Lato w biurze: jak nie popełniać grzechów przeciwko modzie?

Chłopcy z działu IT pokazują owłosione łydki w krótkich spodenkach, koleżanki z księgowości śmiało eksponują tęskniące za pedikiurem paznokcie w klapkach, a stażystkom widać pupę w ultrakrótkich szortach. Patrzę i już wiem, że nadeszło lato.

fot. Pexels.com CC0 fot. Pexels.com CC0

Jako przedstawicielka wolnego zawodu, pół-freelancerka i dziennikarka zajmująca się modą, jestem ostatnią osobą, która będzie nawoływała do rygorystycznego przestrzegania zasad dress code'u.

Nie znoszę konserwatywnych kostiumików, wychodząc z założenia, że nawet w krwiożerczej korpo można przebić szklany sufit w małej czarnej, a niekoniecznie w mundurku Angeli Merkel. Jednak najczęściej w okolicach maja odzywa się we mnie wewnętrzna ciocia cnotka, która nie chce oglądać piercingów w pępku, opalonego na solarce biustu ani nawet crossfitowych łydek.

Dziwi, a nawet oburza mnie latem dezynwoltura, z jaką modelki z Mordoru, przejście dla pieszych traktują jak swój wybieg. I nie zrozumcie mnie źle, cieliste rajstopy przyprawiają mnie o dreszcze, pensjonarskie pantofelki zostawiam pensjonarkom, a spodnium kojarzy mi się z panią konduktor.

Uważam jednak, że niezależnie od tego, jak gorąca jest atmosfera, podgrzewanie jej kusą bluzeczką jak z teledysku Spice Girls, może wywołać niepożądane efekty. I maślane oczy kolegów z biurka obok to skutek uboczny najmniej dotkliwy. Za znacznie bardziej bolesne reperkusje uważam przeziębione od klimatyzacji nerki, gęsią skórkę i dojmujące uczucie, że ubranie się jak na plażę nie oznacza automatycznego przeniesienia się w rajskie tropiki.

Jak więc, nie rezygnując z własnego stylu, przywitać nadchodzący sezon urlopowy za biurkiem? Dobranie odpowiedniego zestawu fizyką kwantową nie jest. Jeśli dżinsy, to niekoniecznie z trampkami i T-shirtem na młodszą siostrę, tylko z białą bluzką i balerinami. Jeśli spódnica przed kolano, to z kardiganem. Jeśli sukienka bez rękawków, to w zestawie z marynarką, którą można zrzucić, gdy tylko odbije się kartę. Do wyboru są jeszcze sukienki maksi, wszelkiej maści spodnie culottes, które pozwalają przewiewnie pokazać kostki, a nawet te najbardziej kwieciste, najbardziej wzorzyste, najbardziej festiwalowe sukienki, byle nie pokazywały pracownika, jak go pan bóg stworzył.

Dopuszczalne są nawet dresy, kolorowe sneakersy i bomberki. Jeśli włosy są umyte, skóra pachnąca a z torebki nie wystaje w połowie pusta butelka prosecco. Niby banał. Ale dlaczego w takim razie widuję na przystanku 402 pod biurowcem dziewczyny, które wyglądają jakby do pracy szły prosto z plaży nad Wisłą? Nie oceniając ich poziomu trzeźwości, a co za tym idzie, zaangażowania w pracę, można mieć tylko nadzieję, że zmieniły po drodze, gdzieś nad ranem, choćby T-shirt.

Gdy nie wiesz, co włożyć do biura, pomyśl, w co ubrałaby się Miranda Priestly/fot. mat. prasowe Gdy nie wiesz, co włożyć do biura, pomyśl, w co ubrałaby się Miranda Priestly/fot. mat. prasowe

A czego unikać? Open space to nie spring break, plan filmowy "Girls Gone Wild", ani nawet Plac Zbawiciela. Japonki, zwłaszcza te wypłowiałe od soli morskiej, zostawmy sobie na turnus w Juracie. Zawczasu do walizki spakujmy też dżinsowe szorty, żeby nie kusiło nas, żeby ocierać się nimi o szorstkie krzesła obrotowe. Podobny los powinien spotkać topy odsłaniające brzuch, mini, które stają się paskiem na biodrach, gdy zakładamy nogę na nogę, sukienki całkowicie odsłaniające plecy albo dekolt, których pod żadnym pozorem nie założyłybyśmy do kościoła.

W biurze częstym widokiem są, świetne skądinąd, dżinsy z dziurami, których jest więcej niż powierzchni materiału, ażurowych sweterków, spod których wystaje biustonosz od bikini, czy też prześwitujących małych białych, pozwalających zobaczyć białe majteczki. Patrząc na panie, które jeżdżą ze mną w windzie, zastanawiam się często, czy na 10. piętrze nie otworzono aby basenu, o którym nie wiem. Kosze piknikowe zamiast torebek, crocsy zamiast balerinek i rybaczki, których właściwie nie powinno się nosić nigdzie i nigdy, sugerowałyby, że wszystkim naraz ogłoszono urlop.

Od grzechów nie są wolni mężczyźni. Chociaż współczuję szczerze poważnym panom menedżerom, którzy przy trzydziestostopniowym upale pocą się w (nie zawsze lnianych czy uszytych z delikatnej wełny) garniturach, lepiej, żeby po dobrze wykonanej pracy zarzucili na ramiona marynarkę i podwinęli rękawy niż jak wujek na weselu przy biurku rozpinali swoje koszule z krótkim rękawkiem. Latem chłopaków częściej niż dziewczyny zawodzi instynkt higieniczny. Zwłaszcza gdy w kierunku pracy przemieszczają się na czas: rowerem, na rolkach albo biegiem. W takich wypadkach poleca się prysznic. Albo zmianę zawodu z finansisty na maratończyka. Odrębnym przypadkiem są wieczni chłopcy, których należy unikać nie tylko na randkach, ale także na naradach, negocjacjach i pertraktacjach. Latem są szczególnie podatni na pokusę założenia koszulki z Kapitanem Ameryką na spotkanie z klientem.

Jaki z tego morał? Ano taki, że w razie wątpliwości, należy stosować uniwersalną zasadę dotyczącą stylu. To, jak wyglądamy, ma wyrażać szacunek do innych i pokazywać nas z najlepszej strony. Szczerze wątpię, że ten obowiązek wypełniamy, robiąc z biura plażę, siłownię czy przydomowy ogródek. Piszę to ja, też niewolna od grzechów przeciwko skromności, właścicielka pstrokatych sukienek z gołymi plecami, które przecież gdzieś muszę założyć, jeśli urlop trwa tylko dwa tygodnie. Nie bądźmy dla siebie zbyt surowi. Ale dając sobie luz, czule spójrzmy na innych. Bo źdźbło w oku bliźniego widzisz... Żeby nie skończyło się tak, jak ostatnio pod moim szklanym domem. "Marysia, ty nie podwijaj tak tych spodni, bo nogi ci się jeszcze skracają", mówi koleżanka koleżance. Kurtyna.