Depresja poślubna. Czy ktoś, prócz mnie, też to ma lub miał?

Radosna panna młoda? Zapomnijcie. Ślub to przeżycie ciężkie, dramatyczne i prowadzące do depresji oraz ciągu smutnych zdarzeń. Przynajmniej zdaniem naszej Czytelniczki.

Ślub to najpiękniejszy dzień w życiu? „Chyba twoim” - myślałam zawsze. To jeden z durniejszych tekstów, jakie w życiu słyszałam. Jeśli byłby prawdą, wypadałoby tuż po zamążpójściu umrzeć. Po co czekać na kolejne dni, skoro i tak mają być gorsze. Tak myślałam, sądząc, że jestem odporna na ten cały wedding shit. Czy jestem jednak odporna na bajki i niczym nie poparte myślenie, że potem jakoś się wszystko ułoży? Życie mi pokazuje, że niekoniecznie.

Nie wiem dlaczego, uwierzyłam w to, że po ślubie wszystko będzie łatwiejsze.

Ślub był dla mnie ogromnym przeżyciem. Nie dlatego, że godzinami wybierałam suknię czy pantofelki, tylko dlatego, że podjęłam wyzwanie bycia z kimś na dobre i na złe. Podeszłam do tego bardzo poważnie, bo nie lubię rzucać słów na wiatr. Ale nie wiem dlaczego, uwierzyłam w to, że po ślubie wszystko będzie łatwiejsze. Może to wina Kopciuszka, który odjechał karetą, a może tylko moja. Wyciągnijcie do mnie rękę, albo rzućcie kamieniem dla otrzeźwienia.

Czy coś po ślubie się zmieniło? W sprawach emocjonalnych niewiele. Mam męża, kocham go tak, jak wcześniej. Mieszkamy razem tak, jak wcześniej. Czuję się tylko jeszcze bardziej za niego i za siebie odpowiedzialna. W sprawach formalnych nie zmieniło się nic. Wciąż pracuję na śmieciowej umowie. Modlę się, żeby nie zachorować poważnie, bo przecież nie mam NFZ. Dzieci? Na śmieciowej umowie? Żarty. Wciąż zarabiam tak mało, że muszę odmawiać sobie wielu rzeczy. Unikam spotkań towarzyskich poza domem, bo koszty rosną. Całe szczęście, że potrafię gotować tanio i dobrze.

Może poradzicie mi, jak żyć w małżeństwie? Bo to spędza mi sen z powiek.

Jednocześnie wciąż słyszę od szefa, że powinnam na cito, więcej, szybciej, lepiej, inaczej i że za jakiś czas będą z tego większe pieniądze. Pod warunkiem oczywiście, że się postaram bardziej. Wiem, że tak wygląda rzeczywistość wielu z Was. Dlatego właśnie piszę. Może okaże się, że nie jestem takim odszczepieńcem, jak mi się teraz wydaje? Może wybijecie mi z głowy głupi mit, któremu uległam? Może się nad sobą użalam? Ale może poradzicie mi przy okazji, jak żyć w małżeństwie? Bo to spędza mi sen z powiek chyba bardziej. Może dopiero teraz dociera do mnie jak trudnym jest to wyzwaniem. Przepraszam z góry, za ten słowotok. Skąd wzięły się w mojej głowie te wszystkie lęki?

Jako przyjaciółka rozwódek, mam już za sobą dwa rozwody. Na jednym byłam świadkiem, na drugim nie, ale i tak o wszystkim dokładnie byłam poinformowana. Jednym słowem, wiem jak się rozwodzić. Wiem też, że nie ma nic gorszego jak weekendowy tata i walka o alimenty. Jako przyjaciółka znudzonych mężatek, mam za sobą niezliczone romanse. Byłam ich alibi, gdy szły na ekscytujące spotkania z kimś, kto przede wszystkim nie był ich mężem. Wiem, jak romansować, żeby mąż miał poczucie winy, że to jego wina, bo o ciebie nie dba. Jako kumpela kilku żonatych, dobrze wiem, ile dziewczyn zdążyli poznać i to bardzo blisko - tak, już z obrączką na palcu. Wiem, co na nie najbardziej działa, jak się zabezpieczyć, żeby potem nie mogły mieć o nic pretensji. Wiem, że zgodzą się na wiele, jeśli sprytnie narysuje się im wizję wspólnej przyszłości lub przekona, że są najpiękniejsze na świecie. Bo jak mawia jeden z nich - nie ma kochanki wdzięczniejszej i mniej roszczeniowej od zakompleksionej.

Jak dodawać sobie sił, gdy masz wrażenie, że jesteś marionetką w zawodowym teatrzyku?

Jako koleżanka singielek nasłuchałam się opowieści o ich skomplikowanych związkach, w których to żonaci panowie są ich chłopakami, a one czekają aż sytuacja się wyprostuje, albo nie wiem co. OK, starczy już tego cynizmu, bo aż mnie mdli.

Znam też mężatki, które są szczęśliwe w swoich małżeństwach. Wiem, że niektóre miały kryzysy i że je razem pokonali. Tylko wciąż mi brak odwagi, zapytać o to, jaki jest przepis na udane życie ze dwoje. Jak podzielić obowiązki, żeby żadne nie było przeciążone? Rozmawiać w ogóle o tym, czy liczyć na porozumienie dusz i to, że on zobaczy, jaka jestem zmęczona? Jak dzielić pieniądze? Zwłaszcza gdy jest ich mało? Jak dodawać sobie sił, gdy masz wrażenie, że jesteś marionetką w zawodowym teatrzyku? A co mam zrobić, jeśli pewnego dnia przestanę podobać mu się jako kobieta? Albo on mnie? Jak wytrzymać w spokoju i równowadze, bez myślenia codziennie o zdradzie, wiedząc o małżeństwach, to, co wiem ja? Nie wyniosłam z domu wzorca udanej relacji. Moi rodzice rozwiedli się tak wcześnie, że nie pamiętam nic. Pytań mam tak wiele, że nie dałabym rady zmieścić ich tutaj w jednym liście. Czy to depresja poślubna? Czy może jestem rozhisteryzowaną wariatką? Ktoś wyleje na mnie zimną wodę? Poproszę.

Więcej o: