Jestem kusicielką mimo woli - odpowiedź na list o uwodzicielce

Pozory mogą mylić, a przypisywane nam intencje nie zawsze są prawdziwe. Tak twierdzi nasza Czytelniczka, która ostatnio dowiedziała się, że jest kusicielką. Mimo woli...

Zaczęłam czytać Focha w trudnym momencie swojego życia, dlatego na wstępie chciałabym podziękować Wam za to, jak lektury niektórych artykułów pomogły mi i nadal pomagają poskładać mnie z powrotem i odnaleźć mój sposób postrzegania świata. Wiele z nich zmusiło mnie do rewizji poglądów i rozmyślań na przeróżne tematy. Chciałam wam powiedzieć dziękuję, macie swoją cegiełkę w utrzymaniu mnie poza "obłędem” i odkrywaniu mojego ja, które przez długi czas było tłamszone.

Poza podziękowaniem, chciałam także zająć stanowisko w dyskusji związanej z "listem o uwodzicielce”. Opublikowaliście listy przedstawiające sytuację z kliku perspektyw, teraz ja chciałam pokazać Wam ją z innej strony. W pierwszym liście autorka opisuje kobietę jako kokietkę, która perfidnie uwodzi wszystko dookoła. Jednak jak zmieni się osąd całej sytuacji, jeśli napiszę, że ta kobieta może robić to nieświadomie? Czy to w ogóle coś zmienia? Dla mnie wiele, gdyż ja jestem w pewnym stopniu taką kobietą.

Jestem daleka od traktowania mężczyzn jak obiektów zainteresowania seksualnego, nie wspominając już o związku.

Problem w tym, że nie mam żadnej kontroli nad tym, ani tego nie zauważam. Gdybym była "uwodzicielką” z pierwszego listu, a jego autorka przedstawiła mi swój punkt widzenia, przypuszczam że moją reakcją byłoby bezbrzeżne zdumienie. Flirt? Uwodzenie? Jakiekolwiek zainteresowanie poza czystym totalnie aseksualnym koleżeństwem? Nie. Tak, wspólne zainteresowania i praca - to rodzi więź między ludźmi, jednak dla mnie to więź braterska, jestem daleka od traktowania tych mężczyzn, jak potencjalnych kochanków, obiektów zainteresowania seksualnego, nie wspominając już o związku. Ok, więc dlaczego mnie tak postrzegają? Nie wiem. O całej sprawie dowiedziałam się dość niedawno, dzięki kilku szczerym rozmowom, pełnym zdumienia i zdziwienia z mojej strony. Można pomyśleć, że jest to dość przyjemne, jednak trochę mniej, jeśli spotkany na konferencji mężczyzna, z którym rozmawiacie na tematy zawodowe (wyłącznie!), postanawia spróbować zbadać wasze migdałki...

"Kusicielka” mimo woli. Jednak czy można to kontrolować? Jak na razie nie znalazłam sposobu. A chciałabym, gdyż gdy chcę świadomie flirtować, wychodzi mi to fatalnie. Jak widzicie, uwodzę gdy nie chcę uwodzić, a gdy chcę, to wychodzi wielka klapa. Za to grono "psychofanów” i urażonych dziewczyn/żon/partnerek się powiększa. Oczywiście, gdy ktoś poznaje mnie bliżej, zaczyna rozumieć że to nie jest flirt, tylko moje normalne zachowanie. Jednak nie mogę zaczynać rozmowy z obcymi osobami stwierdzeniem "Cześć Nazywam się tak i tak. Jakbyś pomyślał że flirtuję z tobą, to uprzedzam, że tego nie robię. To tylko ja.” Zresztą nawet gdybym tak zaczęła, to paradoksalnie zostałoby to odebrane właśnie jako flirt. Jednak nie o problemach związanych z mężczyznami chciałam napisać, a z kobietami.

Czytając pierwszy list, miałam ochotę wrzasnąć: "To nie tak!”. Na wstępie od razu zaznaczę, że nie chcę usprawiedliwić "uwodzicielki" z listu, to po prostu moje spojrzenie na sytuację, gdyby miała dotyczyć mnie.

