Magia Kambodży - Angkor Wat, Bayon i król, który miał gest

Relacje z podróży to coś, co uwielbiamy. Jedna z naszych wiernych Czytelniczek - Ania Kuleczka - opowiada dziś o wspaniałej wyprawie do Kambodży. No to w drogę.

Kiedyś chodził po Internecie taki cytat [Henry Rollins! - przyp. Agata] - I Beg Young people to Travel. I ja też Was o to proszę. Wiem, to kosztuje. Koszty są duże. Bilet, nocleg, jedzenie i wszystkie prezenty, które się stamtąd przywiezie - ale największy koszt to wyjście z własnej strefy komfortu i własnej sypialni.

http://onherway.tumblr.com/post/20997244185/i-beg-young-people-to-travel-if-you-dont-have-a

Nasza wyprawa była niejako przy okazji. Przy takiej okazji, że udało się wyjechać tylko we dwoje. Celem było Angkor Wat, a więc Siem Reap - drugie co do wielkości miasto w Kambodży. Jednak zamiast streszczać, opowiem o moich zaskoczeniach i zadziwieniach, bo to właśnie jest celem podróży. Te momenty, kiedy człowiek myśli, że już wszystko wie o świecie, a świat wydaje się o tym nie wiedzieć.

Angkor Wat

ANGKOR, BAYON I KRÓL, CO MIAŁ GEST

To pierwsze zadziwienie. Wyobrażacie sobie piramidy w Gizie? Więc przy Angkor to pikuś. Angkor Wat to świątynia lub raczej zespół świątyń, które od 800 lat stoją w środku dżungli. W czasie, gdy w Londynie mieszkało 60 tysięcy mieszkańców, tam mieszkało półtora miliona - w mieście Bayon obok Angkor. I był jeszcze król, który to wszystko zbudował i panował nad imperium Khmerskim. Co jakiś czas na cześć swoich rodziców dobudowywał kolejną świątynię. Zbudował też ponad sto szpitali.

A każda budowla monumentalna, z kamienia, który w każdym miejscu jest rzeźbiony. To wszystko tak ogromne, że nawet sobie nie wyobrażacie. I każda z tych świątyń, każdy z pałaców postawiony samodzielnie w dowolnej części świata byłby cudem kultury najważniejszym w promieniu setek kilometrów. Problem tych świątyń jest taki, że w okolicy Siem Reap stoi ich mnóstwo. I choć każda zasługuje na 2 dni zwiedzania, po trzeciej po prostu nie masz już tyle siły i masz uczucie, że mijasz cuda, których nie doceniasz.

Angkor Wat

Dobrze to widać na naszych zdjęciach. Na początku każdy detal, każde ciekawe ujęcie. Po kilku godzinach tylko perspektywy. Bo tego jest tyle, że zwyczajne cuda przestają zadziwiać we właściwy sposób.

Na Angkor trzeba poświęcić kilka dni. I mieć niezłą zaprawę fizyczną, bo wszystko jest rozłożone na kilometrach korytarzy i schodów, których zwiedzanie przypomina zajęcia fitness na stepie. Co pięć kroków są trzy schodki w górę i trzy schodki w dół.

SIEM REAP

Obok Angkor powstało miasto - Siem Reap. Miasto współczesne, którego głównym motorem jest obsługa turystów przyjeżdżających z całego świata do Angkor. I tam ludzie wiedzą czego turystom potrzeba, więc za 4-10 dolarów można dostać godzinę masażu i właściwie trzeba to zrobić po całym dniu zwiedzania. Z każdym można dogadać się po angielsku. Mają też specjalną ulicę - Pub Street pełną, jak sama nazwa wskazuje, bardzo dobrego jedzenia i picia.

Za każdym razem, gdy przychodzi wam do głowy jakaś potrzeba - np. w środku kolejnej świątyni lub pałacu zaczynacie marzyć o czymś do picia lub zjedzenia - wystarczy się rozejrzeć i okaże się, że w załomie murów siedzi jakaś kobieta, która sprzedaje obrane ananasy na patyku, ryż lub obrane mango. Łan dolar madam. Gdy dacie się namówić na oglądanie wschodu słońca, jakiś tuk tuk przywiezie Was do świątyni przed piątą rano.

