Czy każdy człowiek rodzi się w Polsce katolikiem?

"Jak wytłumaczę młodej i żądnej prezentów latorośli, że Komunii Świętej nie będzie?" - to i kilka innych "niewygodnych" pytań zadaje sobie nasza Czytelniczka, stawiając tezę, że pobudki, dla których ludzie chrzczą dzieci bynajmniej nie są religijne. Argumenty ma mocne.

W ubiegłym już roku, chociaż nie tylko wtedy, media biły na alarm, serwując straszne historie, pokazując badania, statystyki, wyniki i rezultaty złego traktowania dzieci po to, aby znaleźć skuteczne antidotum na społeczną znieczulicę. Instytucje państwowe prześcigały się z kolei w maratonie, aby zyskać sobie wypacykowany image urzędu funkcjonującego dla petenta, a nie, jak przyjęło się mówić w kręgach samych zainteresowanych, azylu dla sieci znajomości i rodzinnego pokrewieństwa pracowników. Rzecz jasna słyszymy klecone na zamówienie telewizji wypowiedzi, że instytucje te dokładają wszelakich starań, aby przeciwdziałać, wykrywać, niwelować patologię i wspierać rodziny dysfunkcyjne albo słabo radzące sobie na arenie oczekiwań współczesnego świata. Oczywiście nie od dziś wiemy, że pomoc ta ogranicza się do rzucenia śmierdzącej ryby w postaci kilkuset złotych zasiłku, bo podanie wędki, czyli zwyczajnie zatrudnienia, czy zmobilizowania do jakiejkolwiek aktywności różnej od tej wykonywanej co dzień rano pod sklepem monopolowym, to już za wiele i za trudno. Nie zmienia to faktu, że tak jest najłatwiej. Myślenie boli, a w rządzie i w urzędach masochiści oczywiście nie siedzą.

Nie ma samodzielnych dzieci. Nie ma dzieci, które nie potrzebują rodziców.

Ale tym razem nie o tym. To był tylko wstęp do czegoś pokrewnego, ale rażącego w inny sposób. Do przymknięcia oczu na problem tych, którzy ze względu na swoją niepełnoletność nie mają prawa głosu, chociaż intelektualnie znajdują się nie raz i nie dwa ponad machiną instytucji państwowych. A dlaczego? Bo mają doświadczenie, bo widzieli, bo słyszeli, bo poczuli. Problemy dzieci z domów dziecka, bo o nich mowa, nie mieszczą się w głowie przeciętnego zjadacza chleba. Myślę, że każdy, kto posiada własne dziecko wie, o czym mówię. Nie ma samodzielnych dzieci. Nie ma dzieci, które nie potrzebują rodziców. Nie ma w końcu dzieci, które nie chciałyby być szczęśliwe. Oczywistym jest fakt, że żadne państwo nie jest w stanie dać każdemu dziecku kochającej rodziny. Nikt w tym względzie nie wymaga cudów. Niemniej jednak cywilizowany ustrój zakłada wolność słowa i wyznania. Konstytucja jest dumą każdej demokracji, nawet tak spaczonej jak polska. Artykuł 53 z patosem głosi, że Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii. Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie. Wolność religii obejmuje także posiadanie świątyń i innych miejsc kultu w zależności od potrzeb ludzi wierzących oraz prawo osób do korzystania z pomocy religijnej tam, gdzie się znajdują. Czyżby? Rozumiem, że ludzie nie czytają konstytucji, bo nie ma w niej nic ciekawego, poza doskonałym materiałem do analizowania sztuki społecznej perswazji. Może jednak czasem warto byłoby się zastanowić nad frazesami, jakimi karmią nas Ci, których wybraliśmy w wolnych wyborach. Dobrze byłoby też od czasu do czasu spojrzeć im na ręce.

Nacisk społecznego otępienia wymaga na większości przykładnych obywateli konformizm.

