6 powodów, aby ze wszystkich możliwych pozycji seksualnych wybrać tę "na pieska"

Pozycja misjonarska jest najlepsza dla misjonarzy, a 69 było modne w 1969 roku. W 2016 roku mój prywatny ranking wygrywa pozycja "na pieska". I zamierzam was również do tego przekonać. Hau, hau!

Przeciwieństwa może się i przyciągają, ale nie w seksie (rys. Magda Danaj) Przeciwieństwa może się i przyciągają, ale nie w seksie (rys. Magda Danaj)

Pozycja "na pieska" od lat wiedzie prym w moim prywatnym rankingu pozycji seksualnych. Wiem, że nie jestem w tym przekonaniu odosobniona (choć każda przemęczona kobieta niekiedy przedkłada nad nią pozycję misjonarską lub każdą inną leżącą). Skąd taka popularność tej patriarchalnej pozycji w nowoczesnym, partnerskim świecie? Przynajmniej z sześciu powodów.

1. Gwarantuje naprawdę głęboką penetrację. Jest zatem jednym z najlepszych rozwiązań dla tych par, w których mężczyzna został wyposażony we wszystkie możliwe fizyczne przymioty poza solidnym prąciem. Silna stymulacja przedniej ścianki pochwy będzie jeszcze intensywniejsza moja droga, jeśli zamiast podpierać się łokciami swobodnie się położysz. Ach, niech twój żołnierzyk zabezpieczający tyły poczuje się co najmniej generałem! Zaręczam, że i ty przy okazji poczujesz satysfakcję z dobijania podbijania twoich lądów. Tak, ta pozycja ułatwia osiągnięcie orgazmu, także z powodu punktu numer 2 i numer 3.

2. Pozwala mężczyźnie wykorzystać dłonie na milion innych, frywolnych sposobów. Nie, nie mam na myśli oglądania RedTube'a na smartfonie. Chodziło mi raczej o swobodny dostęp do piersi, pośladków oraz dziurki, o której w towarzystwie mówi się szeptem lub najczęściej wcale. Możliwości praktycznie są nieograniczone, choć wskazany jest pewien rozsądek (przyłożenie niespodziewanego klapsa może nie zaowocować euforią partnerki). Panowie moi ukochani, jednorożcy najcudowniejsi, jeśli czujecie potrzebę podkreślenia swojej dominującej roli pokazując fizyczną przewagę, upewnijcie się, że wasza białogłowa też się w tym lubuje. No, chyba że ta noc ma być pierwszą i ostatnią.

3. Ułatwia pieszczenie łechtaczki. To arcyważny punkt dla tych kobiet, które o orgazmie pochwowym słyszały, czytały i... na tym się skończyło (ze statystyk wynika, że dotyczy to wielu z nas). Wystarczy lekko zmodyfikować pozycję, aby przynajmniej jeden niegrzeczny paluszek powędrował między uda. Twój albo jego. Nie tylko podczas wakacji żądajmy obsługi all inclusive.

4. Nie wymaga przesadnej (żeby nie powiedzieć, że żadnej) kondycji fizycznej. Bo są dni, kiedy samo przekroczenie progu sypialni jest wyczynem tak ogromnym, że na bardziej wymyślne działania sił już brak. Oczywiście, doskonale pamiętam, że ochoczo zachęcałam do ćwiczeń poprawiających wydolność i wydajność w alkowie (TU), w zasadzie wciąż zachęcam, ale są dni, kiedy z przyjemnością oddaję pałeczkę wodze facetowi. Do tego bezczelnie czerpię z tego przyjemność.

Albo szczerze, albo wcale Albo szczerze, albo wcale

5. Nie przeszkadza w snuciu niegrzecznych fantazji na temat uczestników innych niż aktualni. OK, wiem, część z was teraz się żachnie z oburzenia. Bo jak to?! Uprawiać seks z jednym, a myśleć o drugim? Well, niech pierwsza lub pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy w trakcie choćby myślą nie zboczył. Dopóki z ust nie wyrwie się imię kogoś kogo akurat - nawet obok - nie ma, wszystko pozostaje tylko między nami.

6. Uwalnia głowę z niepotrzebnych rozmyslań typu: "Czy mój biust jest wystarczająco sprężysty?". Wypięta pupa zawsze wygląda dobrze. Zawsze. Kwestia makijażu lub jego zupełnego braku przestaje być istotna. Wszystko przestaje być istotne.

Och, zaraz, nieprawda. Pozycja "na pieska" ma pewien feler. Dźwiękowy. Tak zwane bączki miłości (na forach określane bezwzględnie ordynarnym pierdzeniem z pochwy). Te nieprzyjemne wydarzenia są problemem tyle powszechnym, co zawstydzającym. I choć wśród porad oferowanych w sieci nie brakuje woskowych korków do uszu i playlist tuszujących niespodziewane efekty dźwiękowe, to poważnie rzecz traktując - najwłaściwiej jest rzecz uznać za naturalną. Taką, która  może się przydarzyć każdej kobiecie podczas energicznego, ekhm, pompowania. Może nawet powinno być powodem do dumy? Było tak dobrze, że... OK, poniosło mnie. Ale z pewnością przyznacie, że nie ma nic gorszącego w tym, że czasem spuścimy powietrze. Zwłaszcza z nadętego ego.

Więcej o: