Jak stałam się zołzą - i czy to na pewno moja wina?

Lubimy kiedy piszecie do nas listy, opisujecie swoje mniejsze i większe kłopoty. Ale po niektórych naprawdę nie wiemy co powiedzieć. Bo jest nam zwyczajnie smutno.

Długo zastanawiałam się, czy pisanie tego listu ma sens. Bo i tak da wąski pogląd na to, w jakiej sytuacji się znalazłam. Z drugiej strony zdałam sobie sprawę z tego, że, choć czuję się samotnie, nie jestem sama. Wśród czytelniczek Focha są pewnie kobiety, które mają podobnie albo znalazły wyjście z potrzasku.

Jest też drugie oblicze tej sytuacji, z którym  mierzyć się musi pewnie wiele kobiet, które wybrały podobną drogę. Wracam do domu i zaczynam pracę na drugi etat.

Nie wiem od czego zacząć, może od tego, co jest teraz. Pracuję z kobietami sukcesu, takimi, które wszystko mają dopięte na ostatni guzik, poukładane, idealne. Przynajmniej na takie pozują. Idzie im świetnie. Pech chciał, że choć z mężem wykształcenie mamy podobne, to ja pracuję na wysokim stanowisku w dużej firmie, a on łapie się drobnych fuszek siedząc w domu. Teoretycznie to spełnienie naszych marzeń. On zawsze podkreślał na wieczornych spotkaniach ze znajomymi przy winku, że marzy mu się bycie utrzymankiem, że to ja jestem ta utalentowana, ja sobie lepiej daję radę.

Tak, to prawda. Ale jest też drugie oblicze tej sytuacji. To, z którym mierzyć się musi pewnie wiele kobiet, które wybrały podobną drogę. Wracam do domu i zaczynam pracę na drugi etat, pracę w której trzeba obiad ugotować, podać, sprzątnąć, zaradzić, zacerować. Wybaczcie, jak o tym piszę, to mi wstyd, im dłużej o tym myślę, tym bardziej widzę, jak w swojej superzaradności jestem superbeznadziejna. Aby nie wdawać się w szczegóły: jeśli chcę, żeby cokolwiek było zrobione dziś lub jutro, ja muszę to zainicjować, przygotować plan, czasem zrobić. A nie chcę, bo nie jestem typem przywódcy.

Próbowałam nie robić tych rzeczy, nie zarządzać, nie sprzątać, nie prać, nie gotować. Po tygodniu dom wyglądał jak melina.

Nie jestem na swoim stanowisku pracy dlatego, że jestem zimną suką, która wygryzła innych i uwielbia czuć władzę, pokrzykiwać na podwładnych i wszystko organizować, miałam inne predyspozycje zawodowe. Tym bardziej po pracy chcę być sobą, a nie zarządcą. Czuję jak się wkurzacie. Czuję już dobre rady - wkurz się, wyjdź, porozmawiaj z mężem, wyjedź z domu na tydzień, spakuj mu walizki. Doprawdy? Nie jestem taka. Mój mąż wszystko zrobi, ale zaraz. Za chwilę. No już.

Czy ja próbowałam inaczej? Pewnie. Próbowałam nie robić tych rzeczy, nie zarządzać, nie sprzątać, nie prać, nie gotować. Po tygodniu dom wyglądał jak melina. Trójka dzieci (czy ja wspominałam, że mamy trzech synów?) nie może żyć w melinie. Wyjechałam z dziećmi na dwa tygodnie. Było jeszcze gorzej. Rozmawialiśmy też, przecież on rozumie, on wie, że dużo pracuję, zaraz coś na to zaradzimy. On spróbuje mnie odciążyć w tych domowych obowiązkach. Zaraz, bo ma coś ważnego. Próbowałam też się wkurzać. To wtedy zaczęło się "Ale z ciebie się zołza zrobiła!" i tym podobne.

I nagle zaczęłam się zastanawiać - na cholerę mi ktoś taki w domu. Ktoś, kto potrafi mi wbić szpilkę tam, gdzie boli, nazwać mnie leniwą i nieogarniętą.

Docinki, że to ja jestem nieogarnięta, bo on dobrze widzi jak sobie radzą moje koleżanki z pracy, że u nich wszystko jest tip-top, on to widzi, gdy się u nich spotykamy. U nich, bo u nas się nie da - odpuściłam sobie sprzątanie w domu, jestem zmęczona. Ja się nie ogarniam, ja jestem leniwa. Złośliwa i czepialska. W domu oczywiście, bo dla znajomych jestem taka miła.

