Chcesz by cię doceniali? Nie umniejszaj swojej wartości!

Nie umiem przyjmować komplementów. Wiecznie umniejszam swoje osiągnięcia. Ironizuję i przedstawiam się w krzywym zwierciadle. Co w tym złego? To kiepska życiowa strategia, na której najwięcej tracę ja sama.

rys. Magda Danaj rys. Magda Danaj

To nie tylko moja przypadłość. Osób, które uparcie zaprzeczają jakoby posiadały jakiekolwiek talenty, robiły coś niezwykłego, pracowały na swój/czyjś sukces, wnosiły istotny wkład w takie czy inne przedsięwzięcie jest mnóstwo. Ot, skromne, dobrze wychowane, ciche myszki. Nie ma rzecz jasna nic złego w powściągliwości i dystansie do samego siebie, gorzej gdy w deprecjonowaniu swoich zasług i zalet posuniemy się za daleko.

Podam przykład. Mam znajomą - kobietę piękną, inteligentną, błyskotliwą i pełną wdzięku - która z iście perwersyjną przyjemnością wiecznie samej sobie dowala. Że brzydka, że głupia, że twarz - pyza, że nogi - krzywe, że cośtam obwisłe, a rozum krótki. Niby żartem, niby ironicznie, ale nigdy nie słyszałam, by powiedziała o sobie choć jedną miłą, dobrą rzecz. A da się. Lista jej pozytywnych i godnych podziwu cech jest równie długa, jak piękne włosy owej pani.

Ponieważ ta maniera strasznie mnie irytuje - złości mnie jej niesprawiedliwość w stosunku do samej siebie - to zaczęłam się głębiej nad tym zagadnieniem zastanawiać. I doszłam do jakże przykrego wniosku, że robię dokładnie to samo! Odruchowo zaprzeczam, jakobym posiadała jakiekolwiek dobre strony. Umniejszam swoje osiągnięcia. Wykpiwam talenty. Odmawiam sobie blasku chwały. Po co? W imię czego?

Może to kwestia wychowania: dziewczynki powinny być grzeczne, skromne i czekać w kącie aż je znajdą, a nie głośno się przechwalać. Może to próba wyłudzenia komplementu: powiem, że jestem brzydka, a ty szybko zaprzecz! Może to działanie magiczne, próba zaklinania rzeczywistości/losu: jak będę często powtarzać, że jestem głupia, brzydka i nieciekawa, to los zostawi mnie w spokoju, a złośliwego psikusa zrobi komuś kto kłuje w oczy swoim (samo)zadowoleniem i szczęściem. No taki, to aż się prosi! Może to kwestia charakteru i osobowości: gdy widzi się świat w krzywym zwierciadle, wiecznie dowcipkuje, ironizuje, to trudno przestać w odniesieniu do samego siebie i nagle zacząć traktować się poważnie. Toż to czysta bufonada!

Owszem. Kabotyni podkreślający każde swoje, excusez le mot, pierdnięcie, chwalący się na lewo i prawo najmniejszym choćby osiągnięciem i powtarzający w kółko: ja, ja, ja, budzą we mnie obrzydzenie. Muszę jednak - choć niechętnie to czynię - przyznać, że ich życiowa strategia sprawdza się lepiej. Są znacznie bardziej doceniani, zauważani i szanowani.

Gdy ktoś stale umniejsza swoje zalety, przedstawia się w złym świetle, pomija swoje zasługi, to raczej nie doczeka się, że świat zakrzyknie: chwileczkę! przecież ta pani jest taka mądra i fajna! Świat ze spokojem przyjmie informację, że jesteś głupia, brzydka i nieciekawa. I pójdzie podziwiać kogoś, kto wytrwale promuje samego siebie. Nawet jeśli, między nami mówiąc, ów ktoś zupełnie na podziw nie zasługuje. Co zrobić, świat to dziwka.

No dobrze, ale CO ROBIĆ? Gdzie się podziać ze sobą, gdy człowiek pragnie unikać niezdrowego samozachwytu, ale też nie chce już dłużej tkwić w toksycznej relacji z samym sobą i podtruwać się własnym jadem? Ponieważ udało mi się zrobić kilka małych kroczków na tej długiej i wyboistej drodze do uzdrowienia stosunku do samej siebie, to pozwolę sobie przedstawić wnioski, do których przy okazji doszłam.

1. Skoro okazujemy szacunek innym ludziom, to siebie też powinniśmy traktować z szacunkiem. Czy komuś innemu okazalibyśmy tyle lekceważenia i pogardy, które tak łatwo nam przychodzą w stosunku do siebie?

2. Dziękujmy. Nie tylko za komplementy pod naszym adresem, ale też po prostu wyrażając podziw i wdzięczność wobec innych. Docenianie innych stwarza przestrzeń na docenienie siebie.

3. Mówmy o tym, co nam się udało i podkreślajmy mocne strony. To żaden obciach zauważyć, że coś się zrobiło dobrze! Nie trzeba się chwalić i stawiać sobie pomniczka za życia, ale w tonie całkiem rzeczowym zauważyć, że hej! to ja i mój wkład w rzeczywistość.

Jednak źle się czuję wpadając w ten kaznodziejski ton - zbyt wiele mam do siebie dystansu, by móc uznać swą misję i boskie posłannictwo. Nie grozi mi więc zostanie modną trenerką rozwoju osobistego, ale myślę, że skoro wykonałam jakiś kawałek pracy nad sobą, to mogę się nim podzielić. Widzę bowiem korzyści, płynące z takiej zmiany. I nie chodzi nawet o moje korzyści (jako nie-trenerka nie będę nikogo namawiać, by został "zwycięsco" - to czysty idiotyzm).

Mam wrażenie, że gdy jestem lepsza dla siebie, to moim bliskim też jakoś ze mną łatwiej. A w końcu to właśnie jest (powinno być) motywacją do pracy nad sobą: myśl, że ludziom, których kochamy (partnerom, dzieciom, rodzicom, przyjaciołom) będzie z nami lepiej.