Mam miłość i się tego nie wstydzę

Katarzyna napisała do nas troszkę w odpowiedzi na "Szukasz miłości? Błagam! Nie bądź idiotką!". Zastanawia się, czy skoro jest szczęśliwa i ma fajnego męża, to może nie pasuje do dzisiejszego świata?

Nie wiem jak w obecnym świecie, ale w świecie mojego podwórka miłość ma się dobrze. Moje podwórko ma 25 lat, gwoli ścisłości. Ponoć - w moim otoczeniu - "modny wiek" na zawarcie związku małżeńskiego. Jakoś tak wyszło, że wpasowałam się tę modę. I nie dlatego, że dziecko w drodze, że wpadka, czy że inne takie. Miłość, takie to mainstreamowe.

Miłość, którą początkowo odrzucałam i broniłam się rękoma i nogami. Łaził za mną trzy lata, od czasu kiedy poznaliśmy się w realu, bo choć z jednej mieściny, poznaliśmy się w internetach. A ja go zwodziłam, że nie, że przyjaciele. A on codziennie wysyłał mi na Gadu-Gadu linki do piosenek. Podbił moje serce utworami Lipali i Comy. To znaczy wydarł wyrwę w murze do mojego serca i tak cegiełka po cegiełce...

W tym czasie spotykałam się z draniem, który obiecywał piękną przyszłość, zapewniał o miłości, a jednocześnie walił po rogach. Ot, takie moje durne szukanie i "wierzenie" w miłość. A facet drań, która by takiego nie chciała? Niegrzecznego chłopca? I kiedy dowiedziałam się o zdradzie, wypłakiwałam się przez Gadu Gadu mojemu obecnemu mężowi. Pytałam go retorycznie, pełna rozpaczy i tendencyjności: "czy wszyscy faceci są tacy?", "czy są na świecie mężczyźni, którzy naprawdę chcą założyć rodzinę?" A on wprost odpisywał "ja nie jestem taki, chcę założyć rodzinę, nie boję się tego, jest to jednym z moich priorytetów". A ja to czytałam, ale w głowie nie kodowałam, mózg mój tego nie przyjmował, serce wydawało się być jakieś zaspane.

Pojechał ze mną na Sylwestra, na kaca w Nowy Rok przyniósł mandarynki z listkami, o takich rozmawiałam z przyjaciółką wieczorem przed imprezą Sylwestrową. I moje otrzeźwiające zdziwienie: "skąd on w Nowy Rok wytrzasnął te mandarynki?!". W Sylwestra łaził za mną do pokoju w którym jaraliśmy fajki, siekierę szło powiesić, a on brał mnie na kolana i czekał. I zrobił obiad w Nowy Rok, bo ja z przyjaciółką ledwo dychałyśmy od tych fajek i wódki. I nie mogłam wyjść z podziwu. I przyjaciółka też nie. I zapytałam przyjaciółki "co o nim myślisz?" ona: "Boże, Kaśka, ON zrobił OBIAD, który ponadto był smaczny!". A nikt go nie prosił. A może był po prostu głodny?

Wiecie co? Mam najlepszego męża na świecie.

Później pojechał ze mną na Juwenalia. I była Coma. I on zamiast na koncert, to na mnie patrzył. I chociaż 6 lat starszy, to taki dziwny się mi wydawał. No co on się patrzy, jak nastolatek się zachowuje.

Innym razem jechaliśmy sprzątać jego domek letniskowy, powiedział "no chciałbym zobaczyć jak ty dokładnie sprzątasz, skoro piszesz mi, że robisz to co trzy dni". No i mu pokazałam, aż się zawstydził, bo to jego sprzątanie... - do zaakceptowania, ale nie dokładne, mamusia mnie wyuczyła sprzątania, to prawda...

No i tak od Sylwestra, przez Juwenalia, do sprzątania domku...Nie, nie zaciągnął mnie do łóżka. I nie wcisnął pierścionka zaręczynowego miesiąc po częstszych spotkaniach. Po prostu się toczyło. I uczucie się zaczęło rozwijać. Poczekał aż skończę studia. Zamieszkaliśmy wtedy razem. Po roku wzięliśmy ślub. I wiecie co? Mam najlepszego męża na świecie.

Robi obiady, kiedy wcześniej wróci z pracy, albo sprząta mieszkanie, zrobi porządek w przydomowym ogrodzie. Czasem wymienia żarówkę przez miesiąc, albo cieknący kran w łazience równie "szybko", ale pozmywa po obiedzie, kiedy ja robię posiłek, albo przyjdzie i zapyta "co mogę Tobie pomóc, kochanie?".

I jest jak w Klanie "kochanie, podałabyś mi sól?". I to nie jest dla śmiechu, nie jest dla pokazania się. Tak jest na co dzień. I ani przed, ani po ślubie nie jest inaczej. Jest stabilnie, tak samo, seks smakuje lepiej.

I jak ciskam piorunami, i wstępuje we mnie szatan kobiecości, i trzaskam drzwiami, bo damskie fochy i durne widzimisię zdarzają mi się, to mąż milczy, nie robi min, nie przewraca oczami. Siedzi, słucha i milczy. Czeka aż huragan przejdzie, a ja jestem w innym pomieszczeniu i sapię z gniewu. I on wtedy podchodzi jak treser do lwa, bierze za rękę albo przytula. I czeka aż mu spojrzę w oczy, a ja nie mogę, bo uzmysławiam sobie, że ten tajfun był bzdurny. A ja go przepraszam. Bo kłótni nie ma, jest mój monolog. Rzadko, ale czasem się odbywa.

Jak można mówić/sądzić, że miłość jest żenująca?

Chociaż żoną jestem 1,5 miesiąca i pewnie wiele z Was się teraz z tego śmieje i myśli w duchu "poczekaj aż będą dzieci, poczekaj za kilka lat", los również nie wystawił naszej miłości na żadną próbę, to mimo to i mimo świadomości, że hen wspólnej prozy życia przed nami, to jestem szczęśliwa i męża chwalić będę. I będę mówić, że miłość jest, będę miłości bronić. Może dlatego, że jej zaznałam? Jak można mówić/sądzić, że jest żenująca? Prawdziwa miłość żenująca? W świecie, któremu brak podstawowych wartości? A kto tak powiedział, że miłość to wiocha? Jak szacunek, poświęcany czas i uczucie okazywane drugiemu człowiekowi i sobie nawzajem można nazwać idiotyzmem?

Może nic o tej miłości nie wiem, według współczesnego świata może ta miłość jest żenadą. Ale mamy się dobrze. Żyjemy sobie na swoim podwórku, ze staroświecką miłością, z szacunkiem i chęcią dawania siebie drugiej osobie.

Nie pasujemy chyba do tego świata?

Katarzyna