Po co posyłać dziecko na lekcje religii, jeśli jest się niewierzącym?

Czy uczestnictwo dzieci w lekcjach religii, to w katolickim kraju wolny wybór czy przymus? Dlaczego niepraktykujący rodzice posyłają dzieci na religię - z konformizmu, dla świętego spokoju czy na wszelki wypadek?

Dziecko na lekcji religii. Wolny wybór czy konformizm? Religia czy etyka - problem wielu rodziców (fot. Pexels.com CC0)(fot. BenjaminMiller2651 / freerangestock.com)

Wszystko na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo proste - katoliccy rodzice mogą posyłać swoje dzieci na religię, a niewierzący nie muszą, ponieważ istnieje alternatywa, czyli lekcje etyki. Nie powinno być żadnych wątpliwości, żadnych dylematów, prawda?

A jednak spora grupa rodziców ma problem. Nie są wierzący lub owszem są, ale mają powody, by nie mieć wiele wspólnego z instytucją kościoła katolickiego w jego obecnej formie. Decydują się na swoisty coming out i wybierają dla swoich dzieci etykę. A wtedy zaczynają się schody.

Dziecko na lekcji religii. Wolny wybór czy konformizm? Etyka w szkołach często traktowana jest po macoszemu (fot. Jack Moreh / freerangestock.com)

Każda szkoła ma obowiązek zapewnić swoim uczniom możliwość brania udziału w lekcjach etyki, ale cała reszta, czyli dostępność, logistyka, kształt planu lekcji - to zupełnie osobna sprawa. Ponieważ, statystycznie rzecz biorąc, etyką zainteresowana jest ciągle mniejsza liczba uczniów niż religią, przedmiot ten jest w wielu placówkach oświatowych traktowany po macoszemu. Bardzo często lekcja etyki nie odbywa się w tym samym czasie co lekcja religii, tylko pod koniec dnia, kiedy pozostałe dzieci mają albo zajęcia fakultatywne, albo po prostu idą do domu. A co podczas religii robią dzieci na nią nie zapisane? Czasami i tak są nią na zaganiane (niezależnie od deklaracji rodziców), jednak przeważnie odprowadzane są do świetlicy lub na dowolną lekcję do innej, równoległej klasy.

Kto ma w domu malucha w wieku przedszkolnym lub wczesnoszkolnym doskonale wie, jak tego rodzaju sytuacje odbierają dzieci w tym wieku. Dla nich to ogromny stres oraz stygmatyzacja. Małe dzieci nie chcą być oryginalne - one pragną być chwalone przez nauczyciela, pragną być takie jak koledzy. Oczywiście, jeżeli na etykę chodzi wielu uczniów, tego kłopotu nie ma, ale najczęściej, szczególnie w małych miejscowościach, na religię uczęszcza zdecydowana większość klasy, a na etykę pojedyncze osoby. Bywa, że to troje, dwoje dzieci lub zaledwie jedno dziecko. I ono nie rozumie, mimo tłumaczeń, dlaczego nie jest z resztą grupy, nie mając wsparcia ze strony szkoły, czuje się źle, czuje się odrzucone. Co więcej, zdarza się, że klasa zaczyna postrzegać takiego kolegę jako kogoś "innego", a "inny" w tym wieku oznacza najczęściej "gorszy". Dlatego wielu rodziców decyduje się zignorować własne poglądy i mimo wszystko posłać dziecko na religię.

Jednak obarczanie szkoły winą za konformistyczną postawę dorosłych byłoby sporym niedopowiedzeniem. Rodzice także boją się ostracyzmu. Żyjemy w Polsce, w takim a nie innym układzie politycznym, wybór dla dziecka etyki zamiast religii przez niektórych jest postrzegany jako afiszowanie się, prowokacja. Niewygodne to trochę, no i "co ludzie powiedzą".

Często zastanawiam się, jaki procent dzieci uczęszczających na religię, ma prawdziwie wierzących rodziców. Nie takich co to w kościele bywają jedynie na ślubach i pogrzebach, a o dekalogu, zarówno jego słowach jak i zasadach, zapomniało dawno temu. Lub też takich co chcą, by ich potomstwo zaliczyło sakramenty dla, nomen omen, świętego spokoju. Nie wiem jaki to procent, ale obawiam się, że mógłby okazać się zaskakująco niewielki.

Dziecko na lekcji religii. Wolny wybór czy konformizm? Dzieci uczą się życia, obserwując rodziców (fot. Pexels.com CC0)

90% mieszkańców Polski to katolicy. Co prawda zaledwie połowa z nich praktykuje, jednak mimo to Polska uważana jest za państwo na wskroś katolickie, a próby negowania tej opinii, szczególnie po ostatnich wyborach, są proszeniem się o kłopoty.

Podobnie kłopotliwe jest publiczne rozważanie dylematów związanych z posyłaniem dzieci na szkolne (a także przedszkolne) lekcje religii. Tak, oczywiście, konstytucja gwarantuje nam prawo do wolności wyznania i sumienia, a konwencja o prawach dziecka doprecyzowuje, że prawo to dotyczy również małoletnich, ale teoria to jedno, a praktyka - drugie.

Jaki jest sens posyłania dziecka na religię, jeżeli samemu nie jest się praktykującym katolikiem? Przecież to nic innego jak nauka hipokryzji. Taki kurs dla początkujących. Dzieci są mądre i spostrzegawcze, szybko wychwycą niespójność postępowania dorosłych. I albo zwątpią wtedy w autorytet rodziców, albo autorytet szkoły. Ani jedno, ani drugie nie wyjdzie im na dobre.

Każdy ma prawo wyboru. Warto bronić własnych przekonań, warto być konsekwentnym. Dzieci wychowuje się przede wszystkim własnym przykładem - dobrze by wiedziały, że konformizm jest kiepskim sposobem na życie.