Co ja zjadam? Szybka rybka po japońsku

Są w życiu takie sytuacje, że człowiek przychodzi do domu głodny, a pod ręką znajduje wyłącznie brak sensu, rachunki za prąd i puszkę sardynek. Dziś zdradzę, jak zrobić z tego coś pysznego.

Jak mawiał trener Piechniczek: dobra selekcja stanowi połowę sukcesu. Gdy jest nam głodno i nie mamy czasu na zamawianie fast foodu, musimy natychmiast dokonać kilku prostych obliczeń. Bierzemy więc stałą Plancka i stałą Feigenbauma, wrzucamy je do dzbanka, zalewamy wrzątkiem i obserwujemy bifurkację. Gdy już odnotujemy skoki intermitencyjne pomiędzy studniami potencjału wymuszonego, wywołane kryzysem, możemy zająć się gotowaniem.

Powiesz, że to rosół, a tymczasem to ryba z puszki w jakimś dziwnym sosie; fot. Dominika Węcławek Powiesz, że to rosół, a tymczasem to ryba z puszki w jakimś dziwnym sosie (fot. Dominika Węcławek)

Pierwszym składnikiem będą rachunki za prąd. Odkładamy je w miejsce bezpieczne, ale widoczne, gdyż niezależnie od tego jak bardzo będziemy się upierać, nie strawimy celulozy tak długo, jak długo nie staniemy się kozami. Skuteczna przemiana w kozę natomiast nie nastąpi bez uprzedniego skorzystania z prądu.

Aby wykonać dalszą część preparacji potrzebne będą następujące składniki:

- makaron somen (taki japoński biały, trochę al dente, smaczny)

- puszka sardynek w oliwie (bo tak jest smaczniej i szybciej)

- sos ostrygowy (był na promocji w dyskoncie)

- wino czerwone (gruzińskie, bo smaczne i tanie)

- zioła prowansalskie z solą i z  pieprzem (najlepiej w młynku, sprzedają takie w dyskoncie, ale innym)

- świeży rozmaryn - lubczyk (może być świeży, może być mrożony, suszony raczej odpada, bo tak)

- czosnek (może być granulowany, ja się nie obrażę)

Założę się, że potrzebne było coś jeszcze, ale najwyżej wam się nie uda i tylko ja będę się cieszyć pysznym daniem z sekretnym składnikiem Kung Fu Pandy.

Dodatkowo przydadzą się naczynia, bo trudno to wszystko gotować w rękach, sami powiedzcie. Naczynie A zwać będziemy dalej garnkiem. Naczynie B nazwiemy patelnią. Do garnka nalewamy wody, zagotowujemy ją i za pomocą zawartego w niej wrzątku przemieniamy makaron somen z opcji "surowy" w opcję "ugotowany". Tylko ostrożnie, lepszy niedogotowany, niż zmieniony w mamałygę.

Zapewne od zarania dziejów nurtuje was pytanie o to ILE. Na przykład: ile jeszcze będę żyć, ile centymetrów powinien mieć idealny penis, ile jeszcze będziemy jechać tą wyboistą drogą albo na przykład ile tego makaronu. Otóż odpowiedź na ostatnie pytanie jest banalna: wersja jednoosobowa zakłada ugotowanie go tyle, ile trzeba na jedną osobę.

Do naczynia B zwanego patelnią wrzucamy całą zawartość puszki sardynek, następnie wlewamy dwie duże łyżki sosu ostrygowego, czosnek, rozmaryn i te inne duperele, grzejemy, grzejemy, grzejemy. Dolewamy wina. I grzejemy.

Makaron somen oddzielamy od wody, wrzucamy go na patelnię do rybki, mieszamy, czekamy aż trochę odparuje woda, ET VOILA!

Było tak smaczne, że zdjęcia dania na talerzu nie posiadam. Przepraszam. fot. Dominika Węcławek Było tak smaczne, że zdjęcia dania na talerzu nie posiadam. Przepraszam (fot. Dominika Węcławek)

Danie gotowe. Skoro już omówiliśmy temat szybkiego dania, które de facto przygotowuje się dokładnie tyle, ile trwa ugotowanie makaronu, to możemy porozmawiać o sprawach fundamentalnych, a mianowicie jaki jest wasz stosunek do zasady nieoznaczoności Heisenberga.