7 powodów, by nie bać się utraty pracy ani innych życiowych katastrof

Czarny demon porażki powoli się zbliża. Z nerwów boli cię brzuch, czujesz, że za moment wszystko się zawali. Wyleją cię z roboty, facet znajdzie inną albo jakieś marzenie rozpadnie się w pył. Wyluzuj. Jak się to już stanie, to... potem będzie tylko lepiej.

Porażka to żaden koniec, to nowy początek (fot. Pexels.com  CC0/Ed Gregory)

Pamiętacie ostatnią scenę z filmu Grek Zorba? Wznoszona tygodniami budowla wali się, wszyscy uciekają, a dwaj główni bohaterowie najpierw patrzą z przerażeniem, potem się śmieją, a na koniec tańczą. To jeden z bardziej optymistycznych obrazów, i jaki życiowy!

Tak, miałam tak, miałam. Nasza firma zmieniła właściciela. Ten nowy zamierzał obsadzić ważne stanowiska swoimi ludźmi, a ja wtedy jeden jedyny raz w życiu byłam na dość ważnym stanowisku. Wychodziło mi więc jak dwa plus dwa jest cztery, że polecę na pierwszy ogień. Ale nie chciałam się poddać bez walki. O, jak ja walczyłam! Siedziałam do nocy w robocie, każde słówko obracałam po dziesięć razy w palcach i pokornie znosiłam połajanki nowej szefowej - nie mówiąc o tym, że zdarzało się, iż byłam brana na dywanik z powodu tego, co "doszło do uszu kierownictwa" podczas wizyty w toalecie (w tej pracy, której utraty tak się bałam, donosicielstwo kwitło). Kazano mi poprawiać pracę osoby X, a osobie X mówiono, że wykonała ją perfekcyjnie - prosty sposób na to, żeby ludzie przestawali się z tobą liczyć. Dzień po dniu, umierałam ze strachu, w głowie mi się od tego mieszało, ale jeszcze się trzymałam. Aż wreszcie przyszedł dzień, w którym usłyszałam, że albo będę umiała zwolnić koleżankę, z którą pracowałam przez ostatnich kilka lat, albo do tej roboty się nie nadaję. Jednym słowem może i mnie nie wywalili, za to zadziałali sprytniej: sprawili, że wywaliłam się sama.

Wróciłam tego dnia do domu i rozważyłam wszystko starannie. Po jednej stronie był kredyt, rachunki, miłe przyzwyczajenia życiowe, gwarancja korzyści, jakie daje bycie w strukturze korporacji. Po drugiej - totalna niepewność i ta koleżanka, którą miałam zwolnić.

Powiedziałam panu B. że co on na to, iż pójdziemy z torbami? A pan B. na to: "Niech twoja noga więcej nie przestąpi progu tego miejsca". To jest mąż, co nie?

Wpuściłam więc katastrofę do środka. Była praca - nie ma pracy. I zdumienie: świat się nie skończył i jakby nagle nabrał kolorów. Po raz pierwszy od wielu miesięcy poszłam przed południem na spacer. Akurat kwitły jabłonie, a niedaleko mnie jest taki stary, opuszczony ogród. No i ból brzucha - zniknął. A jak już wyplułam z siebie wszystkie złe emocje, wróciła mi jasność umysłu i pojawiło się kilka ważnych wniosków. Oto one.

1. Wali się? Nie czarujmy: najczęściej są powody

Tak jak w tym Greku Zorbie: konstrukcja się zawaliła, bo była wadliwa. W moim przypadku było podobnie: nie miałam cech osobowości, które sprawdzają się w tej firmie i na tym stanowisku. To nie była robota dla mnie.

2. Co za poczucie wyzwolenia!

Twoja pierwsza korzyść po katastrofie. Przestajesz się spinać. Strach odchodzi. Jakie to wyzwalające! Nic ci nie ciąży. Trochę jak w tym haiku autorstwa Masahide:

Mój dom spłonął
I już nic
nie zasłania mi księżyca.

Dlatego odpocznij chwilę. Pomyśl. Tym bardziej że...

3. Zyskujesz nowy czas

Możesz pobyć ze sobą, iść na spacer. Ruszyć się! Jak ktoś czyta poradniki psychologiczne, to wie, że jak człowiek idzie, to mu się lepiej myśli, wpada na więcej pomysłów. Nie bez powodu wielcy pisarze - tak, na przykład Tołstoj - dzień pracy rozpoczynali od przechadzki.

4. Najważniejsze: możesz przestać się bać i zacząć działać

Moja babcia, kiedy jej dzieci panikowały, że coś złego może się stać, powtarzała niezmiennie: to jak już się stanie, będziemy się martwić. Trudno osiągnąć taki stan świadomości, dopóki człowiek nie zaliczy jakiejś poważnej życiowej przewrotki. Ale jak już się ją zaliczy, to się wie, że strach przed katastrofą jest dużo gorszy niż sama katastrofa. Bo jak ona nastąpi - to przecież nie kładziesz się i nie umierasz, tylko zaczynasz kombinować, coś robić, szukać, organizować życie na nowo.

5. Tym razem zrobisz to lepiej

No właśnie - jak się wszystko zresetuje, to można przekuć złe doświadczenia i dokonać lepszych wyborów. Ja wiedziałam, że nie chcę już wielkiej korpo. Przeformułowałam swoje życie zawodowe w taki sposób, żeby mieć więcej zadowolenia. To owocuje: zyskałam czas na realizację marzeń. Poszłam do szkoły, o której marzyłam. Zaczęłam pisać książki.

6. Wiesz, że i następnym razem sobie poradzisz

Oczywiście, teraz też czasem ogarnia mnie niepokój: co by było, gdybym znowu straciła pracę. W sumie strach to rzecz fizjologiczna, trudno nad tym panować. Ten mój jest jednak niczym w porównaniu z tamtym uczuciem paniki. Ono mnie opuściło, mam nadzieję, że na zawsze. Dlaczego? Bo to przećwiczyłam. Poradziłam sobie raz, poradzę sobie i kolejny.

7. Czasem nie warto czekać na katastrofę

Po prostu - skacz!