Lubimy drani? Nie, po prostu mamy focha na mężczyzn idealnych

Karolina napisała do nas o pewnym paradoksie: im mężczyzna bliżej naszego ideału, tym mniej nam się podoba... Panowie, potraktujcie to poważnie!

Szanowna Redakcjo,

po przeczytaniu tekstu Miss Olgu o paździerzowych chłopcach i odpowiedzi Marcina, postanowiłam dodać swoje trzy grosze. Nie mam jednak zamiaru rozwodzić się nad obecnym stanem i jakością mężczyzn. Otóż, nurtuje mnie przede wszystkim jedna kwestia - dlaczego mężczyźni z takim zapałem podporządkowują się temu, co mówią im reklamy, kobiece pisemka i same kobiety? Przecież nie od dziś wiadomo, że każda z nas każdego dnia chce czegoś innego i też nie zawsze jesteśmy do końca zorientowane, czego tak naprawdę chcemy. A mimo to panowie wciąż, z uporem maniaka, starają się spełniać nasze zachcianki i niemądre marzenia.

Uwielbiamy naprawiać. Sprawiać, że niegrzeczni chłopcy stają się mili, wierni i kochani, a kwestię „przy mnie się zmieni” powtarzamy nawet przez sen.

Dlaczego niemądre? No cóż, kobiety wcale nie szukają sobie mężczyzn idealnych. Jest to wiedza dość powszechna i, jak się przekonałam ostatnio, korzystają z niej nawet trenerzy podrywu, ucząc interpersonalne fajtłapy, jak z nami rozmawiać. I nie chodzi tutaj o to, że mężczyzna idealny to mężczyzna nudny (chociaż po części rzeczywiście tak jest), ale o to, że nie da się już w nim niczego naprawić. Tak, tak, wiele z nas, jeśli nie większość, ma takie właśnie, a nie inne, zapędy. My uwielbiamy naprawiać. Sprawiać, że niegrzeczni chłopcy stają się mili, wierni i kochani, a kwestię „przy mnie się zmieni” powtarzamy nawet przez sen (to, że się nie zmieni jest materiałem na osobny tekst). My mamy misję. Mężczyzna idealny jest już idealny, więc nie potrzebuje naszej zbawiennej obecności w swoim życiu, prawda? Oczywiście, chciałybyśmy się w nim zakochać, bo przecież on ma wszystko, czego szukamy, i z pewnością będzie nas wspaniale traktował, ale pomimo prób, no cóż, przynajmniej trafił się nam świetny przyjaciel, a związek mógłby wszystko zepsuć (friendzoned!).

Wiemy, rzecz jasna, że takie postępowanie może być bardzo głupie, jak pokazuje chociaż przypadek mojej przyjaciółki, która postanowiła naprawić pewnego pana bez wykształcenia, ambicji i z niezaleczonym problemem narkotykowym, co skończyło się niemalże próbą samobójczą w jej mieszkaniu, wyważaniem drzwi i wyprowadzaniem delikwenta na siłę. Prawda jest jednak taka, że nam samym bardzo trudno jest podobne podejście w sobie naprawić i, chociaż część z nas uczy się na błędach, pozostałe powielają ten schemat w nieskończoność. Oczywiście, są jeszcze kobiety akceptująco-kochające, ale to jest gatunek egzotyczny i sam w sobie rzadki - można o nim napisać pracę naukową.

Która z nas w wieku lat dwudziestu wiedziała, czego jej od samca trzeba?

Wracając do tematu, przeglądając różne pisemka, zauważyłam z niemałym rozbawieniem, że obraz mężczyzny idealnego malowany jest głównie przez kobiety 20+. Jest to dość logiczne, prawda, ponieważ w tym wieku jest jednak sporo dziewczyn poszukujących, ale spójrzmy prawdzie w oczy, która z nas w wieku lat dwudziestu wiedziała, czego jej od samca trzeba? Poza tym, drodzy mężczyźni, jeśli płeć piękna szuka czułych, uduchowionych i delikatnych, to czemu wzdycha do dominujących drani? W erze Christiana Greya (tfu, tfu), Wy naprawdę nadal wierzycie, że chcemy delikatnych chłopców? No dobrze, chcemy, żeby chodzili z nami na zakupy i pomagali dobrać ciuchy, ale do łóżka? Do życia?

Tak, tak, my kobiety jesteśmy perfidne. Najpierw wymyślamy sobie feminizm, bijemy w dzwony, zrzucamy staniki, wkładamy spodnie, a potem strzelamy focha, że nam jakiś facet na kolanie płacze, bo to niemęskie. Powiem szczerze, że mi stwierdzenie „jestem feministką” przez gardło nie przechodzi. Przyznam nawet, że prawdopodobnie nią nie jestem, ale rozumiem jedną rzecz. Feminizm zrodził się z braku szacunku dla kobiet, dla naszych umiejętności i możliwości. Miał pokazać, iż pomimo tego, że się od siebie różnimy, jesteśmy Wam równe. Dzisiejsze spojrzenie na feminizm jest wypaczone, czego efektem jest zwalanie na niego winy za pojawianie się niemęskich mężczyzn (którzy istnieli, istnieją i istnieć będą, jak świat długi i szeroki). Wszystko przecież po to, żeby przypodobać się nam, perfidnym kobietom. Ale moim zdaniem to nie wina feminizmu, tylko tego, że mężczyźni nie mają szacunku dla samych siebie. Dają się ciągać to w lewo, to w prawo, pozbawieni własnego zdania. A to właśnie tu jest sedno męskości - własne zdanie i siła ducha, żeby odmówić trzepoczącym rzęsom, kiedy zechcą zbyt wiele.

My po prostu nie mamy szacunku dla mężczyzn, którzy zatracają dla nas własną osobowość i bez pardonu włażą nam w dupę.

Tutaj się pojawia kolejny paradoks kobiecej natury. Teraz będzie dramat. Uwaga - my lubimy, kiedy mężczyzna mówi nam „nie”. Do tej pory mam przed oczami obraz, jaki mi się ukazał, gdy któregoś wieczora, podczas moich niekończących się wojaży ze znajomymi, dosiedliśmy się do pewnej pary. On zadbany, czuły, uważny, będący na każde pstryknięcie palców (dosłownie) i ona, rozmarzona, roześmiana, urocza, zapatrzona na siedzącego obok mnie asertywnego drania, który nie poświęcał jej zbyt wiele uwagi (jak się potem przyznał, celowo). Co z tego wynika? Że lubimy drani? Otóż nie. My po prostu nie mamy szacunku dla mężczyzn, którzy zatracają dla nas własną osobowość i bez pardonu włażą nam w dupę.

Morał z tego jasny i banalny, że lepiej jednak pozostać sobą, niż starać się dopasować do kobiecych oczekiwań. Wedle zasady, że każda potwora znajdzie swojego amatora. Poza tym, po jakimś czasie udawanie może się znudzić a wtedy pojawią się złowróżbne słowa: „Nie jesteś już taki, jak wtedy, gdy cię poznałam.” Brrrr...

Karolina

Więcej o: