To szkoła jest niegotowa na reformę, nie sześciolatki!

Foch jest medium szybkim i mieści w ramówce tyle treści, ile trzeba - tyle słowem wstępu. A teraz do rzeczy: napisała do nas Czytelniczka Maja, która cierpliwie i skrupulatnie tłumaczy swój punkt widzenia w kwestii, która doczekała się gorącej dyskusji pod tekstem Aleksandry: ratować te maluchy czy nie?

Pani Aleksandro (nie śmiem napisać „droga”, bo mogę być kotem! żart, żart)

Postanowiłam napisać list, bo niekiedy publikujecie odpowiedzi w odpowiedzi na odpowiedź, może mi się uda i zdecydujecie się upublicznić to, co mam do powiedzenia - przy założeniu, moim zdaniem dość słusznym - że reforma, referendum i cały temat edukacji ma wśród Fochów i Foszanek także przeciwników. I bynajmniej nie rozmawiają oni na poziomie „chrońmy nasze dzieci przed szkołą, dajmy im dłuższe dzieciństwo!” Nie. Problem jest złożony, chciałabym mieć szansę o tym powiedzieć głośno. Bo mamy wolne media... podobno. A niekiedy nawet i szybkie.

Szkoła gotowa nie jest i to nie tylko na dzieci 6-letnie, ale i na rok, dwa starsze.

Wprowadzanie reformy edukacji w obecnym kształcie wygląda tak:

- szkoły nie są gotowe; wie to MEN, wie rząd, wie NIK i Sanepid. Wiedzą rodzice, którzy zgłaszają konkretne przypadki mniejszych i większych niedociągnięć. Chodzi o kwestie typu brak ciepłej wody/świetlicy/stołówki. Tak, papieru toaletowego też. I nieszczęsnego dywanika. Stosownie do potrzeb, problemy te są albo pomijane w publicznych wypowiedziach, albo wykpiwane, albo oddalane machnięciem ręki: „szkoły nie są gotowe, ale będą” (w bliżej nieokreślonej przyszłości);

- wyrzucono z przedszkoli naukę czytania, pisania i liczenia; obecnie oznajmia się, że przedszkola niczego nie uczą, trzeba dać dzieci do szkoły, bo stanęły w miejscu z rozwojem;

- pokazuje się dane z krajów zachodnich, w których obowiązek szkolny jest od 6, a nawet 5 roku życia; MEN promiennie oznajmia, że jeśli nie podążymy za Zachodem, to będziemy ciągle w tyle, zacofani.

- obawy o kwestie niedostatecznego rozwoju emocjonalnego są ignorowane lub kwitowane iście amerykańskim „damy radę!”

- przedstawia się na plakatach uśmiechnięte mamy z dziećmi, które są zachwycone szkołą i osiągami swoich sześciolatków;

- rodzice zaniepokojeni tematem są w mediach i towarzyszących komentarzach określani pośrednio lub wprost mianem niekompetentnych w zakresie wiedzy o własnym dziecku ciemnogrodzian, matek-kwok siedzących w domu i trzęsących się nad dziećmi-półdebilami (sic!)

Według mojego światopoglądu (być może nazbyt ograniczonego), reformy winno się wprowadzać od strony głowy, a nie odwłoka. Najpierw przygotować temat logistycznie, a dopiero potem odważyć się na eksperyment na żywym organizmie. W przypadku tej reformy mamy natomiast sytuację wręcz absurdalną: szkoła gotowa nie jest i to nie tylko na dzieci 6-letnie, ale i na rok, dwa starsze. Przykład pierwszy z brzegu: w świetlicy przeważnie przebywają różne grupy wiekowe łącznie z gimnazjalnymi, nauczyciel nie ma możliwości czuwać w pełni nad wszystkimi, a rodzice są niejednokrotnie zmuszeni, by pozostawić dziecko pod opieką szkoły na czas swojej pracy. To nie egoizm, to rzeczywistość, którą rząd na równi z innymi przesłankami winien w swoich projektach brać pod uwagę. Jeśli bywa to pobyt traumatyczny dla dziecka 7-letniego - a bywa - to co dopiero mówić o młodszym o rok, jeśli nie więcej? A to tylko jeden przykład z wielu na to, w jakim stopniu reforma jest odrealniona.

Nie jest dobrze, kiedy pytanie o przyczyny wyprowadzenia programu nauczania z przedszkoli i przedszkolnych zerówek jest kwitowane milczeniem, a jednocześnie podnosi się kwestię konieczności zapewnienia dzieciom rozwoju. W szkole.

Nie jest dobrze, kiedy namawia się rodziców do puszczania młodszych dzieci do szkół przy pomocy statystyk z Zachodu - podczas gdy wystarczy zagłębić się mocnej w temat, by się przekonać, że ani warunki czy programy tychże szkół nie przystają do naszych, ani sama idea formalizacji nauki w szkole nie stanowi obecnie przedmiotu zachwytu zachodnich psychologów. Tu warto wspomnieć, że na Zachodzie wczesny obowiązek szkolny to już tradycja kilkupokoleniowa, istnieje więc możliwość dokładnego przeanalizowania skutków pewnych rozwiązań. I jeśli podnoszą się tam głosy negatywne, jeśli istnieją mocne przesłanki, iż zbyt szybkie tempo nauczania we wczesnych latach skutkuje spowolnieniem zdolności do przyswajania wiedzy w latach późniejszych, to należy wziąć i te statystki pod uwagę. Zwłaszcza, że nie mamy własnych.

Bo nie jest dobrze (znowu), kiedy przywołuje się przysłowiową już mamę Kacpra (z całą sympatią dla tej pani uczącej w szkole własnego dziecka, nawiasem mówiąc) jako przykład wspaniałego dopasowania się 6-latka w struktury obecnej szkoły oraz nagłaśnia się podobne opinie, a nie wspomina się przy tym, że to są rodzice, którzy nie tylko mieli wybór, ale i konsultowali go z Poradnią Psychologiczno-Pedagogiczną; do szkoły trafiły więc dzieci ponadprzeciętnie rozwinięte - do kolorowej szkoły z plakatu, dodajmy. I nie wszystkie sobie poradziły, przecież są na to statystyki. Wiem doskonale, że istnieją znakomite szkoły i takie dzieci, nikt tego nie neguje; ale nie można prezentować wycinka danej grupy i przez ten pryzmat autorytatywnie oceniać całość rocznika.

Wierzę, że za jakiś czas szkoły mogą być gotowe, by zająć się młodszymi dziećmi.

I po raz ostatni - nie jest dobrze, kiedy rodzic oddaje dziecko pod opiekę do szkoły państwowej, która w zamian wyciąga rękę o pomoc w sfinansowaniu malowania klasy, zakupie materiałów edukacyjnych czy remoncie dachu. Faktem jest, że samorządy nie mają na szkoły wystarczających środków, to prawda. I prawdą jest, że niekiedy kilka złotych „na łebka” nie będzie stanowiło większego problemu. Ale nie można odwracać problemu, jak się to powtarza w komentarzach nieprzychylnych przeciwnikom reformy - kiedy rodzic buntuje się przeciwko łożeniu na rzeczy niezbędne, kiedy usiłuje wytłumaczyć, że przecież na to idą podatki, że on może, ale dlaczego musi, to się dowiaduje, że w takim razie nie chce współpracować i prawdopodobnie nie kocha swojego dziecka, skoro nie chce mu zapewnić wygód w szkole. Przecież to stawia na głowie cały problem i odwraca uwagę od istotniejszych spraw.

Chciałabym być dobrze zrozumiana - życzę sobie,  nie - żądam możliwości rozwoju dla mojego 6-latka. Wierzę, że za jakiś czas szkoły mogą być gotowe, by w sposób możliwie bezpieczny i - co kluczowe - faktycznie, namacalnie rozwojowy zająć się młodszymi dziećmi.

Mogą. Ale nie są.

