Rozterki trzydziestolatki: facet i jego niezdrowy styl życia

I znowu ratunek potrzebny. Z facetami problemów jest wiele, ale nasza Czytelniczka ma spory zgryz - bo jak tu o własnych siłach poruszyć blok betonu? Po pomoc przyszła zatem do Was.

Postanowiłam napisać ten list, bo mam wrażenie, że Foch gromadzi kobiety podobne do mnie albo takie, jaka chciałabym być - wiele jest tu Was ciepłych, życiowych, ale też nowocześnie i zdrowo myślących. Może poradzicie coś mądrego, bo ja chyba tego nie ogarnę.

Temat jak zazwyczaj: facet. W moim przypadku mąż - kochany, bliski, ale czasem jak beton. Czyli bajka stara jak świat. Wierzę, że da się dogadać z mężczyzną tak, żeby wspólne życie nie było serią przepychanek. Dzielić pewne wartości, ale tak, żeby zostało miejsce na własne pasje, przekonania, rozwój, poszukiwania w nowych dziedzinach czy po prostu trochę samotności i świętego spokoju. Wierzę, ale nie wiem jak to osiągnąć, nie wiem, jak rozmawiać, działać, myśleć na ten temat - słowem, lekko się pogubiłam.

Mamy po 30 lat, znamy się 1/3 życia, jeszcze nie mamy dzieci. Oboje pracujemy (on na kierowniczym stanowisku, czyli stres), zarabiamy podobne pieniądze, spłacamy mieszkanie. Miewamy bardzo dobre dni, tygodnie - do czasu. No właśnie, tu się zaczyna temat, w którym jakoś nie możemy się dogadać, no nie i już: zdrowie i tryb życia.

Mój mąż, delikatnie mówiąc, jest w tej kwestii trochę leniwy. Otyłość, zamiłowanie do tłustego jedzenia i słonych przekąsek, skłonność do jedzenia "do oporu". Ruch to u niego sporadyczne, raz na kilka tygodni albo miesięcy wyjście na rower, ale na co dzień zero. Raczej ulubiona gra na komputerze, serial (niektóre oglądamy wspólnie, ale ja codziennie nie chcę, nie mogę!), ewentualnie książka. I tak godzinami - od przyjścia z pracy do pójścia spać. Jak o coś poproszę, to oczywiście pomoże, jak zainicjuję seks, to nie odmówi, ale generalnie mam wrażenie, że jak najszybciej ucieka do swoich spraw, czyli gry, serialu, itd.

Weekend mógłby wyglądać tak samo, gdyby nie to, że jednak ja coś tam wymyślam: spotkanie ze znajomymi (przy kolacji i winie, a jakże), wyjazd do rodziny czy znajomych (który nierzadko też wygląda tak, że on objada się, bo pyszne jedzenie lub godzinami siedzi przy kompie), czasem przeforsuję wyjście w góry. Ale zwykle niewiele rzeczy go kręci: spacerów nie lubi, bo nie, więc nie ma mowy. Na rowerze lubi jeździć sam, więc ze mną się nie wybierze (ale sam też niekoniecznie), reszta opcji odpada z podobnych przyczyn, próbowaliśmy.

I to nie jest tak, że moją misją jest zmiana jego trybu życia na zdrowy - nie, takie próby "wyciągnięcia" go gdziekolwiek podejmuję tylko czasem, jak już nie mogę patrzeć na to, jak gnije przed monitorem, obżerając się orzeszkami. Po tym, jak lekarz zdiagnozował u niego wrzody żołądka (!) - po chwilowej diecie, po paru miesiącach wrócił do starych nawyków. Co prawda twierdzi, że je teraz dużo rozsądniej - ale nadal ciągnie go do zakazanych snacków, smażonych ziemniaków, komputera, itp. Po prostu kocha to miłością ślepą. Dodam, że kiedyś, na studiach, był szczuplejszy, zdrowszy, więcej się ruszał, ale nigdy nie był typem sportowym - ja to akceptuję i kocham go, ale też martwię się, po prostu martwię się o jego zdrowie!

Sama biegam i ćwiczę kilka razy w tygodniu, zwracam uwagę na to, co jem, wybieram zdrowe jedzenie - tym bardziej, że mam problemy z tarczycą i niełatwo jest mi utrzymać właściwą wagę. Nie jestem jednak chudziną, lubię czekoladę, dobre jedzenie, więc gotujemy też razem, niekoniecznie dietetycznie i to jest fajne, ale trudno jest mi sprowadzić do tego nasze wspólne chwile! Nie chcę, żebyśmy byli dwoma szczęśliwymi wielorybami - to nie ja! Chciałabym spędzać z nim trochę więcej czasu "jakościowo", zdrowo, na powietrzu, dbać o siebie nawzajem - ale nie umiem go do tego zaprosić. I owszem - rozmawialiśmy o tym niejednokrotnie, ale widocznie nie były to skuteczne rozmowy.

Z drugiej strony od zawsze mam wątpliwości: przecież on jest "osobnym" człowiekiem, skądinąd bardzo inteligentnym - przecież to są jego decyzje. Jakie mam prawo oceniać jego tryb, skoro to jego życie? Ja sama też dojrzewam, przestawiam się na inne myślenie o jedzeniu, stylu i jakości życia, inaczej ustawiam priorytety - i nie ukrywam, marzy mi się mały "powrót do natury" - ale przecież nie zaszczepię takiego marzenia mężowi...

Problem wydaje się banalny, ale dla mnie to przekłada się na inne obszary - np. fakt, że powoli myślimy o dziecku. Nie ryję mu o to głowy, ale przecież jego dieta może mieć na to dziecko wpływ! To, jakie nawyki przekażemy dziecku, czy sprawimy, że polubi ruch, sport, powietrze - to przecież wspólna, ważna sprawa!

Sięgnęłam nawet po poradę terapeutki - w kontekście jego wrzodów usłyszałam, że "to jest jego sprawa, jak zaniedba - to umrze" i że powinnam zaakceptować taką wizję świata: nie mam na to wpływu. Mogę najwyżej podpowiedzieć mu, żeby zastanowił się, czy nie odreagowuje w ten sposób jakichś stresów, przeżyć. Ale ani nie umiem przekonać go, żeby się zastanowił, ani zaakceptować takiego stanu rzeczy. Bo przecież go kocham! Dać mu spokój? Czy walczyć? Czy wypośrodkować - tylko jak, skoro wiele prób i kombinowania jak, ale tak, żeby nie poczuł się zmuszony- nie działa? Ratujcie, mądre kobiety!

Pozdrawiam,

I.