Dlaczego zakochujemy się w facetach, którzy nigdy dotąd nas nie pociągali?

Całe życie randkujemy z brunetami, a przed ołtarz biegniemy z blondynem. Co sprawia, że pozornie niedobrane osoby szaleją na swoim punkcie? Może rządzi tym chemia, może kombinacja astrologiczna albo po prostu przypadek?

Czy naszym życiem rządzi miłosna chemia? fot. pixabay

Co sprawia, że zakochujemy się w takim, a nie innym facecie? Do wczoraj pociągali nas wyłącznie przebojowi bruneci o charyzmatycznej osobowości, a dziś nie widzimy świata za łagodnym i spokojnym blondynem.

Są teorie psychologiczne o tym, że fascynacja zależy od okoliczności życiowych i stanu emocjonalnego, w którym się, w danym momencie, znaleźliśmy. Czyli upraszczając, jeżeli jestem zmęczona i rozdygotana, to szukam spokoju i bezpieczeństwa w ramionach, dajmy na to, księgowego. Jak nudzę się i ogólnie brak mi wyzwań, to polecę w coś niezwykłego i niecodziennego - himalaista albo inny niebieski ptak będzie tu jak najbardziej na miejscu. Wszystko to podsypane feromonami sprawi, że się zakocham bez pamięci. Czy jednak jest jakieś inne - bardziej naukowe wyjaśnienie? Ja bym, mimo wszystko, chciała wiedzieć dlaczego raz tak, a raz siak.

Kiedy ktoś chce wiedzieć, jaki jest mój typ faceta przezornie odpowiadam, że go nie mam. Rzeczywiście patrząc wstecz, nie znajduję żadnego wspólnego mianownika dla moich byłych - poza tym, że leciałam na nich wszystkich równie energicznie. Do pewnego momentu otaczałam się raczej zbuntowanymi artystami o mrocznych duszach i nieco zagubionym spojrzeniu, by po latach odkryć, że równie fajnie jest spotykać się z kimś jaśniejszym, bardziej ustatkowanym i stabilnym emocjonalnie. Potem byli sportowcy, a potem - sama już nie wiem. Na pierwszy rzut oka i ucha panowie nie mają i nie mieli ze sobą nic wspólnego.

Jak zatem określić to, co nas pociąga, co sprawia, że unosimy się nad ziemią, a wszystko staje się ładniejsze i bardziej intensywne. Nagle okazuje się, że wcale nie zależy to od tego, co zwykle do tej pory uznawaliśmy za atrakcyjne, a co nie. Obiekt uczuć może być przeróżny, a nasze życie miłosne jest przewrotne i nieprzewidywalne.

Tytania ze Wikimedia Commons

Postanowiłam na pomoc wezwać amerykańskich naukowców (co by świat bez nich począł). Otóż jedna z nich - prof. Helen Fisher z Rutgers University, antropolożka i badaczka ludzkich zachowań twierdzi, że na to, czy pociąga nas brunet czy blondyn, prawnik, czy kulturysta wpływ mają procesy chemiczne zachodzące w naszych organizmach pomiędzy - serotoniną, dopaminą, testosteronem, estrogenem. Na tej podstawie podzieliła nas wszystkich na cztery typy - badaczy, dyrektorów, budowniczych oraz negocjatorów.

Badacz (szczególnie wysoka aktywność dopaminy) to osoba z fantazją, skłonna do ryzyka, ale powierzchowna w sprawach uczuć i niechętnie je analizująca. Budowniczy (nim rządzi serotonina) się raczej z nim nie dogada, bo jest konserwatywny i ostrożny ale za to bardzo opiekuńczy. Z kolei dyrektorzy jak sama nazwa wskazuje, idą ostro po swoje nie angażując się zbytnio (ich osobowością rządzi testosteron) są powierzchowni i raczej swobodni w sprawach seksu. Zatem nie dla nich negocjatorzy, którzy obdarzeni nadmiarem estrogenów posiadają ponad przeciętną intuicję, są altruistyczni i nastawieni do życia idealistycznie. Nie zawód, wygląd czy okoliczności rządzą zakochaniem, tylko czysta chemia.

A może miłość jest zapisana w gwiazdach? Pixabay

Teoria ciekawa i zajmująca - nawet jakoś tam uzasadniona naukowo, ale dla mnie tyle warta, co teoria o znakach zodiaku - zwłaszcza że poparłam ją własnymi badaniami empirycznymi, bo ja przynajmniej na sobie sprawdziłam, że co drugi to wodnik i że z bliźniakiem albo skorpionem to jednak nie będzie fajnie.

Ile raz zdumiewamy się nad doborem partnerów wśród naszych krewnych czy przyjaciół? Godzinami plotkowaliśmy o kwestii, co on ma w sobie? Dlaczego taki superkoleś ożenił się z taką myszką? Co ich ze sobą łączy? Przecież my nic takiego nie widzimy. Jessica Rabbit (żona królika Rogera) i Mr. Big (ukochany Carrie z "Seksu w wielkim mieście") twierdzili, że najbardziej kochamy tych, z którymi umiemy się śmiać. Coś w tym jest, ale przecież nie do końca, bo zakochujemy się też w neurotycznych mrukach i introwertycznych neurotykach - i to do szaleństwa.

Dalej nie wiem. Może to coś w gwiazdach, a może przeznaczenie? Może wszystko jest gdzieś zapisane w jakiejś księdze i żeby odnaleźć i docenić, trzeba przejść trzy bardziej lub mniej nieudane próby? Ale może najpiękniejsze z tego wszystkiego jest to, że nie wiemy i nigdy się nie dowiemy? Może wcale nie trzeba wiedzieć dlaczego, żeby się pięknie i szczęśliwie zakochać?