Siem Reap

Zamiast przeklinać, że hotel nie serwuje kawy o takiej porze wystarczy zawierzyć przeznaczeniu - a tam na kamiennym moście zaczepi was Harry Potter - młody chłopak, który prowadzi bar o świcie w świątyni, aby zaoferować wam gorącą kawę i ciastko. Kawa, obiecuję, będzie okropna, ale o 5.10 w ruinach prawie tysiącletniej świątyni - najlepsza na świecie. Wszystko w bardzo przystępnych cenach w dolarach. Bo pomimo posiadania własnej waluty Khmerzy rozliczają się w dolarach (ważne, nie wymieniajcie pieniędzy, nie ma sensu).

Nocleg niech będzie na miarę Waszej kieszeni - nasz za 9$ za pokój oferował także wifi i śniadanie, ale z wybredności podniebienia chodziliśmy na śniadanie za 4$ do pobliskiego wystawnego hotelu, aby korzystać z otwartego bufetu. Zaoszczędzone na noclegu pieniądze lepiej wydać na Night Bazaarze na szaliki (moje hobby), kieliszki do wina z drewna palmowego i inne takie. No i na masaże.

ROZRYWKI

Oprócz Pub Street oczywiście - zdecydowaliśmy się na loty na linach, a bardzo żałujemy, że nie mieliśmy więcej czasu i pieniędzy, żeby pozwiedzać okoliczną dżunglę i bagna.

Zanim udacie się do Angkor i Bayonu warto iść do muzeum narodowego, aby w bardzo przystępnej formie przygotować się merytorycznie do zwiedzania.

SPOŁECZEŃSTWO

To zdziwienie, z którego do dziś nie mogę się otrząsnąć. Z jednej strony lekcja, do której się przygotowałam - poznałam historię Kambodży przed przyjazdem. A potem uzupełniałam ją szczegółami. Polecam film "Pola śmierci" o tym, jak Czerwoni Khmerzy przejmują władzę w kraju. To bardzo trudny film bez przesady pokazujący, co się stało, 40 lat temu w nie tak odległej galaktyce. Gdy dyktator, który wymordował 3 miliony swoich rodaków zasiadał w radzie ONZ i był przyjmowany na "salonach" przez wiele lat świat milczał. Tu zrobię mały wtręt. Czasem śmiejemy się z buntów i lajków facebookowych. W przypadku Kambodży, to społeczeństwo m.in. Szwecji zaczęło pisać listy do swoich przedstawicieli w ONZ, aby przestali akceptować mordercę w swoich szeregach. Pomogło. Nie do końca, jak to zwykle bywa. Wietnamczycy wsparci Rosją pomogli Kambodży pozbyć się dyktatury i przywrócić królestwo, jednak, aby zrozumieć współczesne niepokoje w tym kraju warto wiedzieć, że odchodząc zostawili "swojego" premiera, który piastuje tę funkcję do dziś i jest najdłużej pełniącym tę funkcję premierem na świecie. Taka demokracja.

Zdziwień w tym społeczeństwie jest mnóstwo. Zadziwia fakt, że o Czerwonych Khmerach nie uczy się w szkole. A to w społeczeństwie, w którym 75% nie pamięta tamtych czasów. Dobrze? Źle? Może lepiej żyje się w kraju, w którym lepiej nie pamiętać i nie myśleć o tym, że mój sąsiad wybił całą moją rodzinę.

Matki i dzieci - to kolejne społeczne zdziwienie. A raczej fascynacja. Matki z dziećmi wszędzie. Głównie w pracy. Sprzedają w budzie na bazarze z dzieckiem w hamaku wiszącym nad podłogą. Masażystka z dzieckiem, którym opiekują się wszyscy, którzy akurat nie mają co robić. Dzieci w przestrzeni publicznej - wszędzie. Żebrzące, sprzedające, pracujące. Dobrze i źle. Polecam informacje lokalnych NGO'sów na temat tego, jak postępować z dziećmi ulicy. Co robić, czego nie robić. Daje do myślenia.

Żeby Was nie zanudzać - powtórzę. Podróż, to coś, co zawsze warto zrobić. Kwestia priorytetów. Taki wyjazd jest w cenie dobrej sofy lub szafek do kuchni. Bilet - to jakieś 10 par butów. Na bochenki nie przeliczam. Czasem się nie da, wiem. Ale warto planować i marzyć.

Ania Kuleczka

[W podziękowaniu za oprowadzenie nas po Kambodży, Ania Kuleczka dostała od nas: zestaw herbat zielonych marki Big-Active z bawełnianą torbą, książkę "Zanim się pojawiłeś" Jojo Moyes, Wydawnictwa "Świat Książki" oraz 30-dniowy dostęp do pakietu Kinoplex MAX]