Idź stąd, bądź brzydka gdzie indziej - o paskudnej przypadłości, która niszczy mi życie

Są takie dni w moim życiu, że pomóc może tylko siedzenie w samotni, z dala od ludzi i lusterka. Dni takie naznaczone są apatią i zniechęceniem, a wszelkie działania i tak nie przynoszą upragnionego rezultatu. To czas, kiedy na twarzy pojawia mi się opryszczka.

Wiecie jak to jest, ważne wydarzenie, spotkanie w interesach albo randka i wtem na waszej twarzy pojawia się TO.

TO dzielimy na wersje łagodne jak i te złośliwe, które dojrzewają dniami niczym pomidor na krzaczku. Oczywiście towarzyszy temu ból, cierpienie i osłabienie kondycji psychicznej. Wiecie już o czym mówię? Tak, mówię o opryszczce, zwanej potocznie zimnem.

Fot. Shutterstock/ wirus opryszczkiFot. Shutterstock

Opryszczka to ohydne słowo, ale idealnie oddaje ohydę, jaka wyskakuje mi na twarzy. Życie z gulą jest bardzo bolesne i do tego nie można się całować. "Zimno" najczęściej pojawia się na nosie albo na ustach, ale są też inne miejsca na ciele, gdzie to cholerstwo może nas zaatakować. W moim przypadku jest to broda.

Wirus objawia się w całej okazałości średnio co 2-3 miesiące, a jego leczenie trwa do tygodnia. Później zostaje strup, którym zanim zejdzie oznajmia całemu światu, że niestety nie jestem doskonała. Co za peszek.

Początki są zawsze takie same. Na brodzie zaczyna pod skórą rosnąć wielka gula, która z każdą godziną jest coraz większa i coraz bardziej bolesna. Dotknięcie jej powoduje, że w oczach pokazują mi się łzy.

Przeczytałam już chyba cały Internet porad jak radzić sobie z tym wirusem i nadal przegrywam bitwy. To jest dokładnie tak samo jak ze zwykłymi pryszczami. Człowiek został pokonany i powinien swoją porażkę znosić z godnością, jak starość. Ale komu to się w pełni udaje?

Kilka lat temu, stosowałam na wirusa taką metodę: Jak byłam w domu, to szykowałam okład z polopiryny, lub aspiryny i taką papką (odrobina wody i lek) smarowałam zakażone miejsce i zaklejałam wszystko plastrem. Używałam plastrów z super bohaterami, bo wierzyłam, że ich moc spłynie na moją opryszczkę i ją pokona. Starałam się nie wychodzić z plastrem na brodzie poza swoje cztery kąty, bo jak wiadomo, ludzie wyłapią taki widok szybciej, niż krostę. Nie jest mi potrzebne zainteresowanie innych, a już szczególnie w okresie, w którym wyglądam jak troll i chcę zapaść się pod ziemię.

Kilka razy zapomniałam jednak odkleić plasterek i paradowałam tak po ulicach, sklepach czy na spotkaniach ze znajomymi. Zawsze padało wtedy pytanie - co mi się stało, czy zacięłam się podczas golenia, czy może przywaliłam brodą w coś. Tłumaczenia, że to "tylko" opryszczka zawsze łączyło się z uczuciem upokorzenia. No i ten wyraz wstrętu na twarzy rozmówcy, brrr!

Wiadomo, że opryszczka jest zaraźliwa, więc ludzie zaczynają się do ciebie odwracać plecami, popychają cię patykiem mówiąc - idź stąd, bądź brzydka gdzie indziej. No nie ma się co dziwić, że tak właśnie społeczeństwo reaguje na "zimno", przecież nie ma w tym nic ładnego. Pokonana przez wirus wracałam z powrotem do domu, gdzie ubolewałam nad swoim losem, płacząc w poduszkę z napisem "kocham cię" (tutaj oszukuję, bo nie mam takiej poduszki, ale pasuje mi do historyjki).

Z domowych sposobów próbowałam również nakładać miód, olejek z drzewa herbacianego i czosnek. Nic nie pomogło. "Zimno" musiało sobie dojrzeć, zadać mi ból fizyczny i psychiczny i odchodziło, kiedy mu się podobało.

Łykałam leki na receptę, smarowałam "zimno" antywirusowym mazidłem i też nie pomagało mi w walce z tym paskudztwem. Kurcze, są szczepionki na zagrażające życiu wirusy, a na to jeszcze nie ma. Najgorzej. Może wirus przestanie mnie atakować po menopauzie. Jestem w tej grupie osób, w które "zimno" uderza podczas menstruacji, albo w PMS. Czyli jednak może warto się starzeć?

Miss Olgu, Foch.pl