezpiecznie ukryte przed moim wzrokiem w drugiej szafie, do której przezornie nie zaglądam. Ale wiem, że mam wiele dziwnych ubrań, które w razie czego mogę wyciągnąć z triumfalnym voila! i udać się na dowolny bal przebierańców) wybranie wygodnego, przyjemnie wyglądającego i dającego mi poczucie komfortu zestawu trwa właśnie tyle. Cokolwiek wyjmę z szafy i włożę - będzie dobrze, a ja poczuję się zadowolona, widząc odbicie w lustrze. Żegnajcie frustracjo i godzinne próby dobrania bluzki do spódnicy. Nigdy więcej!

2. Nauczyłam się malować w minutę (prawie bezwzrokowo)

Przy makijażu zerkanie w lusterko, o dziwo, dostarcza mniej satysfakcji niż przy ubieraniu. Dlatego staram się nie zerkać w nie zbyt często. Jest to o tyle łatwe, że muszę bacznie śledzić, czy ukochane istoty płci żeńskiej nie zastygły gdzieś na jednej nodze, gapiąc się pustym wzrokiem w ścianę albo nie bawią się w najlepsze klockami (ta instrukcja ma tylko 40 stron - szybko to zbuduję!), za nic mając moje pohukiwanie, warczenie i ponaglanie.

Opracowałam na własne potrzeby system malowania bezwzrokowego. Mniej więcej wiem, gdzie mam twarz i co tam muszę na niej zrobić - a nie robię przesadnie wiele. Zamiast podkładu używam rozświetlacza pod oczy w sztyfcie, który nakładam sobie punktowo (mamo, znów pomalowałaś się jak Indianka!), rysuję kreskę na powiekach ukochanym eyelinerem w kolorze electric blue (David Bowie jest obecny w mym życiu na wiele różnych sposobów) - to akurat wymaga patrzenia w lusterko, ale mam też pod ręką płyn micelarny i patyczki kosmetyczne - muskam policzki, przeczesuję brwi, wklepuję pomadkę. Nie sprawdzam efektów, ale przeważnie jest dość spoko. Ludzie w metrze się nie gapią w każdym razie.

3. Nauczyłam się obywać bez kawy

Kiedyś nie do pomyślenia! Nie otwierałam oczu, nim nie poczułam uderzenia kofeiny w żyłę. Zrobienie sobie kawy było pierwszą czynnością po zwleczeniu się z łóżka, bez której ani rusz. Naprawdę - nie ruszałam się. A teraz po pierwsze nie potrzebuję, bo jestem jakoś dziwnie pobudzona od rana (irytacja taka stymulująca), po drugie zaś: znów mi czasu żal.

Trzeba przecież przygotować starszej śniadanie do szkoły i młodszej coś do zjedzenia w domu (starsza nie lubi jeść rano, a ja pamiętając swoje dziecięce cierpienia nad poranną kanapką z miodem, którą we mnie wmuszano, mimo wzbierającego w gardle pawia, odpuszczam jej. Po prostu wkładam więcej do śniadaniówki. W szkole zje - w końcu siedzi tam do 17.00). Trzeba włożyć brudne naczynia do zmywarki, przygotować śmieci do wyniesienia i wykonać jeszcze kilka innych rzeczy, które wymusza ta mała, nudna pedantka, która we mnie siedzi. Kto by tam trwonił cenne minuty na popijanie rozpuszczalnej lury. Kupię sobie w metrze taką z ekspresu. Poza tym naprawdę nie jestem już śpiąca - cholera!!! Znowu się spóźnimy!

4. Nauczyłam się doceniać resztę dnia

Poranki bywają nieprzyjemne. Ja bywam nieprzyjemna. Wściekam się na dzieci, poganiam je jak nadzorca niewolników, denerwuję się, że mimo starań znów wychodzimy z domu za późno, bo nie przewidziałam, że trzeba będzie odbyć poszukiwania zagubionej szczotki do włosów i spinek (ale nie tych, tylko tych drugich. Nieeee tych!), bo wkładanie zimowej odzieży trwa tak strasznie długo, bo ojejku mamo, zapomniałam ci powiedzieć, że muszę na dziś przynieść rodzinne zdjęcia do drzewa genealogicznego.

Po takim koszmarze wszystko wydaje się jakieś lepsze. Sześciogodzinne szkolenie, narada w sztabie, bezsensowne spotkanie na nieistotny temat, rutynowa orka na ugorze. Rzucam się na nie zgłodniała interakcji z ludźmi, którzy nie rzucą się na podłogę wrzeszcząc, że nie włożą tych butów, bo uwierają, a tak w ogóle to boli ich brzuszek i nie, nie zrobili siku, jak ich prosiłam. Ludzie są fajni. Praca jest fajna. A po drodze to można sobie nawet poczytać. Hurra!

5. Nauczyłam się doceniać moje dzieci

Porzucę niepoważny ton i dla odmiany powiem coś serio. Fakt, że poranki skupiają jak w soczewce wszystkie nasze wady, wydobywają niemądre schematy zachowań i psychologiczne koleiny, w które, chcąc nie chcąc, wpadam i ja, i dzieci, zmusza mnie do ciągłej autorefleksji (nieco ponurej) oraz do poszukiwania sposobów, na wybrnięcie z kolejnych pułapek. Niektóre są skuteczne (budzenie dzieci muzyką - od "Mam tę moc" przez "Marsz Imperialny" po kawałki Adele, które moja siedmiolatka śpiewa nieco niedokładnym angielskim, ale za to wyciągając wszystkie (!) nuty, jest strasznie fajne i dobre, i poprawia humor wszystkim. Choć czasem nie na długo) inne nie, ale burzliwe dni są okazją, by to i owo przemyśleć. Przeprosić. Zmienić. Albo przynajmniej spróbować.

I kiedy lecę na ostatnią chwilę do szkoły, ściskając w dłoniach wiotkie łapki moich córek, to po prostu cieszę się, że je mam. I dłonie, i córki, i szansę, by kolejny dzień był jednak lepszy. Bym ja była lepsza. I wiecie co? Jestem.

Więcej o: