Czy urodzenie dziecka sprawia, że postrzegamy innych ludzi wyłącznie jako przeszkodę?

Temat "roszczeniowych matek" wraca jak bumerang. Tym razem z pretensjami wystąpił nasz Czytelnik, Grzesiek. Jego ostatnia podróż samolotem nie była bowiem miłym i relaksującym przeżyciem...

Poleciałem po raz pierwszy tanimi liniami. Sam przelot pewnie wymaga odrębnego felietonu, dotyczącego taniego podróżowania, ale ten lot pociągnął za sobą przemyślenia dotyczące rzeczy zgoła odmiennych.

Większość matek uważa, że należy do rasy wyższej od ogółu społeczeństwa.

Dostępność cenowa lotu z Warszawy do Gdańska zaowocowała miedzy innymi całymi rodzinami z dziećmi na pokładzie. I cudownie, że w końcu całe rodziny mogą podróżować samolotem bez rujnowania rodzinnego budżetu. Trochę mniej cudownie, że te dzieci wypełniają połowę samolotu. Jeszcze mniej, że są w większości w wieku, w którym nawet nie zdają sobie sprawy z tego, co to jest samolot. A zupełnie niefajne jest to, że przez cały lot drą się wniebogłosy. Lecz to, powiedziałby ktoś, jest domeną dzieci i pretensji do nich o płacz mieć nie można. Można za to mieć (i ja właśnie mam) pretensje do ich matek. Z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu, większość (żeby nie generalizować) matek uważa, że należy do rasy wyższej od ogółu społeczeństwa. To przekonanie pozwala im iść całą szerokością chodnika z mężem i dzieckiem pośrodku. I nie zejdą, bo przecież MAJĄ DZIECKO. Postawią potem w supermarkecie wózek z dzieckiem na środku alejki, uniemożliwiając jakiekolwiek przejście, bo przecież MAJĄ DZIECKO. A na koniec wsiądą do samolotu, angażując do tej czynności cały personel pokładowy i połowę pasażerów.

Matka MAJĄCA DZIECKO, siedząca w rzędzie przede mną, wymogła na pasażerce siedzącej obok zmianę miejsca, które to miejsce wykorzystała po jakimś czasie do przewinięcia tegoż dziecka. Pewnie nie zwróciłbym na to szczególnej uwagi, bo słuchawki ipoda szczelnie odcinały wrzaski mniej dojrzalej części pasażerów, gdyby nie fakt, że chwilę wcześniej załoga rozniosła poczęstunek.

Czy istnieje atawistyczna nienawiść do wszystkich, którzy potencjalnie mogliby skrzywdzić potomstwo?

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się nad połączeniem zapachu kawy, ciastka wiśniowego i kupy w pielusze, to uprzejmie informuję, że nie jest to rzecz, którą mógłbym polecić. Otwarcie przeze mnie wywietrznika skwitowane zostało teatralnym syknięciem i wymownym spojrzeniem oznaczającym, że przecież ONA MA DZIECKO. Niestety, ponieważ jestem chamem, świnią, swołoczą, wodą na młyn odwetowców i piaskiem w tryby polskiego komunizmu, ani syknięciem, ani spojrzeniem specjalnie się nie przejąłem. Zastanowiłem się jednak nad fenomenem matek MAJĄCYCH DZIECKO. Czy urodzenie dziecka rzeczywiście powoduje jakaś zmianę w mózgu, dzięki której zaczyna się postrzegać innych ludzi wokół wyłącznie jako przeszkodę? Czy jest to atawistyczna nienawiść do wszystkich, którzy potencjalnie mogliby skrzywdzić potomstwo? Czy wieki cywilizacji niczego w tej kwestii nie zmieniły?

Mam wrażenie, że ukształtowało się w nas przekonanie o tym, że dzieci trzeba bronić za wszelką cenę. Dzięki temu matki MAJĄCE DZIECKO automatycznie stają się gatunkiem chronionym, przez co przechodzą na wyższy poziom i dostają dodatkowe punkty. Zupełnie niedopuszczalne staje się wtedy zwrócenie uwagi na, na przykład, taki fakt, że ja też chciałbym przejść tym chodnikiem, zrobić zakupy i wypić spokojnie kawę, racząc się ciastkiem wiśniowym. Mam tylko cichą nadzieję, że nie tylko ja widzę tu jakiś problem, bo oznaczałoby to, że to ja właśnie jestem na niższym poziomie niż reszta społeczeństwa, a nie byłaby to szczególnie przyjemna myśl. Pozostawałoby tylko jedno wyjście: MIEĆ DZIECKO!

Grzegorz Rybak