Głupie małe kłamstewko, które zjada człowieka od środka

Każdemu czasem zdarza się skłamać - z delikatności, w dobrej wierze, czasem z lenistwa lub ze strachu. Nie ma co o to kruszyć kopi. A co, jeśli głupie kłamstwo burzy nam monumentalną postać ukochanej osoby?

Znam mojego męża osiem lat. Od pięciu jesteśmy małżeństwem. Bywa trudny, jest uparty i bardzo honorowy. Pociągało mnie to w nim zawsze, bo było gwarancją bezpieczeństwa: ma takie zasady, że prędzej da się pokroić, niż je złamie. Jedną z tych zasad jest szczerość. Ma to swoje kiepskie strony, czasem przykre dla mnie, ponieważ mąż nie bawi się w delikatności, tylko wali zawsze prawdę między oczy. Jak wyglądam w tej sukience? Fatalna długość. Co sądzisz o moim ostatnim projekcie? Stać cię na więcej, beznadziejnie zrobiłaś zrobiłaś to i to. Nigdy się nie burzyłam, traktowałam to jak motywator, wręcz cieszyłam się, że tak to wygląda, bo gdy słyszałam komplementy, nie miewałam wątpliwości, że są prawdziwe.

Spytałam, czy zamierza się z nią widywać w ramach starej znajomości, ale powiedział, że nie.

Kiedyś widziałam męża w kawiarni z jakąś plastikową panienką, co mnie zaskoczyło. Spytałam go potem kto to, wyjaśnił mi, że stara znajoma, jeszcze z liceum, z czasów gdy mnie nie znał. Spotkali się przypadkiem i poszli powspominać stare czasy. Normalna rzecz. Poczułam dziwny niepokój związany z tą konkretną kobietą, możecie to nazwać szóstym zmysłem czy instynktem. Ale mąż wyjaśnił mi, że owszem, kiedyś dawno temu mieli się ku sobie, nic nigdy nie było i przecież nie będzie. Zresztą pewnie więcej się nie spotkają. Pamiętam, że spytałam, czy zamierza się z nią widywać w ramach starej znajomości, ale powiedział, że jak na siebie jeszcze kiedyś wpadną, to pewnie wypiją jeszcze jedną kawę, ale żeby specjalnie to na pewno nie. Nie ma z nią nawet za bardzo o czym gadać. Temat się skończył, zapomniałam o sprawie.

Mój instynkt kazał mi zrobić coś, czego się wstydzę i zawsze uważałam to za płytkie i uwłaczające.

Gdy dwa lata później moja przyjaciółka dyplomatycznie zapytała, czy mój mąż robi interesy z jakąś właścicielką salonu paznokcia, bo widziała go w restauracji z plastikową panią, od razu przed oczami stanęła mi stara znajoma. Pomyślałam, że pewnie stało się dokładnie to, co mąż przewidział - wpadli ma siebie znów i poszli pogadać. Ale mój instynkt kazał mi zrobić coś, czego się wstydzę i zawsze uważałam to za płytkie i uwłaczające, gdy słyszałam podobne historie: sprawdziłam jego korespondencję i telefon. Odkryłam flirt (romans?), niezbyt intensywny, świadczący o spotkaniach raz na kwartał, prawdopodobnie pozbawiony elementu czysto seksualnego.

Spytałam męża lekko i niby naturalnie, czy widział się jakoś z plastikową znajomą. Powiedział, że nie. Gdy zaczęłam dopytywać i zorientował się, że coś wiem, przyznał, że owszem, wpadli na siebie niedawno, pierwszy raz od tamtego spotkania dawnego. Nie mówił mi, bo to nieważne przecież, a wtedy parę lat temu jakoś źle reagowałam na nią. Gdy wyznałam, że znam całą historię ich cyklicznych spotkań, wściekł się, że grzebię mu w prywatnych wiadomościach (słusznie, rozumiem go, też uważam, że to paskudne) i nie odzywał się przez kilka dni. Potem mieliśmy rozmowę, w której wyjaśnił mi, jak wygląda ich znajomość (w skrócie: ona potrzebuje czasem z nim pogadać, bo ma swoje problemy i nie ma nikogo innego, kto mógłby jej pomagać, chodzi jedynie o rozmowę itp). Ja to rozumiem tak, że mój mąż w swej zwykłej samczej płytkości potrzebuje wpatrzonych w siebie z zachwytem oczu (zachwyt żony to jednak nie to samo, taka prawda) i rozchylonych usteczek, w skupieniu bezgłośnie powtarzających za nim jego dobre zawodowe rady. I wszystko ok. W sumie normalna rzecz.

Poczułam się tak, jakby przekreślił tym małym głupim kłamstwem wiele lat mojej wiary w niego.

W czym jest problem zatem? Że mój mąż spotykał się w tajemnicy przede mną z wpatrzoną w siebie panienką? Nie on pierwszy i nie ostatni, prawda? Problem jest taki, że ja uwierzyłam w jego niezaprzeczalną szczerość. W to, że mówimy sobie w zasadzie wszystko, że wręcz robi mi czasem przykrość tym niezłomnym brakiem delikatności w wypowiadanych opiniach. Spytałam, czy się z nią widuje, patrząc mi w oczy, powiedział, że nie. Głupie, prawda? Poczułam się tak, jakby przekreślił tym małym głupim kłamstwem wiele lat mojej wiary w niego. Wiem, że ich znajomość nie miała charakteru, który mógłby mnie boleć. Oczywiście pikanterii dodaje temu wszystkiemu fakt, że w to kłamstwo jest zaangażowana kobieta, która jakoś tam pewnie czaiła się na niego, a może nawet nie... To dolało oliwy do ognia, ale myślę, że gdyby okłamał mnie w zupełnie innej sprawie, też ciężko by mi było to przyjąć. Tak bardzo wierzyłam, że on nigdy nie kłamie.

Teraz patrzę na niego i sama nie wiem, co z tym fantem zrobić. Jakoś nie umiem zapomnieć. Teraz szczere komentarze bolą strasznie, bo przecież nie jest już dłużej prawdą, że nigdy nie kłamie, więc powinnam pewnie nadal doceniać, że nie posuwa się do tego z tak błahych pobudek, by nie robić mi przykrości. To nie jest powód, by się rozstać, prawda? Ale ja mam wrażenie, że nie znam człowieka, że dałam się nabrać. Patrzę na niego i mi źle. A rozum mówi, że przecież kocha, przecież nie zdradził. Ale przecież, gdybym nie poznała prawdy na własną rękę, uwierzyłabym mu w tę historię o ponownym przypadkowym spotkaniu. Bo on nie kłamie. Boję się, że mnie to zje od środka. Głupie małe kłamstwo.

Kobieta (kiedyś dużej, dziś) małej wiary