Jak powiedzieć komuś, że od niego śmierdzi? Czyli historia o tym, jak byłam podła

Podobno tylko pieniądze nie śmierdzą, ludzie za to dość często.  O tym cuchnącym problemie napisała do nas Agata. Macie pomysł jak kulturalnie go rozwiązać?

Wiem, że temat mało atrakcyjny. Ale bliski nie tylko tym, którzy przebywali w otoczeniu Gwyneth Paltrow. Tak, to od tej gwiazdy, jak donoszą radośnie bulwarowe media, czuć potem. Nie spotkałam Gwyneth. Pracowałam za to z kimś, kto miał analogiczny znak rozpoznawczy.

Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy się nie spocił. Nie jestem aż tak pretensjonalna, aby się temu dziwić czy obruszać. Sprawa nabiera jednak zupełnie innego wymiaru, gdy obcuje się ze spoconą osobą każdego dnia. Dane mi było tego zaznać i wiem, że nie jest to ani przyjemne, ani łatwe do rozwiązania.

Poniedziałki w tej całej historii były i tak zawsze najprzyjemniejsze. Z każdym kolejnym dniem było gorzej. Zapach nabierał mocy. Zresztą, jak mogło być inaczej skoro outfit z poniedziałku zawsze wytrzymywał do piątku. Najgorsze były te momenty, kiedy „moja Gwyneth” chciała mi powiedzieć coś dłuższego niż dwa zdania. Już po pierwszym zdaniu myślałam o tym, że to po prostu nieprawdopodobne. Jak można nie czuć, że produkuje się taki fetor?! Przy drugim zdaniu niczym Anja Rubik otwierałam usta i nie oddychałam przez nos. Przy trzecim zbierało mi się na łzy, bo odór był koszmarny, że aż szczypało w oczy. Przy czwartym zaczynałam niby mimochodem machać lekko rękoma wokół głowy i kręcić się na fotelu, żeby wywołać ruch powietrza. Potem mogłam już się tylko modlić w duchu, aby ktoś albo coś nam przerwało.

Nie brakowało w tej nieprzyjemnej sytuacji pozornie zabawnych momentów. Zakładów z resztą współpracowników o to, czy Gwyneth wytrzyma w sweterku z kokardkami tydzień czy może dwa. Przesyłania sobie mailem komentarzy i memów o pocie.

Nie obyło się bez rozmów kontekstowych w towarzystwie Gwyneth. Omawiania ludzi, którzy mają kłopot z higieną lub zanadto przywiązują się do swoich ubrań. Były dyskusje o ulubionych perfumach. Były kupowane odświeżacze powietrza, były prośby o podkręcenie klimatyzacji, błaganie o otwarcie okna. Moja przełożona, która o problemie wiedziała, ale siedziała w innym pokoju, zaproponowała mi kiedyś, żebym wysłała Gwyneth SMS-a z anonimowego numeru lub kupiła mydło i dyskretnie (w open space!?) podrzuciła na biurko.

Nikt tego nie zrobił. Pomijam już sam trud zwerbalizowania problemu - hej, co słychać. Czy mogłabyś częściej zmieniać ubrania? Psujesz powietrze w całym open space.

Prawda jest taka, że większość z nas czerpała głęboko skrywaną satysfakcję, że Gwyneth wydziela aż taki fetor, bo nikt jej nie lubił. Zastanawiam się jednak, czy gdyby była bliższą mi osoba, to zdecydowałabym się szczerze powiedzieć jej o tym przykrym zapachu? Jakim myślicie?