Musimy porozmawiać o okresie - nawet jeśli temat uważacie za "niesmaczny"

Burzliwa dyskusja wokół okładki "Wysokich obcasów" z majtkami "pobrudzonymi" czerwonym brokatem trwa. Padają sformułowania typu: tania kontrowersja, bezsensowna prowokacja, po co o TYM rozmawiać. Powiem wam po co.

Rok 2016, Polska. "Wysokie Obcasy" na okładce umieszczają zdjęcie Georgii Grace Gibson przedstawiające białe majtki z czerwonym brokatem, symbolizującym okres z podpisem "Tak. Mamy okres i nie będziemy się tego wstydzić" .

Okładka Okładka "Wysokich obcasów" z dnia 18 czerwca 2016 r.

Okładka tygodnika ma swój cel i kontekst. Po pierwsze obrazuje artykuł, który opowiada o wykluczeniu, jakie spotyka kobiety w różnych częściach świata właśnie ze względu na okres - od Kenii przez Nepal, aż po szeroko rozumiany świat zachodni, gdzie VAT na podpaski i tampony (w Polsce 8%) nazywa się niekiedy "podatkiem od kobiecości". Po drugie ukazała się w dniu, w którym ulicami Warszawy przechodzi Marsz Godności. Organizatorki i uczestniczki domagały się prawa do samostanowienia, wolności, opieki zdrowotnej, sprawiedliwego sądu. Czyli potwierdzenia najprostszego faktu: kobieta jest człowiekiem i powinna być równa wobec prawa. Jest zdjęcie z marszu, na którym jedna z uczestniczek niesie transparent z hasłem "Nie wierzę, że ciągle muszę o to protestować" . To jedno zdanie chyba najtrafniej podsumowuje sytuację kobiet w Polsce.

Czytając komentarze pod artykułem "Wysokich Obcasów" można dojść do wniosku, że rok 2016 to kolejny rok, w którym powinnyśmy sobie nawzajem tłumaczyć, że fizjologia to nie powód do wstydu i ściszania głosu. Przedyskutowałyśmy temat w naszym redakcyjnym, fochowym gronie. Okazuje się, że to, co każda z nas uważa za absolutną normalność - rozmowy o fizjologii, nie traktowanie okresu jako tematu tabu (zarówno podczas dorastania i rozmów z rodzicami, jak i obecnie, w naszych relacjach z koleżankami partnerami czy dziećmi) nie jest wcale standardem.

Jak się przekonałyśmy jedno podanie ręki od nas są kobiety, którym włos jeży się na głowie na myśl o tym, że mogłyby o okresie porozmawiać ze swoim mężem czy chłopakiem, temat jest absolutnie niedopuszczalny przy dzieciach (a poruszony przez ich koleżanki wywołuje awantury), przez gardło nie przejdzie im słowo "miesiączka", a przyparte do muru mówią, że właśnie cierpią, gdyż mają "te dni". Ale jak to kobiety w Polsce - powinny cierpieć w milczeniu.

Pomyślicie, że skoro jestem feministką i jestem za tym, żeby każdy o sobie samostanowił nic mi do tego, co niektóre z was zniesmacza, jakich słów chcecie używać oraz, że denerwują was reklamy tamponów w porze obiadowej. Tylko tak się składa, że w Polsce macica nie jest tematem prywatnym każdej kobiety, tylko całego narodu. Ostatnio głównie mężczyzn, kobiet po menopauzie, księży - osób wykluczonych tematycznie i empatycznie z tematów, które nas najbardziej dotyczą.

Nie nakładajmy na siebie nawzajem kolejnych ograniczeń i nie strofujmy za tematy, o których chcemy rozmawiać. Naprawdę wystarczająco dużo osób wokół chce to robić. Fizjologia to ludzka rzecz. Jeżeli nasze rozmowy na ten temat mają komuś pomóc wyzwolić się ze wstydu albo wykluczenia, które go dotyka - to są warte podjęcia.

Więcej o: