Romanse to książki dla głuptasek? A więc jestem głuptaską!

Podobno lepiej nie chwalić się publicznie lekturą "50 twarzy Greya". Bo grafomania i gniot. A może każdy rodzaj literatury jest dobry, jeśli szybko zrobi nam dobrze? W ten lub inny sposób.

Coraz więcej pisarzy, coraz mniej czytelników (rys. Magda Danaj) Coraz więcej pisarzy, coraz mniej czytelników (rys. Magda Danaj)

Nie lubię literatury kobiecej. Nawet tego pojęcia nie lubię, denerwuje mnie. Pisząc o gniocie napisanym przez kobietę, krytycy literaccy zwykli używać tego eufemizmu, by delikatniej uzasadnić kwalifikację książki do literatury popularnej. Jakby gniot nie był po prostu gniotem; po co te płciowe etykietki? Ale tak jest ładniej, owijając w bawełnę nie obraża się ani autorek, ani czytelniczek. Bo wiecie, kobiety są wrażliwe i mogą strzelić focha.

Moja perspektywa jest nieco skrzywiona, ponieważ czytam przede wszystkim science-fiction. Już w szkole podstawowej pokochałam Bułyczowa, gładko przeszłam do Heinleina i Lema, a dzisiaj myślę o moich czytelniczych preferencjach jak o pewnym uzależnieniu, ponieważ bardzo trudno jest mi sięgnąć po jakąkolwiek pozycję spoza nurtu SF. Zdarza mi się to niezwykle rzadko, z musu lub kiedy mam doła. I co wtedy czytam? Gnioty. Literaturę popularną. A konkretnie - romanse.

Nie śmiać się. To moje katharsis. Mój oficjalny coming out. Co prawda już jakiś czas temu przestałam owijać okładki takich wstydliwych lektur, aby nikt nie podejrzał ambarasującego tytułu, ale pierwszy raz przyznaję się do tego publicznie. Tak, nadal twierdzę, że nie lubię "literatury kobiecej". Po prostu kiedy jest mi źle, nie mam ochoty na Eganowskie zabawy mechaniką kwantową czy cyberpunkowe rozważania Dukaja. W takich chwilach potrzebuję prostych emocji i nieskomplikowanego języka. I romanse mi to dają.

Książka, kocyk i herbatka Książka, kocyk i herbatka (fot. Viktor Hanacek / picjumbo.com)

Pod koniec ciąży byłam wielka i brzydka jak kaszalot. W każdym razie tak się czułam. Przytyłam 20 kilogramów, stopy i dłonie miałam kształtne jak balerony, nie cieszyły nawet cycki o cztery rozmiary większe niż normalnie. Walnęłam w kąt ponury "Hyperion" Simmonsa i zażądałam od przyjaciółki dostarczenia sensowniejszej lektury. Tak zaczęłam czytać sagę "Zmierzch". Najlepiej dobrane antydepresanty nie byłyby lepsze! To było jak objawienie, najgenialniejszy ratunek z możliwych. Słabość do SF i fantasy pozwoliła mi natychmiast zaakceptować kretyński w gruncie rzeczy pomysł ze świecącymi wampirami. Nawet ewidentne niedostatki pisarskiego warsztatu Meyer nie psuły mojego zachwytu wymyśloną przez nią bajką.

Tego rodzaju literatura naprawdę nie musi być głęboka. Wymaganie od każdej książki by była warta nominacji do nagrody Nobla jest absurdem. To jak oczekiwać, że reklamowy filmik powinien być godny Oskara, a piktogramy w galerii handlowej - prezentacji w muzeum sztuki nowoczesnej MoMA. Wszystko ma swoją funkcję. Nawet grafomańskie romanse. Zdaję sobie sprawę, że istnieje wiele pięknie napisanych książek o miłości. Ale zrozumcie mnie dobrze - jak mam wkurw na świat albo okres, albo jedno i drugie, nie mam ochoty na wysublimowany czterodaniowy obiad w restauracji, tylko na Snickersa. Albo dwa. Na sofie, pod kocykiem.

Dlatego nie śmieję się, gdy znajoma mówi, że podobało jej się "50 twarzy Greya" , nawet jeżeli ja przez tę książkę nie przebrnęłam. Całkowicie rozumiem koleżankę, która zapomniała o świecie czytając "Obcą" (och, faceci w kiltach!). Czasami potrzebujemy rzeczy, które łatwo i szybko zrobią nam dobrze. W ten lub inny sposób... A do takich wstydliwych przyjemności należy między innymi czytanie romansów.

I nagle cisza. W wyobraźni
Świat słów mych staje żywy;
Dziewczęta są w krainie baśni,
Już ich nie dziwą dziwy
I może świat baśniowy jaśniej
Im świeci niż prawdziwy

(Lewis Carroll, "Alicja w krainie czarów" w przekładzie Antoniego Marianowicza)