I nagle zaczęłam się zastanawiać - na cholerę mi ktoś taki w domu. Ktoś, kto potrafi mi wbić szpilkę tam, gdzie boli, nazwać mnie leniwą i nieogarniętą, a na moje oburzenie, oczywiście w moim własnym mniemaniu słuszne, odpowiedzieć, że zrobiłam się wredna i nie panuję nad sobą.

To może opowiem jak stałam się Tą Zołzą, bo przecież kiedyś nią nie byłam. I dlaczego On jeszcze z nami jest. Bo przecież każda ogarnięta i superzorganizowana kobieta już dawno zatrzasnęłaby drzwi za kimś takim. I wymieniła zamki. Dobro dzieci to frazes, nienawidzę go, ale odkąd zaczęłam myśleć o rozwodzie, zaczęłam też się zastanawiać jak nasi synowie to przeżyją. Lektura wywiadu z Rachel Cusk w jednym z wydań Wysokich Obcasów wcale mi nie pomogła. Ale najbardziej nie pomaga mi myślenie o Nas.

Zaczęła się powolna droga w dół, nowe obowiązki, więcej zadań, prac domowych. I wtedy wpadliśmy. Trzecie dziecko. Kompletnie nieplanowane, z podejrzeniem wady serca.

Kiedy się poznaliśmy osiemnaście lat temu ja wiedziałam jedno - to z tym facetem chce się zestarzeć, on był cudowny, wyrozumiały, wychowany wśród kobiet, więc umiał słuchać, umiał być, dobrze nam się rozmawiało, dobrze milczało. Świetnie się chodziło do galerii sztuki, do kina, na koncerty. Wspólne wyjazdy wakacyjne to była bajka. Zawsze powtarzał, że odkąd ma mnie, nie potrzebuje wyjść z kumplami, ale ja lubiłam jego kumpli. Pierwsze dziecko - wyczekane, doskonale wpisało się w nasz świat. Drugie - niespodziewane, ale przyjęliśmy je przecież, bo zawsze myśleliśmy o tym, by mieć dwójkę dzieci. Tu zaczęła się jednak powolna droga w dół, nowe obowiązki, więcej zadań, prac domowych. I wtedy wpadliśmy. Trzecie dziecko. Kompletnie nieplanowane, z podejrzeniem wady serca, ciąża na środkach antykoncepcyjnych. I pierwsza poważna skaza na naszym małżeńskim obrazku.

Bo wszyscy nas postrzegają jako małżeństwo idealne, zgrane, bez cichych dni, dopasowane, od zawsze - na zawsze. Wiecie jakie to trudne dla mnie? Cholernie. Więc było namawianie do aborcji, "Proszę, zrób to kochanie, nie możemy mieć trzeciego dziecka. Chorego". Poczułam się wtedy jak zbity pies. Jak ktoś, kto spędził pół życia z niewłaściwym człowiekiem, z kimś, kto tylko udawał mojego przyjaciela, który mnie rozumie. Nic nie rozumiał. Trzydziestoparoletni facet z mentalnością chłopca.

Próbuję sobie wyobrazić świat, w którym żyjemy osobno. Ten świat dla mnie nie istnieje.

Zawzięłam się, urodziłam to dziecko i do trzeciego roku życia sama je wychowywałam, razem z nim w jednym domu, pod jednym dachem, ale sama. Jak idiotka. Zajmując się wspólnie z mężem dwoma pozostałymi dzieciakami. Ale to była dla mnie prawdziwa szkoła. Szkoła która pokazała, że nie jestem uzależniona od mojego męża, że go nie potrzebuję. Czy o tym rozmawialiśmy? Oczywiście. On uważa, że dramatyzuję. Czy byliśmy w poradni małżeńskiej? Cóż, dwa razy, niestety bez skutku, to znaczy nie wiem czy wiecie jak łatwo udawać przed kimś, że tak, oczywiście, teraz już wiem jak to zrobić. A potem wrócić do starych nawyków.

A z drugiej strony siedzę po nocach i próbuję sobie wyobrazić świat, w którym żyjemy osobno. Ten świat dla mnie nie istnieje. Jego nie ma. Im więcej miewamy dobrych dni, kiedy ja mam siłę wszystko ogarnąć, a on chce teraz, a nie zaraz, pomagać, im bardziej się do mnie łasi i mówi mi, że kocha, że jestem jego aniołem stróżem, tym jest trudniej. Siedzę więc nocą w kuchni, patrzę przez okno na ogródek domu, w którym mieszkamy, ale nie jest to mój dom. Siedzę i zbieram siły. Nie wiem tylko jeszcze do czego - czy zbieram siły, by po raz ostatni podjąć walkę o to, żeby to On się ogarnął, czy po to, żebym ja się wreszcie ogarnęła i przeprowadziła do nowego życia?

Więcej o: