Dlaczego w Polsce nie szanuje się pielęgniarek?

Czasy i rządy się zmieniają, a pielęgniarki ciągle zmuszone są żebrać o swoje. Pracują cieżko, opłacane są kiepsko, wszyscy rzekomo im współczują, ale tak naprawdę mają je w głębokim poważaniu.

01.06.2016 Warszawa , Centrum Zdrowia Dziecka . Pikieta solidarnosciowa ze strajkujacymi pielegniarkami .  Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta SLOWA KLUCZOWE: pikieta solidarnosc pieleganiarka Centrum Zdrowia Dziecka CZD AGATA GRZYBOWSKA

Dzień po zakończeniu strajku pielęgniarek w Centrum Zdrowia Dziecka wylądowałam w szpitalu. Duże miasto, szpital kliniczny, godzina 6:30. Już po półtorej godziny stania w kolejce na izbie przyjęć, znalazłam się na korytarzu docelowego oddziału, pod pokojem pielęgniarek. Kolejne pół godziny nerwowo dreptałam w miejscu, z coraz większą irytacją, potakując na rzucane co jakiś czas zapewnienia, że za chwilę ktoś się mną zajmie. Po jakimś czasie mnie i kilku moim korytarzowym towarzyszkom niedoli przyniesiono krzesła i powiedziano, że musimy czekać. Czekałyśmy więc, nie ukrywam, że zdenerwowane coraz bardziej i spoglądające na siebie znacząco.

Siedząc drugą godzinę pod pielęgniarskim pokojem zaczęłam zastanawiać się, o co tu, do cholery, chodzi, dlaczego te piguły latają po całym oddziale jak z pieprzem w tyłku, noszą jakieś papiery, obskakują lekarzy, którzy robią właśnie obchód, a w nosie mają kwitnące na korytarzu pacjentki. Kiedy wreszcie mnie zawołano, zgrzytając zębami i marszcząc czoło, wkroczyłam do kantorka z myślą: "no, ja was teraz poustawiam". Jedna z pielęgniarek obrzuciła mnie nieco zmęczonym, ale czujnym spojrzeniem i zanim zdążyłam powiedzieć choć słowo, usłyszałam: "Jest pani wkurzona, prawda? Proszę mi wierzyć, my również" .

Będąc w szpitalu, najbardziej przejmujemy się sobą. No bo na bogów, niby kim innym? Chcemy, żeby to nami zajęto się jako pierwszymi, żeby zrobiono to jak najszybciej i jak najlepiej. Jeżeli tak się nie dzieje, zaczynamy mieć pretensje. Do kogo? Do pielęgniarek oczywiście. To one są na froncie w polskim szpitalu, nie administracja, nie lekarze. Są buforem, na którym skupia frustracja każdej ze stron.

Około 20-minutowy pobyt w pokoju pielęgniarek był dla mnie swoistym katharsis. Zdałam sobie sprawę, że znajduję się na oddziale ginekologiczno-położniczym, na którym leży kilkadziesiąt kobiet, około połowa z nich już z dzieckiem przy boku. Policzyłam osoby znajdujące się w pomieszczeniu. Było ich raptem pięć, z czego dwie to spłoszone studentki. Trzy osoby na kilkadziesiąt pacjentów! Kto był kiedyś na oddziale położniczym, ten wie, jak bardzo wymagających pacjentów...

W ciągu 20 minut przeprowadzono ze mną wywiad, znacznie obszerniejszy niż ten wykonany później przez lekarza (dlaczego oni to dublują?), zważono, zmierzono ciśnienie, kilka razy rozśmieszono, włożono wenflon, pobrano krew i radośnie poinformowano, że jestem fuksiarą, bo właśnie zwolniło się łóżko i nie będę musiała czekać na zabieg na korytarzu. Chcąc nie chcąc, byłam przy tym wszystkim świadkiem: przyjęcia kolejnej pacjentki, awarii sprzętu komputerowego, nerwowej telefonicznej polemiki ze szpitalnym informatykiem, samodzielnej naprawy kompa i drukarki (informatyk nie miał czasu), kilkunastu sprintów do wzywających pacjentek, ręcznego wypełnienia kilkudziesięciu stron papierów, opędzania się od żenujących gadek lekarza ("Czy któraś z was pójdzie dzisiaj ze mną na niezobowiązującą kawkę?") oraz czterech podejść do zamówienia obiadu (w końcu chyba tego nie zrobiły, nie miały kiedy). Wielozadaniowość do potęgi. I tak przez 12 godzin.

Nie mnie oceniać wysokość zarobków pielęgniarek. Nie wiem, ile wynoszą one w szpitalu, w którym byłam. Wydaje mi się jednak, że jak na zawód wymagający ukończenia niełatwych studiów, wielu godzin praktyk zawodowych i ogromnej odpowiedzialności, to najniższa krajowa (nawet jeżeli tylko na początek) to zwyczajna kpina. A bardziej strasznie niż śmiesznie robi się, gdy okazuje się, że nawet po specjalizacji, kursach i wielu latach w zawodzie pensja w niektórych szpitalach nie wynosi wiele więcej niż zarobki niewykształconej sprzedawczyni i sporo mniej niż fachowca od kładzenia glazury.

Pielęgniarkom nie chodzi jednak tylko o pieniądze. Zaznaczały to również te strajkujące ostatnio w CZD. Ich największym problemem jest to, że zwyczajnie się nie wyrabiają. W Szwajcarii na tysiąc mieszkańców przypada 16 zatrudnionych pielęgniarek, w Finlandii - 10, w Czechach - 8, w Polsce - raptem 5. Jest ich za mało. A obowiązków mają coraz więcej. Nie tylko własnych - często robią jeszcze za lekarza, psychologa, sekretarkę, salową oraz pracownika technicznego. I oczywiście przy tym wszystkim muszą jeszcze być miłe i pełne empatii. Bo nie lubimy nieuprzejmych i nadętych piguł, prawda?

Przy okazji strajku w CZD internety napuchły od pielęgniarskich żali. I jeżeli im wierzyć, to pieniądze to tylko jedna strona medalu. Druga to szacunek. A właściwie jego brak. W Polsce pielęgniarki postrzegane są jako medyczny personel niższej rangi. Ani lekarze nie postrzegają ich jako partnerów, ani pacjenci nie traktują pielęgniarek jako pracowników szpitala równorzędnych medykom, tylko mających po prostu inny zakres obowiązków. Pielęgniarstwo z tajemniczych powodów postrzegane jest w naszym kraju jako fach czysto usługowy, wykonywany przez grzeczne, niemające głosu dziewczynki. Jakikolwiek bunt z ich strony rozbija się o mur niezrozumienia i braku szacunku.

Podobno większość zatrudnionych obecnie w Polsce pielęgniarek znajduje się w przedziale wiekowym od 35 do 55 lat. Wiele szpitali ma wolne etaty, ale chętnych do odpowiedzialnej roboty wśród krwi i cierpienia za średnio 2500 złotych miesięcznie jakoś nie ma. Coraz większa liczba absolwentek szkół pielęgniarskich wkrótce po otrzymaniu dyplomu bierze nogi za pas i wyjeżdża. Przeważnie do Niemiec, Wielkiej Brytanii lub Norwegii. Zarabiają tam kilkakrotnie więcej, ale warto pamiętać, że także muszą się tam zmierzyć ze znacznie wyższymi kosztami utrzymania. Może więc faktycznie nie do końca o kasę tu chodzi.

Śpieszmy się szanować pielęgniarki. Bo za 20 lat wszystkie będą w cholerę daleko stąd...