Zrób sobie przysługę i naucz się płakać. Będziesz zdrowsza

Ten, kto pierwszy wpadł na pomysł, że tłumienie łez to oznaka siły psychicznej, powinien teraz całą ludzkość błagać o wybaczenie. Płacz to nie tylko naturalna potrzeba, ale i najprostsza droga do wewnętrznej harmonii. Dlaczego więc uparcie zamykamy się emocjonalnie na wszystkie spusty?

Płacz, płacz... (rys. Magda Danaj) Płacz, płacz... (rys. Magda Danaj)

Odkąd pamiętam łzy są stałym elementem mojej codzienności. Można powiedzieć, że lubię płakać i - jak na doświadczoną beksę przystało - mam bardzo szerokie spektrum i urozmaicony repertuar. Wielogodzinne wycie zostawiam na specjalne okazje, ale na ekspresowy szloch jestem gotowa o każdej porze dnia i nocy. Bardzo cenię sobie też ukradkowe łezki. Nie ma dnia, żeby nie zaszkliły mi się oczy.

Płaczę na widok pary staruszków spacerujących pod rękę, wciąż zachwyconych wzajemnym towarzystwem. Płaczę, gdy mijam brzdąca, który snuje się za grupą "fajnych" dzieciaków ze szkolnym workiem smętnie szurającym o chodnik. Wystarczy jedna rzewna scena z filmu w dziewięćdziesięciu procentach złożonego z beznamiętnego mordobicia, żebym wypłakała morze łez. Łkam, bo zachwycają mnie przebiśniegi i promienie słońca na mokrym asfalcie. Pociągam nosem, bo wzrusza mnie głos Reginy Spektor. Ryczę, bo za za Chiny nie mogę się dopiąć w ulubionej sukience. Wzruszam się, bo pan kasjer w spożywczym był niespodziewanie życzliwy. Podejrzewam, że nawet z nudów mogłabym się spłakać. Nie ma takich okoliczności, w których nie pozwoliłabym sobie na łzy.

Zdarzyło mi się rozryczeć o drugiej w nocy w klubokawiarni (wcale nie w kiblu, tylko przy barze), jak również w autobusie linii 504 i na orbitreku. Kiedy coś mnie dotyka czy porusza, ostatnią rzeczą o której myślę jest szukanie odosobnienia. Nie mam takiej potrzeby i szkoda mi na to energii. Nawet w towarzystwie płaczę bez skrępowania. A ściślej mówiąc - bez własnego skrępowania, bo z cudzym bywa różnie.

Kiedy jako pięciolatka wyłożyłam się na schodach i zaryłam mleczakami w granit, odruchowo poryczałam się z oszołomienia i bólu. Usłyszałam wtedy, że mam "nie przesadzać i przestać się mazgaić bo wyjdę na beksę". Wiele lat później, na szkockim lotnisku mój były chłopak wymamrotał na pożegnanie "tylko nie płacz, proszę cię!" - tak jakby kilkumiesięczna rozłąka nie była oczywistym powodem do łez. Doskonale pamiętam kilka morderczych awantur, w których mój nagły wybuch płaczu był natychmiast wyśmiewany jako bezwstydnie nieczyste zagranie, bo w bitwie na mocne argumenty nie ma przecież miejsca na coś tak niemerytorycznego jak szloch. Płacz wywołuje wiele reakcji, ale większość z nich oscyluje pomiędzy zniecierpliwieniem, zażenowaniem, a paniką. Z jakiegoś powodu ludzie cholernie boją się łez. Od cudzych straszniejsze są im tylko ich własne. Tłumienie ich to niekwestionowany powód do dumy. W głowie mi się to nie mieści!