Być może problem referendum i głos państwa Elbanowskich rzeczywiście został spłycony w powszechnym przekazie medialnym (bo na ich stronie można wszystko sobie wyczytać całkiem obszernie); być może to przeciwko temu przekazowi podnosi się sprzeciw rodziców zadowolonych ze szkoły swojego dziecka. Nie wykluczam, że właśnie dlatego wiele osób poczytuje za swój obowiązek dorzucić swoją opinię do publicznej dyskusji i, kryjąc się za anonimowym nickiem, nazywać nas przewrażliwionym zaściankiem, który ogranicza rozwój własnym dzieciom? To zresztą jedno z łagodniejszych określeń, ot, urok „internetów”. Nie wierzę jednak, że wszyscy krytykujący nas stoją naprawdę po przeciwnej stronie w tym temacie.

Przecież my chcemy zapewnienia naszym dzieciom możliwości rozwoju - jak i Wy, drodzy zwolennicy reformy. Mamy powody do obaw, jak to wyłuszczyłam powyżej. Tych obaw nie zwalczą pojedyncze, anonimowe zresztą głosy, że „moja wnusia poszła jako 6-latka i sobie radzi” czy „u nas w Irlandii jest super edukacja, a jaki rozwój wspaniały, nie bójcie się dać dzieci do szkoły”. Nikt temu nie przeczy. I to nie jest rozwiązanie, aby teraz masowo „odraczać” 6-latki - chyba, że skala zjawiska może wpłynąć na wycofanie się z reformy, swoją drogą byłby to interesujący eksperyment społeczny.

Chodzi wyłącznie o to, że ilość nieprzygotowanych szkół przewyższa te przygotowane - fakt nie do ominięcia. Że rząd - jak to rząd - uskutecznia propagandę, ale ich argumenty można naprawdę bez trudu zbić i stoimy w punkcie wyjścia. Że dotąd był wybór - niech więc będzie nadal.

My się zaczynamy zastawiać, czy mamy nienormalne dzieci - ponieważ ministerstwo na podstawie promila uznało, jaka ta norma jest.

Drodzy rodzice ponad wiek rozwiniętych, wygadanych, towarzyskich i zdyscyplinowanych sześciolatków - jeśli chcecie, to bramy szkolne macie otwarte, to nigdy nie był problem, nakaz Wam tego przecież nie zablokuje. Blokuje coś za to nam, obserwującym kulisy procesu wprowadzania naszych dzieci do szkoły - musimy w poradniach udowadniać, że nasz 6-latek jest rozwinięty normalnie, a jednocześnie niedorozwinięty w zakresie edukacyjnych oczekiwań; na nas spada ciężar argumentowania o wadze słuchu fonemowego w procesie nauki czytania i pisania tempem szkolnym (1 rok zamiast dwóch, jak dotąd), o niedostatecznych zdolnościach motorycznych. I cichcem-chyłkiem rodzi się przekonanie fatalne: a może moje dziecko jest faktycznie nienormalne? A może on jest opóźniony? A może ona jest upośledzona psychoruchowo?

Wbrew kanonom psychologii, wbrew udowodnionym tezom o różnicach rozwojowych 6 i 7-latków, wbrew faktom na temat tempa rozwoju emocjonalnego dzieci młodszych my się zaczynamy zastawiać, czy mamy nienormalne dzieci - ponieważ ministerstwo na podstawie promila uznało, jaka ta norma jest. Coś tu jest bardzo nie tak - i choćby z tego powodu należałoby wstrzymać reformę dla dzieci 6-letnich, o której korzyściach można wyłącznie spekulować. Warto rozpocząć zamiast tego dyskusję o szkole w Polsce w ogóle. Warto, by wzięły ten argument pod uwagę osoby, które twierdzą, że „nakaz” jest lepszy od „wyboru”.

PS. Wiem, że list jest długi. Mogłabym go skrócić, ale nie wiem, jak to zrobić, nie ucinając treści - bo wtedy powstałby z niego krzyk o braku toalet. W pigułce. On się zmieści w ramówce, ale nie wyjaśni, o co tu chodzi. Liczę, że uda się nie tylko puścić wypowiedź w ogóle, ale i - o zgrozo - w całości.

Moim zdaniem warto dać drugiej stronie szansę na prezentację argumentów bez gwizdka, że „czas się skończył”.

Bardzo proszę.

Maja Winarska