Za to ona z łatwością przejęła w rozmowie prowadzenie. Robiła wszystko, aby być w centrum uwagi mężczyzn.

Tak jestem ekstrawertykiem i gadułą w świecie introwertyków (taka specyfika pracy, większość jest zamknięta w sobie, a wyjątki od reguły są nieliczne). Z tego powodu to ja zazwyczaj dominuję w rozmowach. Skaczę, gadam, zapełniam całą przestrzeń. Hej! Taki mam charakter, nie chcę ukraść zainteresowania kobietom moich rozmówców, ani być w świetle reflektorów. Tak wyrażam emocje, poglądy i siebie. Czy to nie normalne że każdy ma swój sposób? Charakter? Dlaczego mój jest zły? Dlatego że jestem radosną gadułą z adhd? I dlaczego mój entuzjazm w rozmowie jest odbierany jako zainteresowanie czymkolwiek innym niż temat tej rozmowy?

Gdy już nie miała nic do powiedzenia, to sugestywnie wiła się na krześle, przybierała dość dziwne pozy lub śmiała się perliście, nawet gdy nie było powodu.

Nie wiem co napisać dlatego, że to jakby opis mnie. Nigdy nie jest mi wygodnie, wiercę się, zakładam mogę na nogę, przekładam włosy, poprawiam sukienkę. Czy to flirt z mojej strony? Broń boże, po prostu wyładowuję nadmiar energii, która nie pozwala mi usiedzieć na miejscu. Nie wspominając o śmiechu, który towarzyszy mi cały czas i jest ponoć moją "wizytówką”. Czy to, że uwielbiam rechotać, zwłaszcza z małych branżowych żartów, które postronnym osobom mogą się wydawać śmiechem bez powodu, powinno być powodem do stwierdzenia że zarzucam sidła? Serio, to, że lubię się śmiać, ma oznaczać chęć uwiedzenia faceta?

Bez skrępowania pozwalała sobie na pozornie nic nie znaczące gesty, takie jak na przykład dotykanie pleców mojego męża lub łapanie go za rękę, gdy coś do niego mówiła.

Dotykanie to ciężki temat. Nie zdarzyła mi się opisana sytuacja. Jednak w wyżej wspomnianych szczerych rozmowach, koledzy starali się mi pokazać sytuacje, kiedy ponoć "sugestywnie” otarłam się o nich, położyłam rękę na ramieniu, pocierałam nogą o nogę itd. Co mogę powiedzieć na ten temat: nic, gdyż ja tego nie pamiętam. Dla mnie tych dotknięć nie było. Próbowałam im wytłumaczyć, że prawdopodobnie otarłam się, bo było ciasno, położyłam rękę na ramieniu, gdyż się zachwiałam, a nogą pocierałam o czyjąś nogę myśląc, że to krzesło (tak, serio!) lub coś podobnego. Nie pamiętam tych sytuacji, więc musiały być bez znaczenia. Nie mogę uniknąć przeciskania się między stolikami, ratowania przed upadkiem itd. Może mogę kontrolować ruchy nogą, jednak czy na pewno zapanuję nad tym, gdy zacznę myśleć o niebieskich migdałach, odetnę się od świata zewnętrznego, a moja nadpobudliwość będzie wymagała ode mnie ruchu? Och, nie chce się usprawiedliwiać, mimo że to tak brzmi. Chcę tylko pokazać, jak dziwnie mogą być odebrane pewne gesty, całkowicie niewinne.

Od tego śmiechu nie mogę opanować tego, jak podskakują mi piersi - mówiła, sprawiając, że brwi wędrowały mi do góry.