Bo tylko dzieciom wypada płakać? (fot. Pixabay.com CC0) Płacz - na zdrowie (fot. Pixabay.com CC0)

Za każdym razem kiedy ktoś pełnym satysfakcji tonem wypowiada słowa "miałam/em ochotę się rozryczeć, ale na szczęście się powstrzymałam/em", mam ochotę głośno krzyczeć. Czy mało jest ogólnodostępnych powodów do samozadowolenia, z których możne skorzystać każdy człowiek? Można przecież iść i wtachać na piąte piętro zakupy staruszki z sąsiedniej klatki. Można przebiec półmaraton. Można uratować wróbelka ze złamanym skrzydełkiem albo nauczyć dziecko jeździć na dwóch kółkach. Według jakiej logiki zasuszanie swoich uczuć na wiór i emocjonalna mumifikacja to równie chlubne osiągnięcie?

Zgoda, płacz zawsze miał słabą reputację. Z tradycyjnego punktu widzenia nawet jedna łza wystarczyła, by mężczyzna stał się niemęski, a kobieta dorobiła się łatki histeryczki. No, ale mamy dwudziesty pierwszy wiek i już wiadomo, że w ciele i umyśle nic nie ginie, a tłumione łzy lubią powracać w postaci rozdygotanych rąk albo przygarbionych pleców. Kto więc jeszcze wierzy, że dobrze jest się zakisić i nigdy nie uronić ani łezki? Komu wciąż przechodzi przez gardło tekst: "tylko błagam cię, nie rycz!"?

Nigdy nie zrozumiem tej ogólnej awersji do płaczu, bo sama, jako osoba z naturalną skłonnością do emocjonalnego tornado, traktuję łzy jako szybką drogę do równowagi wewnętrznej. Mogłabym całymi miesiącami wściekać się, pieklić i obrażać albo odwrotnie - osiągać niezdrowe poziomy euforii czy ekscytacji. Ale ja wolę uronić zbawienną łezkę i natychmiast odzyskać upragniony spokój. Istnieje, rzecz jasna, pięć tysięcy sposobów by oczyścić się z nadmiaru emocji. Jest alkohol, jest wyżeranie całej zawartości lodówki, ciskanie talerzami w podłogę, butami w ścianę albo pięściami w worek treningowy. Mam wrażenie, że ludzie tak bardzo potrzebują sobie ulżyć, że niedługo zaczną zagryzać czystą wódkę szarlotką, ale w żadnym wypadku nie skuszą się na na najprostszy, najzdrowszy i najłatwiej dostępny mechanizm - porządny, szczery płacz. Rzecz w tym, że pewne metody (np. kieliszek czerwonego wina na rozluźnienie albo okazjonalne pieprznięcie łapą w blat stołu) są względnie społecznie akceptowalne, a za to łzy to wciąż potężne faux-pas. Nie można płakać, bo nie wypada. Bo ludzie krzywo patrzą. Bo spłynie makijaż, spuchną powieki. Bo cały świat weźmie nas za niezrównoważonych.

Czasem mam wrażenie, że całą instytucję płaczu interpretujemy na opak. Wszystko nam się pokręciło. A przecież łzy - o ile nie stanowią istoty naszego życia - to oznaka nie słabości, a zdrowia psychicznego. Powstrzymywanie ich ma tyle samo sensu co mamrotanie pod nosem "nie zrobię siku, nie zrobię siku!". Skoro potrafimy wsłuchać się w swoje ciało na tyle, żeby dać mu jeść, gdy burczy w brzuchu i położyć spać, gdy dopada zmęczenie, to dlaczego nie płaczemy kiedy każdy centymetr ciała uprasza się o łzy? Mam wrażenie, że gdyby każdy człowiek choć raz w życiu porządnie się spłakał, to na własnej skórze przekonał się, że łzy przynoszą nie tylko nieelegancką opuchliznę, ale przede wszystkim wielką ulgę i rozluźnienie. Być może wtedy z naszych słowników raz na zawsze zniknęłoby to wstrętne, karcące "tylko proszę cię, nie płacz!", a na jego miejsce wskoczyłoby zwyczajne, proste "płacz ile wlezie, na zdrowie!"