Polska jest krajem, w którym 95% ludzi deklaruje wyznanie katolickie. Ile procent z nich wie o czym było niedzielne kazanie? Taka dygresja. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy ma prawo wyboru, do jakiego kościoła będzie należał i czy będzie należał. I tu pojawia się nieścisłość, bo nie każdy taki przywilej uzyskuje. W tym względzie dzieci nie są ludźmi, bo od urodzenia narzuca im się wiarę. Tak czy inaczej, wierzę czy mam w poważaniu to, co ksiądz mówi i czemu hołduje, dziecko ochrzczę, bo co powie babcia, ciocia, sąsiad? Obrobią mi cztery litery i tyle. A jak wytłumaczę młodej i żądnej prezentów latorośli, że Komunii Świętej nie będzie? I czym owa latorośl pochwali się przed kolegami? Nacisk społecznego otępienia wymaga na większości przykładnych obywateli konformizm. Oczywiście w każdej chwili można się z kościoła wypisać, ale o tym, że jest to droga pokrętna wiedzą tylko ci, którzy zechcieli sprzeciwić się podbijaniu katolickich statystyk. Rodzice w każdym razie są właścicielami dziecka i mają wszelkie prawo narzucić mu wyznanie. To też przewiduje konstytucja. A co się dzieje, kiedy z jakiegoś względu rodziców nie ma?

Miłość kościoła do dzieci nie zna granic, o czym przekonujemy się średnio raz na tydzień.

Zakładając najbardziej pesymistyczny scenariusz, dziecko trafia do domu dziecka, a tam Siostry zakonne! Bo kościół, miłosierny i kochający wszystkich bez wyjątku, wysyła swoje służebnice, żeby opiekowały się porzuconymi dziećmi. Czyżby osoby świeckie stroniły od pomocy potrzebującym? Ależ oczywiście, że nie. Osób, które chcą pracować z dziećmi i mają do tego kwalifikacje nie brakuje. Niemniej jednak miłość kościoła do dzieci nie zna granic, o czym przekonujemy się średnio raz na tydzień, słysząc doniesienia z polskich i nie tylko polskich parafii, które stały się oazą rozdawnictwa dzieciom miłości. Szkoda, że fizycznej, ale to się wytnie. Wracając do tematu. Człowiek, który chce pracować z dziećmi musi spełnić szereg wymogów odnośnie wykształcenia. Jest zobowiązany permanentnie podnosić swoje kwalifikacje i podlega kontroli instytucji państwowych (o absurdalności tej kontroli lepiej nie wspominać). Wymagań tych nie muszą spełniać siostry zakonne, prawdopodobnie dlatego, że są dostatecznie uduchowione, a ich poczynaniami kieruje Bóg, więc są nieomylne. Tym sposobem okupują domy dziecka serwując piekło na ziemi przebywającym w nim osobom - dzieciom i pracownikom świeckim, jeśli jakimś cudem tacy się tam znajdą. O tym, że miłość do dzieci przesłaniają im pieniądze tłumaczy chociażby tak prozaiczny fakt, jak niemożliwość adopcji dziecka do trzeciego roku życia i możliwość tej samej adopcji po trzecim roku życia. Wystarczy spojrzeć, jaka suma złotówek spływa od państwa na dziecko do trzech lat, a jaka powyżej trzech lat i problem niespełniania przez rodzinę adopcyjną warunków, które zapewniłyby dziecku normalne życie wyklaruje się sam.

Bo dwa pokoje to za mało, bo zarobki za niskie, bo rodzina nie głosi wiary w Chrystusa i nie chodzi do kościoła.

Swoją drogą normalność rozumiana w nauce kościoła trąca patologią. Czy ktoś z Was złożyłby swoje dziecko w ofierze dla ludzkości i pozwolił je ukrzyżować? Bez przesady. O tym, jakie warunki panują w domach dziecka nie trzeba mówić. Dzieciom brakuje zainteresowania i serdeczności, brakuje zwyczajnej rodzicielskiej miłości. Rodziny bezdzietne z kolei nie wiedzą, co zrobić ze swoją miłością, która w pewnym momencie wkrada się w ich życie i nie chce się uciszyć. Można znaleźć wspólny mianownik? Można znaleźć kompromis? Oczywiście, że tak i oczywiście, że nie, bo siostry zakonne wiedzą lepiej. Bo dwa pokoje to za mało, bo zarobki za niskie, bo rodzina nie głosi wiary w Chrystusa i nie chodzi do kościoła. Powód znajdzie się zawsze, żeby zachować u swojego boku kilkadziesiąt złotych w postaci niczemu nie winnego dziecka. W domach dziecka wychowankowie mają do dyspozycji jeden pokój na sześć osób, sporą sumę pieniędzy, z których znaczna porcja przypada siostrom i modlitwę przed każdym posiłkiem. Czego chcieć więcej? Czy w ogóle jakakolwiek rodzina jest w stanie dać dziecku więcej?

