Gram w gry i chciałabym się wciągnąć jeszcze bardziej!

Nie trzeba mówić nikomu, że dziewczyny grają w gry i mają z tego kupę uciechy. Jeżeli nie dołączyłyście jeszcze do grona tych, które przez całe weekendy, w piżamach i pogryzając zimną pizzę oddają się tej świetnej rozrywce - przeczytajcie wyznanie Madame Z. i zaraźcie się jej entuzjazmem!

Będę grać w grę! A jaką? Na pewno nie w Tomb Rider. Nie to, że mam coś do Lary Croft. Przeciwnie - cieszę się, że taka silna kobieca postać od lat istnieje w popkulturze i w nosie mam ewolucję graficzną jej biustu. Tak naprawdę, pograłabym w Tomb Ridera. Gry wideo to ogromny, wspaniały świat, w którym uczestniczę w ograniczonym zakresie. Niektóre gry oglądam jak filmy - patrząc jak przechodzi je Freelancer. I jest to fascynujące, i chciałabym dać się wciągnąć jeszcze bardziej, wziąć w swoje ręce losy bohaterów "The Last of Us", albo chociaż "Enslaved", ale zapomnij - w tym ostatnim na najniższym poziomie trudności odpadłam po pół godziny. No, nie radzę sobie. Mój mózg nie łączy się z palcami na tyle szybko, żebym mogła reagować na to, co dzieje się na ekranie. Każ mi wcisnąć więcej niż 2 przyciski na padzie naraz i wpadam w panikę.

Chciałabym móc winić za swoją nieporadność seksistowskie wychowanie w przekonaniu, że gry są dla chłopaków, ale nie - nigdy nikt nic takiego mi nie wpajał i wiem skądinąd, że nie zachodzi korelacja między growym skillem a płcią (w skrócie: znam laski, które wymiatają i kolesi, którzy kompletnie nie ogarniają). Może więc miałam smutne dzieciństwo pełne ograniczeń i rodzice tępili gry jako ogłupiające i budujące negatywne zachowania, skutkiem czego nie miałam wystarczającego treningu? Po części, owszem, przyłapani z bratem na grze w jakąś piwniczną strzelankę dostaliśmy burę na tle "agresja, bezmyślna przemoc, nie tak was wychowaliśmy". Ale z drugiej strony, niemal każdy okres mojego dzieciństwa ma jakąś grę w tle. Zerówka i pierwsza klasa - Stix na Commodore u Łukasza z czwartego piętra. Wczesna podstawówka - Tetris na wakacjach i "Mario" u Ani, która miała konsolę i telewizor u siebie w pokoju.

Pierwszy komputer w domu, to Windows95 i załączona na płycie gra "Hoover!", w którą potrafiłam grać godzinami.

Informatyka w ostatnich klasach podstawówki dała mi znoszone do domu na dyskietkach małe gry w stylu "kulek", ale też "Dyna Blaster" i "Kwik Snax" (ponowne zlokalizowanie tej gry zajęło mi ostatnie pięć lat). Znienacka na naszym domowym komputerze pojawiła się wersja demo "Worms" i tu nawet nasz oporny ojciec dał się złamać i grał z nami. Ciężkie anginy spędzałam przed komputerem, owinięta w kołdrę, próbując pokonać wstrętne latające gałki oczne w "Jazz Jackrabbit" (to pewnie też było demo, ale nie przeszkadzała mi powtarzalność). W liceum człowiek rzucił się w wir prawdziwego życia, blogów i IRCa, a gry jakoś zeszły na dalszy plan, ale i tak nieustannie wracałam do "Indiana Jones and The Fate of Atlantis", tylko po to, żeby utknąć w tym samym miejscu, co zawsze (jak ja się cieszyłam, kiedy odkryłam w końcu strony z instrukcją przejścia, które wyprowadziły mnie poza tę przebrzydłą wyspę.

 

Przebrzydła wyspa

 

A później poznałam Freelancera i okazało się, że gry to o wiele, wiele więcej, niż dotąd znałam. Jeśli strzelałam w początkowym okresie znajomości focha, to często dlatego, że przechodził kawałek jakiejś gry beze mnie, przez co omijały mnie fajne wątki. Zaczęłam przeglądać jego magazyny o grach, czytać recenzje i zapowiedzi. Czekałam jak dzika na "Little Big Planet" - to jedyna gra, jaką kupiłam sama (niech was nie zmylą słodkie buzie "bohaterów", miejscami to piekło i szatan, nawet Freelancer, któremu umiejętności nie brakuje, wypowiadał dużo brzydkich wyrazów powtarzając po raz ochnasty niektóre momenty).

 

Little Big Planet

 

I tak wpadłam w pułapkę. Nie, nie w pułapkę uzależnienia od gier. Utknęłam w klatce ograniczonych możliwości manualnych, sprawiającej, że serce rwie mi się do wszelkich "dziecięcych" gier, które mnie nie pokonują: "Lego Indiana Jones" mam zrobione na 100%, do "Loco Roco" wracam w zimowe popołudnia dla samej muzyki...

...i radosnej głupawki (proszecie, prowadzisz budyniowatą kulkę, która zjada inne kulki, po kolorowej krainie pełnej kwiatków - gdzie znajdziesz więcej szczęścia i beztroski?), wymusiłam na Freelancerze zakup "Costume Quest", bo wiedziałam, że nie zabije mnie obsługą i gra będzie czystą zabawą.

Oczywiście, mogę też pogalopować przez lasy i prerie w "Red Dead Redemption" czy porozbijać się po mieście w którejś części "GTA", ale daj mi misję, w której muszę pokonać kilku wrogów, a zgubię ruchy, jak kroki na aerobiku. Tak naprawdę chodzi chyba właśnie o koordynację ruchową i poczucie rytmu - nie ogarniam układów tanecznych, a moja armia z "Pata Pon" buntuje się, kiedy wydając jej komendę wciskam któryś przycisk o ułamek sekundy za późno.

Dlatego nawet nie podchodzę z padem w ręce do "Bioshocka", "L.A. Noire", czy "God of War", chociaż widzę, że to świetne gry i można z nich czerpać kupę dobrej rozrywki. Trochę żałuję, że jestem niepełnosprawna w tej kwestii. Cieszę się, że mimo moich okropnych ograniczeń, świat gier mnie nie omija i mogę uczestniczyć w tych świetnych koncepcjach jako obserwator. Cierpię katusze, bo coraz ciężej jest mi znaleźć grę, która mnie nie pokona (bądź przeklęty, Raymanie!), ale też nie będzie przesadnie prosta, bo nie o to chodzi, żeby godzinami wyciskać quick time eventy, jak w "Heavy Rain" (ziew). W związku z czym chętnie przygarnę sugestie z kategorii "gry na PC, PS3 i PSP dla ludzi z niewielkim skillem". Nadchodzi zima, trzeba się uzbroić w rozrywki.

 

Gamer

Więcej o: