Nieidealne matki, niedoskonałe córki - próba dialogu

Relacje matka-córka są z reguły, delikatnie mówiąc, dość skomplikowane. Foch stał się ostatnio areną międzypokoleniowej rozgrywki, w której każda ze stron wysuwa swoje racje i wystawia rachunki krzywd. Oto kolejny głos w tej sprawie.

Droga redakcjo,

Bardzo poruszył i wzbudził wiele emocji ale chyba przede wszystkim zasmucił mnie list od Matki Nieidealnej "Niewdzięczna córko, co Ty wiesz o moim życiu".

Mam wielką ochotę napisać do Matki Nieidealnej a także do wielu innych matek, które "ciągle dają i dają i jeszcze bezwarunkowo kochają" oraz tym które "życzą swoim córkom tak ciężkiego życia jak one miały", że list "Bardzo kocham swoją mamę, ale rzadko kiedy ją lubię", do którego odniosła się autorka nie był wcale piętnowaniem, oceną matek czy przedstawieniem zarzutów o złe wywiązywanie się z roli matek, tylko o wielkiej samotności, smutku i bolesnym braku więzi ze swoją mamą. O braku bardzo podstawowych relacji, które w moim przekonaniu powinny łączyć rodziców z dziećmi - wsparciu, miłości, szacunku, trosce, empatii, zainteresowaniu.

Drogie Nieidealne Mamy, jakkolwiek nie byłoby Wam ciężko i źle i jakkolwiek nie były ciężkie czasy w których przyszło wam żyć, to chciałabym Wam zwrócić uwagę na jeden drobny szczegół, który jest pomijany w tej całej dyskusji o dobrym i złym wychowaniu, relacjach dzieci-rodzice.

Wy kochane mamy/rodzice mówicie o poświęcaniu się, nieprzespanych nocach, wyjazdach w celu zakupienia potrzebnych nam rzeczy materialnych, staniu w kolejkach, handlu i wielu wielu innych bardzo ważnych sprawach, których nie chcę umniejszać. A my dzieci "dorosłe dzieci, które nie mogą się odnaleźć w dorosłym życiu” mówimy o braku czułości, bezwarunkowej miłości czy braku czasu dla nas i naszych potrzeb.

Piszę ten list bo skala „oskarżeń” rodziców, których znam i o których czytam w stosunku do dzieci o brak wdzięczności jest tak ogromna, że nie mogę przejść wobec tego obojętnie. Słyszę dość często w jakich to ciężkich czasach Wam rodzicom przyszło żyć, że byliście "na dorobku". Tylko mam wrażenie, że w tym całym zmaganiu się o to żeby dzieciom było lepiej (miały lepsze ubrania, meble, zabawki itp.), że to przecież wszystko dla nich i rodziny - zapomnieliście tak naprawdę o samych dzieciach a dokładniej o braku zaspokajania ich potrzeb emocjonalnych. I ja jako dorosła 30-letnia córka - też już matka 3-letniej córeczki i 90% moich znajomych, którzy nie mogą odnaleźć się w dorosłym życiu, nie mogę zrozumieć tego, że narzekacie na niewdzięczność i brak szacunku czy miłości ze strony dzieci a najzwyczajniej w świecie nie nauczyliście nas tego.

W tych czasach również nie jest łatwo. Wielu młodych ludzi boryka się z kredytami, brakiem pracy, mieszkania. Musiałam wrócić szybko do pracy, bo mogłam ją stracić, mąż nie zarabia dużo, a nie myślę o tym jakie ubranka kupić żeby nie było gorsze od innych dzieci (bo pożyczam lub kupuję w najtańszych sklepach). Nie myślę o tym czy moje mieszkanie wygląda lepiej lub gorzej od innych bo mam to na co mnie stać. Nie myślę o tym ile muszę się nasiedzieć przy chorym dziecku i ile brać zwolnień lekarskich (a choruje bardzo często) tylko z czułością pielęgnuję, rozmawiam, spędzam czas, przytulam. Przede wszystkim bardzo chcę poznawać własne dziecko. Wracam szybko z pracy, żeby ugotować obiad a później układam z dzieckiem klocki, chodzę na spacery, pytam, rozmawiam. I to nie jest "nowoczesność dzisiejszych czasów" tylko naturalna potrzeba, chęć kontaktu i poznawania własnego dziecka, przebywania z nim. Nie mam też więcej czasu niż moi rodzice (moja mama nie pracowała zawodowo), bo są te same obowiązki domowe + niejednokrotnie praca/dokumenty przyniesione z pracy.

Kochane mamy/rodzice nam w dzieciństwie (i mówię tu za większość moich znajomych) nie było potrzebne to wszystko o co tak zabiegaliście dla nas (rzeczy materialne). DLA NAS ważni i potrzebni byliście tylko Wy, po prostu Wy. Wasza obecność - taty i mamy, zainteresowanie, Wasz czas tylko dla nas przy wspólnej pracy ale i zabawie, Wasz ciepły uśmiech rano i wspólne śniadanie i obiad jeśli nie w tygodniu to chociaż w weekend a nie zrywanie z łóżek, wrzask, kanapki w plecak i do szkoły. Wspólne odrabianie lekcji albo chociaż tylko sprawdzenie czy jest zrobione. Wspólny spacer a nie telewizor, czytanie, rozmowy o tym co się u nas dzieje, rozwiązywanie błahych i ważnych problemów, przytulanie, chwalenie, docenianie, ciepło słowo jak smutno ale i jak wesoło. I wiele innych. Ale i patrzenie na uśmiechniętych, kochających się, odnoszących się do siebie z szacunkiem rodziców, którzy są RAZEM, gdzie czuje się bezpieczeństwo i stabilność. Proszę mi pokazać taki dom. Pewnie ktoś powie takich ideałów nie ma a ja mówię o PODSTAWACH. Skąd my dzieci mieliśmy się uczyć? I na jakich podstawach budować własne rodziny? Z czego brać?

Dzieci z takich domów nie miałyby problemów z mówieniem kocham, okazywaniem otwartości, uczuć, z dbaniem o własne potrzeby, rozwijaniem zainteresowań, problemów w relacjach międzyludzkich, niskiego poczucie własnej wartości, braku umiejętności rozmawiania, rozwiązywania konfliktów, ciekawości świata, chęci to pracy.

Wielu z dorosłych 30-latków dopiero teraz się tego uczy (bo dopiero w kontaktach z innymi ujawniają się braki) bo chcą inaczej niż ich rodzice pokazywać swojemu dziecku czym jest miłość. Bo mają odpowiedzialność prawną jako rodzice zapewnić materialne rzeczy dziecku ale rodząc/wychowując je wzięli odpowiedzialność również za jego wychowanie, rozwój psychiczny i emocjonalny i to nie jest poświęcanie się. Nie mamy prawa zrzucać odpowiedzialności za niedobre zachowania naszych dzieci na trudne czasy, tylko szukać w sobie odpowiedzi: jak mogę coś poprawić kiedy widzę, że coś się sypie lub dziecko zachowuje się w nieodpowiedni sposób, co zrobić lepiej, jak okazywać uczucia i obserwować dziecko, słuchać bo TERAZ JE wychowuję. Nie chcę robić tego bilansu za naście lat. Żalicie się drogie mamy/rodzice i nie wiem tak naprawdę dlaczego. To że dziecko nie chce do Was przyjść, porozmawiać o swoich sprawach, czy Was odwiedzać, że jest niewdzięczne, to nie jest ich wina (czy ogólne rozkapryszenie dzieci), tylko relacji jakie Wy dorośli nie potrafiliście stworzyć z własnym dzieckiem.

Czy naprawdę trzeba tłumaczyć fakt, że To MY RODZICE uczymy nasze dzieci wyznaczania granic, tego jak rozmawiać, jako okazywać uczucia, jak się zachowywać w określonych sytuacjach. Swoją postawą, tym jaka atmosfera panuje w domu, w relacjach z mężem, partnerem, przyjaciółmi i ludźmi spotkanymi na ulicy uczymy nasze dzieci. Robią to co widzą w rodzinnym domu + wychowanie społeczne. Nie upraszczam, bo sama 80% schematów wyniosłam z domu.

Więc może trzeba sobie postawić pytanie nie dlaczego dzieci są takie niedobre i niewdzięczne tylko czy nauczyłam/łem podstaw? Czy okazywałam/łem wystarczająco miłości, czułości, zainteresowania, że te dorosłe już dziecko może do mnie przyjść i porozmawiać bez lęku, stresu, obaw, po prostu pobyć ze mną nie dlatego, że wypada bo to maja mama tylko dlatego, że chce. Droga Mamo Niedoskonała i Wy wszystkie Niedoskonałe matki proszę Was ja 30-letnia Niedoskonała córka o jedno, zastanówcie się a przede wszystkim wsłuchajcie w swoje serducha, poczujcie dlaczego czasami Wasze ukochane córki mówiły Wam, że Was nie lubią lub nie kochają. Dlaczego kłamały, nie słuchały, nie przychodziły do Was, zamykały się w swoich pokojach, ignorowały lub nie szanowały itp.

Nie mogę uwierzyć gdy czytam, że można nie odzywać się do swojego dziecka przez miesiąc. Jak może dorosła osoba mówić o swoim cierpieniu gdy jej dziecko przez właśnie takie "treści - zdania" wyrzuca z siebie lęk i "woła o pomoc", szuka kontaktu, nieudolnie bo przecież skąd ma wiedzieć jak. Pomyślałaś Droga mamo co te dziecko "bezwarunkowo kochane" bez względu na to ile miało lat CO CZUŁO, co musiało przeżywać przez ten miesiąc? Pytałaś? Gdzie są Ci dorośli i odpowiedzialni? Wiele z Was stwierdza, że po prostu nie ma kontaktu z dzieckiem. Dlaczego?

Jak można mówić, że zarwało się wiele nocy gdy dzieci chorowały? Dlaczego dziecko ma to docenić? Gdzie zwykła empatia i współczucie? Nieidealna mamo czy nie chciałabyś aby w chorobie ktoś się Tobą zajął z troską i oddaniem? Czym w taki razie jest ta bezwarunkowa miłość Drogie mamy o której tyle mówicie?

Płakać mi się chce gdy czytam takie artykuły, bo to boli, bo to pokazuje, że nie chcemy się uczyć, myśleć nad własnym postępowaniem, relacjami z najbliższymi. My Was nie piętnujemy tylko próbujemy zrozumieć, dalej szukamy miłości i wsparcia już jako dorosłe dzieci. Ja i wiele innych córek nie ma satysfakcji z tego, że matkom się coś nie udało lub nie udawało i nie życzyłabym swojemu dziecku, żeby doświadczyło tego samego, wręcz przeciwnie. Chcę aby miała lżej i lepiej w relacjach ze mną, z rodziną, przyjaciółmi, w ogóle w życiu.

Więc Drogie mamy przestańcie oskarżać, bulwersować się, tłumaczyć się i usprawiedliwiać bo czasu nie cofniecie, tylko po prostu chciejcie przy nas być bezwarunkowo i nas wpierać, chciejcie rozmawiać nie o waszych lękach i troskach (bo my nie jesteśmy za nie odpowiedzialne) tylko o naszych. Uczcie się mówić wprost, że tęsknicie, że chcecie pomagać. Tylko trzeba pamiętać o jednym, że choć warto naprawiać te relacje to długa jest droga do odzyskania zaufania zaniedbanego emocjonalnie dziecka. Wiem też, że przez takie postępowanie będzie mniej dorosłych dzieci, które nie będą mogły się odnaleźć w dorosłym życiu. I jeszcze jedno - wcale nie chodzi o to żeby być idealną matką, bo takich nie ma, tylko o to aby być dobrą, kochającą, ciepłą i otwartą na potrzeby dziecka.

I może by tak zamiast "Niewdzięczna córko, co Ty wiesz o moim życiu" - "Kochana córko usiądźmy i porozmawiajmy o Twoim i moim życiu".

30-letnia córka i matka.

Więcej o: