Nie jestem dzielna, tylko jak wańka-wstańka. Wiem, że trzeba działać

Ostatnio los zasypał mnie lawiną ciosów. Sierpowych i prostych, prawych i lewych, poprawionych kopem w podbrzusze. A ja ciągle stoję, a w zasadzie ślepo prę do przodu. Człowiek to jednak zawzięta bestia.

Zawsze uważałam się za życiową amebę. Nie umiem się kłócić, jestem beznadziejna w negocjacjach. Nigdy nie miałam planu na życie. Do dobrego liceum trafiłam dlatego, że poproszona przez koleżankę poszłam towarzyszyć jej we wcześniejszych egzaminach i tak wyszło, że się dostałam. Na swój wydział na studiach też trafiłam przypadkiem, praca copywritera sama się napatoczyła, podobnie dziennikarstwo. O nic nie walczyłam. Otoczona życzliwymi ludźmi płynęłam sobie przez życie, ciesząc się nie zawsze zasłużonymi, przyjemnymi niespodziankami.

Fot. Unsplash.com CC0Fot. Unsplash.com CC0

W pewnym momencie niespodzianki przestały być przyjemne. Prawie dwa lata temu po długiej, wyniszczającej chorobie umarła moja mama. Krótko potem okazało się, że rodzice mieli ogromne problemy finansowe, które przede mną ukrywali, bo nie chcieli mnie martwić. A kilka miesięcy temu potrącony przez samochód tata doznał takich obrażeń, że nie wiadomo, czy i kiedy znów zacznie samodzielnie funkcjonować. Następnie poważnie zachorował nasz rodzinny pies, który od czasu wypadku taty dołączył do mojego stadka dwóch neurotycznych kotów znajd, a tydzień temu skręciłam kostkę - ale to już naprawdę śmiechu warte drobiazgi.

Ktoś może powiedzieć: przestań jęczeć, witamy w dorosłym życiu. To normalne, że z dziecka stajesz się głową rodziny. Tylko że ja nie jęczę, po prostu wymieniam fakty. Każdy może sobie w miejsce moich problemów wstawić swoje własne, bo przecież wszyscy czasem dostajemy od życia w kość. A że kłopoty często się nawarstwiają, wiemy choćby z ludowych mądrości o tym, że jak nie urok, to przemarsz wojsk czy inna grypa żołądkowa. I wcale nie uważam się za najbardziej poszkodowaną osobę na świecie, bo w porównaniu z okropieństwami, których doświadczyły i wciąż doświadczają znane mi i nieznane osoby, moje problemy bledną.

foch.pl/pexels.comfot. foch.pl/pexels.com

Chodzi mi o sposób, w jaki przyjęłam kolejne ciosy. Najbardziej zaskoczył mnie samą. Zamiast leżeć i bezradnie łkać, czego bym się po sobie spodziewała, po śmierci mamy myślałam tylko o tym, że przynajmniej już nie cierpi, i że teraz muszę ogarnąć pogrzeb i zająć się tatą. Problemy finansowe - kilka bezsennych nocy spędzonych na rozkminianiu różnych scenariuszy, potem parę rozmów z członkami rodziny i przyjaciółmi, i wdrażanie systemu ratunkowego. Taty wypadek - natychmiastowy kontakt z lekarzami, policją, miejscem pracy taty i tak dalej, a teraz jaranie się każdą minimalną oznaką poprawy. Pies już wyzdrowiał i tylko do końca życia musi dostawać sporą ilość leków na serce, które dwa razy dziennie wpycham mu do pyska (znosi to z godnością), a moja kostka poboli i przestanie.

Nie zastanawiałam się za bardzo nad swoimi reakcjami, dopóki znajomi zaczęli mi mówić, jaka jestem dzielna. No kurde, bez przesady, nie ma wyjścia, trzeba działać, trzeba jakoś żyć. Dzielna-srelna. Im więcej człowiek ma do ogarnięcia, tym więcej ogarnia, proste. A ze wsparciem takich przyjaciół, jak moi, to już w ogóle nie ma rzeczy niemożliwych.

Tak łatwo mnie nie dostaniecie (fot. Pexels.com CC0)Tak łatwo mnie nie dostaniecie (fot. Pexels.com CC0)

I tak sobie myślę, że jednak mnie na te straszne niespodzianki przygotowano, a bezchmurne dzieciństwo i wczesna młodość to w sumie wytwór mojej wyobraźni. Pierwszy zawał mamy miał miejsce miesiąc przed moimi 10. urodzinami, a potem przez wiele lat jej choroby to ja byłam osobą, która dzwoniła na pogotowie, rzeczowo wymieniała symptomy choroby i pakowała torbę do szpitala, bo tatę nadwrażliwca to przerastało. Mama potem wiele razy mnie przepraszała, że zepsuła mi dzieciństwo. Bez sensu, była najlepszą mamą, jaką można mieć: wyrozumiałą, z poczuciem humoru, pełną miłości dla całego świata. Tata zresztą też, choć nie był tak silny jak ona. Oboje byli wańkami-wstańkami, mimo traum z dzieciństwa i dorosłych problemów.

I ja też tak mam: napierdzielam z rozpędu. Nie chce mi się gadać o smutnych rzeczach. Na pełne troski pytania "jak tam?" odpowiadam zwykle " a jakoś" i zmieniam temat. Nie zadaję sobie pytań typu "czemu ja?", "czemu moja rodzina?". Nie wierzę w karmę. To nie jest tak, że wystarczy być w miarę porządnym człowiekiem, a świat cię za to nagrodzi. Moi rodzice byli najbardziej życzliwymi, ciepłymi osobami jakie znam, a jednak mama umarła w cierpieniach, a tata walczy o powrót do normalności, frustrując się, że ciało nie nadąża za umysłem. Jednych życie masuje, innym daje wycisk. I tak to się kręci.

Bardzo możliwe, że moje reakcje nie są do końca normalne. Zapewne coś tam wypieram i to się kiedyś zemści. Tymczasem trzymam się swojego, może lekko chorobliwego, może dla niektórych irytującego trybu HOPSA I DO PRZODU jak nieuleczalna optymistka Poppy z "Happy Go Lucky" Mike'a Leigh, ostro doświadczona przez życie, a przy tym życie kochająca bez zastrzeżeń bohaterka serialu "The Unbreakable Kimmy Schmidt" czy zawzięty Czarny Rycerz z Monty Pythona, który nie poddaje się mimo utraty kolejnych kończyn.

Co się jeszcze może wydarzyć? Wszystko. Nie wiem, jak zareaguję na przykład na własną chorobę. Mam nadzieję, że się nie dowiem. Póki co płynę dalej. I tego życzę wam wszystkim.