Kolejny trudny temat, czyli słowa dupa, cycki, piersi itp. Wychowano mnie wśród facetów, ze względu na specyfikę zainteresowań i pracę spędzam z nimi całe życie. Kobieta w moim zawodzie to rzadkość. Rubaszne dowcipy i gadanie o seksie to coś, co mnie kompletnie nie rusza, nie wspominając o tym, że świetnie bawi. Tak, oni gadają o seksie i żartują z niego. Kobiety w swoim gronie także czasem to robią. Tylko że w męskim wydaniu jest to dużo bardziej bezpośrednie i mniej subtelne. Czasem pakuje mnie w sytuacje budzące zdziwienie innych. Kobieta opowiada dowcipy o cipce? Stwierdza szczerze i bezpośrednio, że boli ją tyłek albo mówi że lubi seks oralny? Ok, po tym, jak czasem coś powiem wiem, że nie powinnam tego mówić (stanowczo tego o seksie oralnym!). Do tego jeszcze skojarzenia na każdym kroku. Może zawsze trafiałam na szczególnych współpracowników, którzy ze stwierdzenia "włóż mi to", gdy mam na myśli wtyczkę i gniazdko (znów skojarzenia!), będą nabijać się kilka minut. Nauczyłam się być taka, jak oni. Zdaje sobie sprawę z tego, że strzelam gafy i jestem społecznie dziwna.

Aby odetchnąć od tego wszystkiego, uciekłam na zewnątrz zapalić. Okazało się, że to właśnie tam skupiła się większość kobiet. I to one powiedziały mi, że na celowniku „gwiazdy wieczoru” jest nie tylko mój mąż. Są też inni. W zasadzie wszyscy mężczyźni w firmie. A że przy papierosie rozmowa toczy się wartko, dowiedziałam się wielu rzeczy. Na przykład tego, że jej zachowanie działa na nerwy innym kobietom. To nieustanne podświadome konkurowanie. Bo każda traktowana była jak konkurencja i jeśli jest tylko w ich towarzystwie jakiś mężczyzna, „gwiazda” zaczynała swoje show. Mówiła w afektowany sposób, tak aby być słyszaną, prężyła się, kokietowała, kokietowała i jeszcze raz kokietowała. Relacja z nią możliwa była tylko w takim układzie, że ona była królową, a ty służką.

Oto powód całego listu. Tak, czuję się przez inne kobiety nielubiana. Dopisują moim zachowaniom inne intencje, niż te zamierzone. Widzą prężenie i kokietowania, a z mojego punktu widzenia jest to tylko próba wyładowania nadmiaru energii, charakter, osobowość, sposób bycia. Jak mam do nich podejść i porozmawiać, skoro mierzą mnie wzrokiem, który mógłby zabić? Jak czarne sępy patrzą z nienawiścią, więc nic dziwnego, że uciekam do towarzystwa ich mężczyzn, skoro jedyne co z ich strony otrzymuję, to nienawiść, mimo że nawet nie próbowały mnie poznać. Napisałam ten list, aby przybliżyć drugą stronę medalu gdyż wiem, że kobiet takich jak ja jest więcej (znam kilka, są moimi bestfriends). Tak, jestem dziwna, bez problemu umiem nawiązać rozmowę z facetem, ale kobiecie nie wiem co powiedzieć. Nie chcę być gwiazdką w otoczeniu facetów, ale tak się dzieje, bo zwyczajnie kobiet się boję, faceci są łatwiejsi, bo to znany teren, w końcu 8h dziennie widzę tylko męskie twarze. A kobiety to dla mnie coś bardziej z innej planety, mimo że jestem jedną z nich.

Pomyślcie o tym z innej perspektywy - jak jako kobieta czułybyście się, gdyby 5 innych obgadywało was na papierosie? Chyba normalną reakcją jest wtedy chłód zimnej królowej, bo cóż innego można zrobić? Podejść i powiedzieć "Hej dziewczyny ja wcale nie podrywam waszych facetów. Nie chcę ich. Porozmawiajmy, może mnie polubicie”? To chyba przyniosłoby odwrotny skutek. Nie wspominając o tym, że w 99% sytuacji nawet nie wiem, dlaczego tak na mnie patrzą, bo nie zdaję sobie sprawy, że tak jestem odbierana. Z tego powodu nie mam pojęcia, dlaczego znów ktoś patrzy na mnie złym wzrokiem i zachodzę w głowę, co znów zrobiłam. Jak wspominałam, wiem o moim nieświadomym "kokietowaniu” od niedawna. Nie wiem, czy tak było w wypadku kobiety z pierwszego listu, chciałam wam tylko przedstawić inną perspektywę.