Siostry zakonne, pełne miłosierdzia zastraszają pracujące pod ich skrzydłami osoby obcięciem premii za nierówno poukładane zabawki.

A teraz trochę o relacjach człowiek-człowiek. Zacznijmy od dzieci, bo to ich los jest najważniejszy. Siostry zakonne to doskonałe teoretyczki, które nie mają pojęcia czym jest rodzicielska miłość, bo ich instynkt jest doskonale hamowany przez celibat. Metody wychowawcze sprawdzają się świetnie w tresowaniu pożądanych zachowań, ale nie w pełnym ciepła i troski modelowaniu ludzkiej osobowości, gdzie najważniejsza jest intuicja, cierpliwość i umiejętność spojrzenia z perspektywy człowieka, który dopiero poznaje świat. Pójście na łatwiznę i przycięcie osobowości do ram wpisujących się w kanon katolickiego obrazu człowieka jest zbrodnią popełnianą na jego charakterze. Indoktrynacja od najmłodszych lat to z kolei występek przeciwko konstytucji i demokracji. Uczestnikami tej tragifarsy kołtuńskiej na miarę Gabrieli Zapolskiej są też pracownicy świeccy. W instytucjach kierowanych przez kościół nie ma miejsca na respektowanie prawa pracy. Dochodzi do tak skrajnych sytuacji, w których pracownik dostaje umowę na dwa (tak, dwa) tygodnie i nie wie, czy po ich upływie będzie dalej pracował. Siostry zakonne, pełne miłosierdzia zastraszają pracujące pod ich skrzydłami osoby obcięciem premii za nierówno poukładane zabawki. Absurdalnym wymysłom, działającym pod egidą dobra dzieci nie ma końca. Skąd wiem? Widziałam i słyszałam, ale nie musicie mi wierzyć.

Chciałabym, aby każdy człowiek, bez względu na to, jak poukładało mu się życie miał możliwość wyboru swojej wiary.

Podsumowując. Mieszkam w mieście, gdzie w ostatnim czasie zmieniły się rządy ze skrajnie prokościelnych na antykościelne. Przynajmniej tak mi się wydawało. Sama dołożyłam swoją maleńką cegiełkę do tego, aby zmienić panujący ustrój i zawiodłam się na całej linii. Bo z jednej strony dla poklasku dofinansowuje się In vitro u stóp klasztoru jasnogórskiego, a z drugiej daje zgodę księżom na otworzenie nowego domu dziecka. Ten, który już funkcjonuje jest kierowany przez zakonnice. Nie żywię odrazy do katolików, księży i sióstr zakonnych. Nie chcę generalizować, bo na pewno są doskonałe i pełne ciepła domy dziecka prowadzone przez zakonnice, które potrafiłyby mnie zaskoczyć. Ale chciałabym, aby każdy człowiek, bez względu na to, jak poukładało mu się życie miał możliwość wyboru swojej wiary. Jestem zdecydowaną przeciwniczką chrztu, bo narzuca on wiarę, która powinna być owocem wnikliwej analizy jej podstaw i świadomą decyzją, tylko po to, aby nie była własną karykaturą, jak w przypadku tych, którzy zasilają szeregi coniedzielnej sumy, a chwilę po wyjściu z kościoła obrzucają wyzwiskami dzieci krzyczące na placu zabaw. Chciałabym też, aby do pracy z dziećmi były wybierane osoby, mające ku temu predyspozycje, a nie ludzie, którzy z obowiązku wykrzesania w sobie miłosierdzia organizują opiekę wątpliwej jakości. To wszystko. Możecie próbować mnie zrozumieć.

Matka Szczęsna z Częstochowy