Była żona to samo zło... Czy aby na pewno?

Była żona to potwór z piekła rodem, który knuje, manipuluje i jątrzy? A może to facet kłamie i wykazuje się brakiem zdecydowania? Racje "byłych" też muszą zostać wysłuchane!

Wiele razy czytałam, jakie to straszne są byłe żony. W filmach, serialach też zawsze przewija się wątek, tej podłej byłej żony. Jak ona mataczy, dokucza, próbuje uprzykrzyć życie następnej, wspaniałej kobiecie, swojego byłego męża. Nawet na Fochu był taki artykuł, że byłe zawsze czegoś chcą.

Obecna kobieta mojego byłego, a wcześniej jego potajemna kochanka, tak samo zapewne myśli o mnie. Pewnie nie wszystko wie, ona dostała wersję, tego, który oszukiwał i mnie i ją, zdradzał także nas obie (jak to bywa - wersja dla niej brzmiała: „Ona nic dla mnie nie znaczy i tak mieliśmy się rozwieść”). Rozstaliśmy się, bo ja tak zdecydowałam, jak dowiedziałam się, że nie zamierza kończyć tej znajomości, niestety okazałam się silniejsza niż myśleli oboje - zapłacił, faktycznie, słono, za to co zrobił.

Mamy dzieci, wspólne. Wymagam od niego, żeby był ojcem, nie tylko weekendowym, on też tego chce. Gdybym kiwnęła palcem wróciłby do mnie i do domu, zakusy robi co jakiś czas. Robi tyle na ile mu pozwalam, a od mojego humoru zależy czy to jest obiad, czy to wydanie dzieci w drzwiach. Wiele razy zdarzało się, że był też seks.

Naprawia mi różne rzeczy, różne finansuje, ogólnie pomaga mi też bardzo. Są sprawy, w których jego zaangażowanie wymaga czasu, który pewnie „kradnie” swojej obecnej dziewczynie.

Więc dlaczego to ja jestem postrzegana, jakbym za wszelką cenę chciała go odciągnąć od mojej następczyni? Zaręczam, że nie robi nic, bo mu każe. Robi to - bo może chce, może zżerają go wyrzuty sumienia, może uważa, że powinien. Nie ma znaczenia.

Zapewne swojej nowej Niuni, mówi, że to on odszedł (wiecie, w końcu zdecydował sam, którą woli, to lepiej dla nowej znajomości), że ja mu podrzucam dzieci 3 razy w tygodniu na wieczory, czy też na całe noce („Kochanie nie mam czasu, znowu muszę, bo była chce się zabawić”), że każę mu jechać z moim autem do serwisu („Ona nic nie umie sama”). Ale to wygląda inaczej, umiem zrobić sama, oddać dzieci babciom czy też zapłacić za nianię, a z domu zwyczajnie wyrzuciłam, bo zrozumiałam, że jak ja nie zacznę siebie szanować, nikt inny tego za mnie nie zrobi.

To prawda, że po nastu latach małżeństwa, jeszcze wiele nas będzie łączyło, nie tylko dzieci. Rozstaliśmy się, mimo wszystko w zgodzie, rozmawiamy ze sobą, czasem wychodzimy (teraz ja jestem ukrywana przed nową kobietą), spotkania rodzinne - też nadal razem, chociaż wszyscy wiedzą, że oddzielnie. Umiemy się dogadać, być może brak asertywności ojca moich dzieci, powoduje, że żyje nie do końca jakby chciał, że zgadza się na tak wiele w stosunku do mnie. Nie wiem, ale daleko mi do kombinowania, podstępów i gierek. Z drugiej strony, nie jestem też biedną myszą (jak jego obecna, którą tak pocieszał, po mężu skur... nu), jestem silna, zorganizowana, umiem osiągnąć to, co chcę.

Solidarność jajników, tak wyszydzana przez mężczyzn nie istnieje, bo tak łatwo dajemy sobą manipulować, dla chorych związków. Zresztą nie będę diagnozować kobiet, które decydują się być kochankami, ukrywanymi czasem całe życie.

Chciałabym tylko, żeby na byłe żony nie patrzeć jak na potwory. Fakt, w życiu razem nie wyszło, ale nie tylko z powodu humorów i fochów żon - mężowie, też często dają ciała, nikt bardziej - każdy po połowie. Nie byłam fair, były mąż nie był fair - tyle, nic więcej.

Więcej o: