Kocham się tylko w niskich - wyznania fanki mężczyzn kieszonkowych

Karolina strzela nam focha z powodu tekstu Moniki o wysokich chłopach. I całkiem sensownie argumentuje na rzecz mniej rosłych panów. Widzicie kochani: nie warto było się denerwować...

Moja droga, przewspaniała redakcjo!

Czy mężczyźni zaczynają się powyżej metra osiemdziesiąt? Po dłuższej nieobecności na portalu przeczytałam tekst Moniki Cieślik i się roześmiałam. Że niby niższy mężczyzna ma małe rączki? Że nie obroni? Że wróbelek? Jako fanka mężczyzn kieszonkowych, muszę się sfochować.

Jestem wysoką kobietą, sama mam dobre metr osiemdziesiąt i na dodatek uwielbiam szpilki. Jak na złość mamie, zawsze zakochiwałam się w facetach niższych od siebie. Na nic było gadanie, przekonywanie, płakanie, że to tak śmiesznie wygląda. Od ośmiu lat jestem w związku z mężczyzną niższym ode mnie i to nie o 2-3 cm, tylko całe pół głowy. Co więcej, mam nieszczęście (szczęście?) mieć wokół siebie wiele takich par.

Dlaczego tak jest? No cóż, przez długi czas próbowałam to rozgryźć i podejrzewam, że chodzi tu o proporcje. W czasach samochodów i komputerów wysoki mężczyzna częściej przypomina Plastusia z długimi, chudymi kończynami i wielką głową, niż wikinga. Nie wiedzieć czemu, zazwyczaj zdarza mi się natykać na facetów wysportowanych, ale niskich. Ktoś powie, że chcą sobie kompensować wzrost pobytem na siłowni. Może, nie wnikam, grunt, że są efekty (i to jakie!). Jako wierna użytkowniczka stwierdzam, że nie natknęłam się na mężczyznę o piąstkach mniejszych niż moje. Co więcej, byłam raz świadkiem, jak chłopak o wzroście ponad dwa metry był zdrowo okładany przez kolesia, który mu nad obojczyk nie sięgał. Nie czuję też, aby mój partner nie był męski. Jego ramiona są na tyle silne, że jak mnie przytula, to potrafię się w nich poczuć jak kruszynka. I te dłonie, szorstkie i zdecydowane, eh.

Jestem osobą onieśmielającą. Wiem to, bo to ciągle słyszę. Nie tylko ze względu na wzrost i całą masę rudych kłaków na głowie, ale też na sposób bycia (wredna, arogancka, zbyt pewna siebie, ot norma). Na imprezach, to właśnie wysocy mężczyźni nie mają odwagi do mnie podchodzić. Patrzą się tylko jak cielęta, podczas gdy niższy bez problemu zagaduje przy barze. Ten wysoki pojawia się dopiero, jak ma zdrowo w czubie i raczej nie jest w stanie inteligentnie zagadać. Lubię mężczyzn pewnych siebie, czarujących, nieco ironicznych, którzy nie potrzebują alkoholu, żeby nabrać odwagi. Osoby, które w jakiś sposób różnią się od opiewanego kanonu piękna, muszą włożyć w siebie dużo więcej pracy, żeby się zaakceptować, naprostować własną samoocenę. Może to tutaj tkwi tajemnica ich odwagi? A może lata młodzieńcze uodporniły ich dupska do tego stopnia, że nie boją się spławienia? Nie wnikam, nie jestem psychologiem.

Samiec alfa i beta? Ach, „amerykańscy naukowcy” i wszystko jasne. Samiec w moim domu nie jest ani alfa, ani beta, to zadowolony z siebie kocur, który chadza własnymi ścieżkami, ma w nosie rywalizację i gdy inni stroszą piórka, on cichcem wynosi najlepsze kąski z kurnika. Powiada, że miał kompleksy, ale jak był nastolatkiem. Teraz już nie ma, kobiety go z nich wyleczyły. Gdy zakładam szpilki, idzie z tyłu. Wstydzi się? Nie, ma lepszy widok. Czy chciałby zamienić mnie na niższą? Żeby pasowała? Hah, w życiu, bo te nogi a horyzontalnie się wyrównuje. I to twierdzenie się powtarza, gdy zapytam o to któregoś ze znanych mi mężczyzn kieszonkowych (każdy z wyższą kobietą).

Gdzieś czytałam, a nie pamiętam już gdzie, że wysocy mężczyźni lubią niskie kobiety, bo mają instynkt opiekuńczy i nieco zazdroszczą tym niskim, że mają odwagę uganiać się za wysokimi pannami. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Wiem tylko, że wartość mężczyzny nie określa to, na co nie miał wpływu, tylko to, na co wpływ ma.

A ja uwielbiam wszystkich samców, bo to ogólnie fajna rasa jest, tyle że kocham się tylko w niższych!

Pozdrawiam,

Karolina